Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tekach, z różnowartościowych ułamków i kawałków rekonstruowano pracowicie rzekome plany zamiarów przeciwnika i wrysowywano to w mapy. Tą drogą ściśle fachową zagadnienie główne doprowadzone zostało do absurdu.
Spostrzeżono niebawem, że liczba szczególnie podejrzanych odcinków frontu (kategorja A) była zbyt poważną na to, ażeby z nawału informacyj można było wyłowić bodaj cień jakiejś realnej koncepcji.
Zawiodły wszystkie metody. Nie utrzymała się również teorja, oparta na absolutnym braku ścisłych danych o przygotowaniach nieprzyjaciela — jakoby Niemcy wogóle wyrzekli się ofenzywy wiosennej. Dowodów na to przytaczano mnóstwo. Ale kraj żył w ustawicznym niepokoju, we trwodze oczekiwania.
Gdy wódz naczelny i Wielka Kwatera nic nie wiedzieli o czasie i miejscu ofenzywy, w masie narodu nurtowało uparte, głuche przeczucie ciosu. Niewiadomemi drogami od frontu, od stolicy do najdalszego zakątka Francji przenikała wieść-groza o jakiemś ostatecznem nieszczęściu. Szły przez kraj legendy o nowych potwornych machinach wojennych, o straszliwych, nowowynalezionych gazach, o działach, niosących na sto kilometrów, o nowych miljonach Niemców, zwolnionych ze wschodniego frontu, by w zdwojonej masie uderzyć na Paryż... Każdy i wszędzie przeklinał wiarołomną Rosję, która zeszła z placu boju, wszyscy czcili i miłowali