Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No dobrze, niech pan siada. Jak się pan bawi w Berlinie?
— Nie przyjechałem na zabawy.
— A cóż pan robi po całych dniach?
— Badam stosunki.
— I cóż pan zbadał?
— Jeszcze niewiele, tyle, że proletarjat niemiecki jest do gruntu przeżarty socjaldemokratycznem drobnomieszczaństwem, nawet ci osławieni Niezależni. Trzeba liczyć tylko na żołnierzy, a zwłaszcza na marynarzy. Wybieram się na początek do Hamburga i do Kiel, gdzie istnieją jakie takie ośrodki rewolucyjne.
— Tylko niech się pan nie da złapać, z Niemcami niema żartów!
— I ze mną niema żartów, bo ja się przed niczem nie cofnę. Będę im wysadzał pancerniki.
— Nie zdąży im pan niczego wysadzić, rozstrzelają pana i tyle. Szkoda takiego pięknego chłopca.
— Niech mnie rozstrzelają, już ja im zostawię we flocie „jaczejki“, a każda nasza jaczejka to nabój dynamitowy.
— I pan tak każdemu opowiada o swoich zamiarach? Nawet pan nie dojedzie do Kiel. Z pana bardzo śmieszne dziecko.
— Mówię o tem tylko przed panią, a pani mnie nie zdradzi.
— Dlaczego?
— Bo Niemcy pani nic nie obchodzą, a ja się pani zanadto podobam.