Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Eva rozszalała się kaskadami swego najpiękniejszego śmiechu. Kniaź Uchmatow nawet się nie.uśmiechnął, patrzał na nią ponuro, spodełba, po swojemu. Już żałował głupstwa, które powiedział, ale gdy to mu się wyrwało, nadrabiał bezczelnością. Zupełnie nie tak chciał z nią zacząć, ale ta wspaniała Eva Evard onieśmielała go, a od natarczywego patrzenia jej zielonkawo-błękitnych oczu mieszało mu się w głowie. Wściekał się, że tu przyszedł. Ośmieszył się i nie umiał z tego wybrnąć, już wyczuwał, że z nienawiści do samego siebie zbudzi się wnet znajomy czort i poniesie go. Teraz już sam nie wiedział, na czem się to skończy. Jeżeli ta piekielnica natychmiast nie przestanie się śmiać, wstanie i bez jednego słowa pójdzie precz. Oczywiście noga jego nie postanie tu więcej. Eva jakby czytała w jego myślach, przestała w tej samej chwili, spoważniała i spytała dziwnie serdecznie:
— Dlaczego pan taki zły?
— Nie jestem zły, jestem głupi. Naprzykład, dlaczego powiedziałem, że ja się pani podobam? Chciałem zażartować, ale widać zupełnie zapomniałem żartów, bo się nie udało. Nie mam zamiaru z panią flirtować, bo nigdy nie zważam na kobiety. Kobieta to tylko strata czasu i przeszkoda dla człowieka czynu. Kobieta — to opjum dla rewolucjonisty — usypia wolę i wyżera z mózgu wszelkie idee. Zawsze miałem tylko pogardę dld głupstw miłosnych.
— Tak? I to już nazawsze?