Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tam już czekał na nią dawny wielbiciel, podpułkownik von Sittenfeld, awansowany w ciągu tych czterech lat na generała i zajmujący obecnie potężne, owiane grozą stanowisko szefa centralnego kontrwywiadu. Eva igrała z tą potęgą i grozą jak kot z myszą, nie dopuszczając do odnowienia przedwojennego romansu, zresztą była z nim po przyjacielsku, i odniechcenia, po mistrzowsku, nigdy o nic nie pytając bezpośrednio, wyciągała od niego rozmaite urzędowe niedyskrecje a wzamian nie ukrywała różnych koalicyjnych rozmaitości, na które był łapczywy. Bawiła się tem doskonale. Ale gdy uznała, że nadszedł czas wystąpić czynnie w wielkim stylu i skolei ujrzeć samą siebie na niezmiernym ekranie wojny — potknęła się fatalnie.
Odczuła tę porażkę całą swoją dumą, mordował ją wstyd zjadliwy, najtajemniejszy, wysilała się nad pomysłami, jak się odegrać, wreszcie knuła srogą zemstę nad człowiekiem, który poważył się z niej zadrwić. Ale po kilku ciężkich dniach nastąpił w niej gwałtowny zwrot. Znikło poniżenie przegranej, zmalały jej wielkie plany, osłabła i ustała żądza odwetu, zapomniana została sama wojna. Turkusowe promienne oczy Evy zapatrzone były w inne światy, a na ustach coraz częściej wykwitał i zastygał na długo uśmiech upojenia.

— Evo, wybacz, że ośmielam się wejść w tych godzinach... Ale znów przyszedł... ten i zanic nie chce odejść...