Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


manów, którzy gotowali się na podbój świata swym ubogim pędzlem, lubiła słuchać opowieści o genjalnych dramatach, które nigdy nie zostaną napisane. Szanowała talenty, zmarnowane w nędzy i w cygańskiem rozpuszczonem życiu, porywały ją wielkie idee, głoszone w wielkich słowach przy absyncie przez fanatycznych apostołów przewrotu społecznego, nowej religji, nowej sztuki, nowego człowieka. Lubowała się w drwinach ze wszelkich tradycyj, z bogactwa, z karjery, z salonów arystokratycznych, z patentow’anych mistrzów, z urzędowych wystaw, z mecenasów, ze złotych medalów i innych świętości. Lubiła manjaków, zapamiętałych na jednej, jedynej idei, których tylko jakieś zagadkowe nieuchwytne nic dzieliło od najszczytniejszej genjalności.
Ten światek ludzi buntujących się i w przeważającej części beznadziejnie chybionych był dla niej prawdziwszy, niż sfera władców życia, wielkich stanowisk, bogactwa, tradycji i obłudy. A od czasu, gdy sama zaznała bogactwa i zbytku, była jej miłą nawet ich cygańska nędza.
Na posiedzeniu „Kassiopei“ nie poufalono się z nią zanadto, jeszcze imponowała jej sława, jej uroda i pańskość nawet najbardziej pijanym, których zresztą co trzeźwiejsi hamowali i poprostu odciągali od niej za łeb. Stałą straż utrzymywali przy niej dwaj młodzi ludzie, oficer i żołnierz. Oficer bawił ją makabrycznemi opowiadaniami z frontu i popisywał się ohydnemi potwornościami walki. Dru-