Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Generał?! Powiedz mu, że jeżeli jeszcze raz...
— Ależ nie! Znowu ten obrzydliwy chłopak. Zachowuje się jak skończony cham. Wszedł do salonu w swojej futrzanej czapie, z papierosem. Mówił ze mną jakbym była jego służącą. Powiedział, że nie pójdzie i już. Opałek papierosa rzucił na dywan, siadł i siedzi. W czapce! Ja się boję...
Eva roześmiała się radośnie, srebrzyście.
— Nie bój się, Lisbeth, każ mu tu przyjść.
— Ależ on jest niemożliwy!
— Już ja go doprowadzę do porządku.
— Ale poco ci ten bolszewik?
— To już moja rzecz. Lis. Zaciekawił mnie. Opowiada tak zajmująco o rewolucji...
— Jak chcesz.... Ale gdyby zaczął wyprawiać coś takiego, dzwoń natychmiast, będę trzymała w pogotowiu szofera i dozorcę — on taki duży, taki mocny! Prawdziwy zbój...
— Nie obawiaj się...
Eva zerwała się z leżaka, stanęła przed swojem wielkiem, potrójnem składanem lustrem, które zawsze woziła ze sobą dla studjowania nowych ról, poprawiła włosy, uśmiechnęła się do siebie, rozchyliła nieco na piersiach błękitną bluzę domową, urwała z wazonu kremową różę i wpięła ją we włosy nad skronią.
— Witaj, mości książę...
— Pani odrazu na wstępie wita mnie przykrością — proszę ze mną bez żadnych księciów!