Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


słem — front żywi kraj. Humory wciąż szły wgórę, tęgi grog dymił w szklankach, roznosząc wonne opary dalekiej ziemi francuskiej, zdeptanej przez wojnę Szampanji.
Na podjum już wyrosła ponad tłum i łysnęła białem ciałem tancerka Mimi Porcupina, przyodziana jeno w naszyjnik z czerwonych raków i w skandaliczną opaskę z bananów. Ktoś tam walił w pianino, zatrajkotało „banjo“. Młodzież z frontu coraz bezczelniej zabierała się do dam — okrzyki bakchiczne, wrzaski, piski...
W powietrzu latały pantofelki, fruwały ściągnięte przemocą różnobarwne bluzki, pończochy. Ściany pracowni, obite od góry do dołu jaskrawemi kartonami Emmy Jess, chwiały się w nieprzytomnych oczach, kubistyczne pokraki rzucały opętanie. Zanosiło się na orgję.
Evę zawsze pociągały zabawy cyganerji artystycznej, znała Montmartre, Montparnasse i doroczne bale „des Quat’ z Arts“ na rue d’Amsterdam. Bywała na poufnych biesiadach w Medjolanie, w Neapolu, w Monachjum, w Wiedniu. A gdy zaczęła dźwigać swą sławę i zmuszona była reprezentować samą siebie, kiedy otwarły się przed nią salony wyższego towarzystwa i otoczyli ją wielcy tego świata — też wykradała się cichaczem na zatracone, rozpasane pohulanki. Było to dla niej odpoczynkiem po sztywnych recepcjach i zbliżeniem z rodzimą sferą, z której wyszła była niegdyś. Lubiła lekkoduchów malarzy, młodzieńczych megalo-