Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozpaczliwie i bałwochwalczo Amerykę, choć ta nie dała jeszcze ani jednego żołnierza na zagrożony front. Przeminęła jakoś ciężka zima, a teraz strach wzmógł się i zatrząsł skołataną Francją — nadchodziła nowa wiosna, przybywało dnia, obsychały pola, nabrzmiewały pączki na drzewach...
W parku pałacowym w Compiègne zakrawało w tych dniach na zimę. Po przewlekłych deszczach usłała się gęsta, mroźna mgła i stała murem już od trzech dni, zatrzymując wszelką działalność na froncie. Milczały baterje, nie wyjeżdżali lotnicy. Starodawne drzewa stały jak widma, ginąc wierzchołkami we mgle, tu i ówdzie majaczyły posągi odziwniałe, lub wyłaniały się niespodziewanie jakby inne, jakgdyby wyrosłe nie na swojem miejscu. Podpułkownik mijał placówki ochrony Wielkiej Kwatery, porozstawiane w parku, sterczące śmiesznie i niepotrzebnie. Te najstarsze roczniki z „territoriale ” w pełnem uzbrojeniu polowem i w hełmach wyglądały na znudzonych i zatroskanych poczciwców, przebranych za żołnierzy dla niezrozumiałego urągowiska. W pokraczności swoich postaci zdawali się wstydzić samych siebie i wyczekiwać tylko zmiany, żeby czemprędzej skończyć tę komedję, przywdziać kaszkiety i melony i zpowrotem stać się ludźmi. Podpułkownikowi d’Arland w tej złej godzinie i sprawy wielkie i rzeczy małe — wszystko pospołu wydawało się dziwnem, głupiem, irytującem.
Był bankrutem i wiedział, że już się nie ode-