Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gra. Tyle nadludzkiej pracy, tyle genjalnych świństw, drugooddziałowych i w wyniku doświadczenia czterech bez mała lat, w dobie wielkiego przełomu, u schyłku wojny nie jest w stanie niczego się dowiedzieć, ani odgadnąć, ani wymacać... A jak było dawniej? Mniej więcej tak samo...
Więc wojna idzie na ślepo?... Więc kierowanie wojną jest mytem? Gdzież się podziała nieśmiertelna, anielska sztuka wojenna? Jej żelazna logika? Jej doktryny? Gdzie czasy boga wojny, Napoleona? Odrazu puścił się gęsty, pierzasty śnieg. Powietrze zaroiło się od wielkich, ciężkich płatków, które rodziły się tuż nad głową, wypadając z mgły i śpieszyły ku przemokłej ziemi, żeby na niej rozpłynąć się i zniknąć. Ten taniec śniegu opętał go natarczywą wizją, głupią, przykrą i jakgdyby znajomą. Uroiło mu się, że słyszy szelest każdego płatka śniegu, sunącego powietrzem. To były niezliczone, niewyczerpane, cieniusieńkie kartki maszynowego pisma, raporty i instrukcje, instrukcje i raporty, praca jego życia, jego nędza, jego zmora...
Za osłoną śnieżycy zamajaczył zarys posągu czy żywego człowieka po drugiej stronie stawu... Skroś migotliwe, pokrętne drganie płatków śnieżnych przebijało znajome widmo. Kapelusz stosowany, przekręcony wpoprzek, postać pochylona ku przodowi, ręce wtył... Duch Napoleona ukazał się i wnet rozpłynął się we mgle, w zamieci śnieżnej.
Podpułkownik d’Arland zawrócił w miejscu. Nareszcie coś o sobie wiedział. Wiedział za późno,