Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzieścia. Pani mówi — potwór... Terminologja burżuazyjna — my bolszewicy nie znamy sentymentów, mamy na głowie większe kłopoty, niż płakać po rozstrzelanych wrogach, choćby to był rodzony ojciec.
— A co się dzieje z pańską matką?
— Matkę i starszego brata zamordowali chłopi przy generalnym pogromie szlacheckiego obszarnictwa.
— I cóż pan na to?
— Nic, rzecz jest w porządku. Chłop zabiera ziemię, która mu się należała od całych stuleci, a obszarnika-gnębiciela likwiduje się przytem jako klasę już zbędną gospodarczo i socjalnie.
— Więc zamordowano panu rodziców, brata i zabrano cały majątek rodowy, zapewne duży?
— Dwadzieścia folwarków nad Wołgą i na Ukrainie, trzy cukrownie, pięć domów w Piotrogrodzie i pałac w Moskwie, no i kapitały, akcje i tym podobne papiery. W Berlinie w banku ojciec złożył kiedyś w depozycie na wszelki wypadek około pół miljona marek, teraz towarzysz Joffe, nasz poseł, z trudem wydobywa te pieniądze, formalnie dla mnie, jako dla jedynego spadkobiercy i ja je pokwituję, ale ta suma jest zgóry przeznaczona na rewolucję w Niemczech i właściwie tylko poto mnie tu sprowadzono.
— I panu nie żal tych pieniędzy?
— Nie uznaję prywatnej własności, zresztą pieniądze mi są zupełnie niepotrzebne.