Statyści

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Statyści
Podtytuł Szkic z życia wiejskiego
Pochodzenie „Gazeta Kielecka“, 1876, nr 71
Redaktor Stanisław Sienicki
Wydawca Stanisław Sienicki
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Rządu Gubernialnego Kieleckiego
Miejsce wyd. Kielce
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Statyści.
Szkic z życia wiejskiego.





Był piękny wieczór letni.
Nad Przepaścistą Wolą jaśniał księżyc, pola i lasy roznosiły zapach aromatyczny, a przepiórka ukryta w pszenicy wołała; idźcie żąć!... idźcie żąć!.., przedrzeźniał ja derkacz na łące, wtorowały żaby w sadzawce, a Maciek pędząc woły na pastwisko śpiewał nieuczonym barytonem:

Oj! śpiewa przepiórecka,
Oj! sksecy ziaba w błocie,
Kochajze ty mnie Magdo,
A będzies chodzić w złocie.

Echo roznosiło głos i obietnice Maćkowe; kto wie może doniosło je nawet aż do uszu samej Magdy, może obudziło zazdrość w sercu Kaśki, powracającej z folwarku, może miało zawiązać nitkę romansowej intrygi... może... bo któż odgadnie tajemnice serc niewieścich!?
Wieczór tchnął pogodą i spokojem, którego nie przerywał ani ostry świst lokomotywy ani turkot maszyn, ani gryzący dym kominów fabrycznych nie cywilizował czystego i świeżego powietrza.
Przepaścista Wola, dzięki znakomitym komunikacyjom lądowym oddzieloną była o siedm dni drogi od najbliższej stolicy zepsucia, to też panowała tam istotnie sielankowa cisza i spokój, nie zamącony nigdy pojawieniem się gazety lub Kuryjera. Jeden tylko kalendarz miał wolny wstęp do dworu pana Pasternaka i musiał w kwestyjach przepowiedni meteorologicznych wytrzymać konkurencyją starego i doświadczonego koguta, ulubionego ptaka pani Pasternakowej.
Powtarzam, że wszystko w tym miłym zaścianku tchnęło spokojem i ciszą... a jednak... jednak owego pięknego wieczoru roztrząsano tu kwestyję mającą wysokie pod względem naukowym i ekonomicznym znaczenie.
O! był to jeden z owych dni feralnych, które pan Dyonizy Pasternak dla wiecznej rzeczy pamiątki, czarną kreską w kalendarzu naznaczał. Poczciwa głowa jego pracowała strasznie, a jasna za zwyczaj łysina pokryła się czerwonawą barwą. Siedział zamyślony na ganku, i gdyby nie dym z fajki który w obfitych wypuszczał kłębach, to można by sądzić, że to nie właściciel Przepaścistej Woli, ale posąg ku ozdobie dworku postawiony. Obok niego, również pogrążony w medytacjach siedział pan Jan Kulbaka z Ogrodowa.
Milczenie dość długie przerwał gospodarz.
— I cóż panie Janie mamy uczynić?
— Niech mnie kaczki zdzióbią jeżeli wiem co mam o tem myśleć, odpowiedział sąsiad.
— Ale czytałeś wezwanie?
— A jakże, czytałem na własne oczy, stoi wyraźnie jak wół wypisano, że jakiś tam komitet jeograficzno statystyczny żąda od nas wykazu ile mamy koni, wołów, krów, cieląt, owiec, osłów, mułów, trzody, a nawet wiesz sąsiad czego jeszcze?
— Może dzieci?
— Ale gdzież-tam... psów!!
— Psów!! poszaleli chyba, ależ co komu do tego ile ja mam psów?
— Musi być coś do tego kiedy im o to chodzi, proboszcz mówił mi, że ma to być podobno jakaś statystyka.
— Przepraszam, a niewiesz sąsiad dobrodziej, co to jest ta statystyka?
— Ech... to dużo gadać, bo to widzi sąsiad, tak spisują i potem... także spisują i z tego dopiero robią taką jak się nazywa...
— Co robią?
— Ano, statystykę...
Na gościńcu wzniósł się tuman kurzu, psy zaczęły ujadać a na dziedzieniec wpadła żółta bryczka węgierska, zaprzężona w parę srokatych koni.
Przyjechali jeszcze dwaj sąsiedzi, pan Michał i pan Ignacy...
Zanim gospodarz zdążył wymówić pierwsze słowa przywitania, pan Michał głosem tubalnym zawołał.
— A co? widzicie nie mówiłem, że będzie wojna!
— Gdzie wojna? jaka wojna? kto? z kim? za co?
— Jeszcze nie wiadomo, czy z turkami czy z Angliją, czy z Egiptem, ale będzie z pewnością.
— Któż o tem sąsiadowi powiedział?
Na to pan Michał stuknął się palcem w czoło, jakby tym gestem chciał dać poznać, że on jeden skombinował obecne położenie polityki europejskiej i że wywody swoje opiera na niezbitych zasadach.
— Pytacie się panowie, rzekł, kto mi o tem powiedział że będzie wojna. Zapewne że musiał mi to ktoś powiedzieć — naprzód powiedziała mi to moja własna głowa, bo oddawna już przewidywałem, że się na wielką burzę polityczną zanosi; powtóre Jankiel był w miasteczku i przywiózł wielką nowinę.
— Nowinę? gadajżeż panie Michale cóż to za nowina taka?
— Nowina ważna, te żydy wszystko naprzód wiedzą, otóż powiem wam pod wielkim sekretem, że sułtana tureckiego przecięli na pół nożyczkami.
— Jakto? nożyczkami?
— No.., nożyczkami, jak naprzykład nitkę.
— To ten sułtan musiał być bardzo cienki.
— Co pan mówisz, był najmniej dwa razy tak gruby jak nasz sekwestrator, ale Jankiel mówił, że nożyczki były bardzo ostre i prawdziwe angielskie....
— No... co też to się nie dzieje na świecie, wprawdzie, raz jak kosili siano, tom widział na własne oczy jak chłop przeciął na pół zająca, ale zawsze co zając to panie nie turek, i dotego taki gruby...
— Koniec końcem, moi panowie, rzekł pan Michał, to jeszcze nie koniec, jeszcze jest jeden wniosek pewny co do wojny.
— Cóż to za wniosek?
— Otrzymaliście wezwanie co do tych wykazów?
— A prawda, no patrzaj, a my tutaj z panem Janem myśleliśmy, że to ma być jakaś statystyka.
— Czy statystyka czy wojna to na jedno wynosi, zawsze się coś w tem święci.
— Może podatek.
— Może to co względem towarzystwa.
— A może od księgosuszu.
— Co też sąsiad mówisz, to pocóżby spisywali psów?
— Kto to może wiedzieć, mój sąsiedzie, psów można będzie ubezpieczać od wścieklizny.
— Wszystko to bardzo pięknie moi panowie, rzekł pan Michał, ale ja jestem tego pewny, że im mniej wykażemy tem będzie lepiej, bo zdaje mi się, że te wykazy to mają coś wspólnego z naszą kieszenią, ale że ja jestem człowiek przewidujący, więc tak oto zrobiłem i wam radzę to samo, mam koni 24, wykazałem 4, bydła sztuk 76, wykazałem 26, owiec 400, wykazałem 150.
— A to mi głowa! panie Michale niechże cię uściskam.
I wszyscy zaczęli ściskać pana Michała przyrzekłszy sobie, że wykażą co najwięcej trzecią część prawdziwej ilości inwentarza.
Pan Michał rad że uczynił sąsiadom swoim obywatelską przysługę, siadł na bryczkę i pojechał, ale jeszcze srokate koniki nie uniosły go nawet o pół wiorsty od Przepaścistej Woli, kiedy na dziedzieniec wpadła druga bryczka i wyskoczył z niej pan Maurycy Krzykalski z Puszczykowa.
— No sąsiedzie, śliczna nowina! zawołał na ganku, nareszcie odżyjemy, zaczęli przecież o nas myśleć.
— Co takiego? zapytał pan Dyonizy.
— Cóż to? czy nie wiecie co się dzieje, czy nie słyszeliście, że mają zakładać bank dla obywateli, będą dawali pożyczki na inwentarz, spisują już wszystko bydło, konie, owce.
— Kiedyż pan Michał mówił, że to ma być na wojnę.
— Co tam pan Michał wie, ja wiem i umyślnie przyjechałem po to, żeby sąsiadowi poradzić jak masz zrobić, ja naprzykład mam 15 koni, piszę że mam 45, bydła mam 49, piszę 128, bo naturalnie, czem większy inwentarz, tem większa pożyczka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dawno już pan Krzykalski odjechał a pan Dyonizy siedział na ganku jeszcze, i sam sobie zadawał pytanie:
— Co z tym fantem zrobić?
Dumał samotny i nie zauważył nawet tego, że już przepiórka dawno ucichła, i że faworytalny kogut po raz wtóry zapiał.
Przed oczami jego snuł się kalejdoskop rozmaitych obrazów... wojna, sułtan, wykazy, pan Michał, nowy bank, pożyczka, owce i psy; wszystko to mięszało się razem sprawiając p. Dyonizemu nieznośny zawrót głowy.
Nareszcie przyszła mu myśl świetna.
— Pal cię djabli, zawołał, wiem już co zrobię, najlepiej trzymać się drogi pośredniej, wcale im nie dam wykazu!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wkrótce potem statystycy przystąpili do pracy, opierając się na danych, wprost ze źródeł poczerpniętych.

Klemens Junosza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.