Starościna Bełzka/LXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Starościna Bełzka
Data wydania 1879
Drukarz Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXII.

Remanifest Potockiego rozjątrzył przeciwko sobie strony, a nie sądzę, by w opinii powszechnéj sprawę Szczęsnego poprawił; — z niego już przeglądała słabość charakteru, która być miała, niestety, grzechem całego jego życia, i na wpół z wygórowaną dumą największych błędów powodem. Najboleśniejszy był dla Komorowskich zarzut, że córki nie szukali w porze, że nie ścigali sprawców zbrodni, że ich nie odkryli! zarzut uczyniony przez tego, który dobrze wiedział, że ich ścigać i odkryć nie mogli, sami się obawiając, by ich los Gertrudy nie spotkał.
Silny zatarciem śladów występku, Szczęsny odzywał się śmiało — śmierć ojca, oddalenie oprawców, zresztą położenie jego i stosunki dozwalały mu bezkarnie tak gorzkie czynić wyrzuty — komu? rodzicom żony jeszcze ją opłakującym! Pojąć łatwo, jak ta obrona zaboleć ich musiała!
Tymczasem bawiono się wesoło w Warszawie, a łoskot upadającego zakonu Jezuitów, towarzyszył balom i redutom.
„Starosta bełzki, pisze Lubomirska dnia 29 września ze Gdowa, bardzo się w Warszawie podobał, umiano go użyć. Sprzedaje starostwo rubieszewskie dziedzictwem Moszczeńskiemu młodszemu, jeżeli się to uda, wielu tak uczyni.“ Ale się to podobno nie udało.
Pomimo manifestu i odpowiedzi, może z powodu ich właśnie, aby nie mnożyć gorszących zarzutów wzajemnych, przyjaciele obu stron starali się je prowadzić do zgody, znać to z listów wspólnych znajomych, z których jeden przesłał kartkę kasztelana Komorowskiego zawierającą w sobie wyznanie: „kto mu niegodziwą bajkę tę (?) opowiadał“ (20 września). — Tyle tylko śladów tych starań doszło do nas, bilet kasztelana santockiego zaginął.
Sprawa nowy wzięła obrot w tym czasie; staraniem kanclerza we wrześniu (13) Komorowski wymógł, że ten tajemniczy proces przeniesiono do delegacyi sejmowéj i kazano nań wyznaczyć osobną komissyę. Tego nie chcieli z razu dopuścić Potoccy, książę marszałek Lubomirski potajemnie starał się, aby naznaczenie komissarzy do skutku nie przyszło, spodziewając się jeszcze w Potockim przyszłego zięcia. Kanclerz obstawał przy komissyi, zwarły się wpływy, wypadek pozostał wątpliwym, rozumiano jednak powszechnie, że się zręczny Młodziejowski przy swojém utrzyma, i w istocie tak się stało.
Trzynastego października pisał Cetner: „Starostę bełzkiego obiecują tu, interes z jmp. Komorowskim magnum motu agitował się, ks. marszałek, w., ks. kanclerz i ich przyjaciele chcieli koniecznie odrzucić komissyę i postawić na tém, aby nie była, lecz w przytomności posła cesarskiego, nakazała delegacya komissyę. Nominacyę tylko komissarzy do piętnastu dni zawieszono, aby się strony znieść mogły, a gdyby się nie zniosły, natenczas proprio motu liczba komissarzy decydowana będzie. „Mówiłem, dodaje korrespondent, ze starostą warszawskim, o téj powieści ich m. przyjaciół starosty bełzkiego na ś. p. jp. dobrodziejkę (?) eksplikowałem mu żywo, że takowa rzecz pomnoży imp. staroście nieprzyjaciół, i że jego to samo dotykać powinno. Ma tedy pisać do niego.“
Téj ostatniéj okoliczności domyślić się trudno, zdaje się jednak, że mowa o udziale jaki wojewodzina sama w czynności całéj mieć mogła.
Cel komissyi, jak widać, był, aby postrachem zmusić go do ugody i opłacenia basarunku. Kanclerz Młodziejowski grał w tém największą rolę... Na nieszczęście prawnicy, którzy z procesu korzystali, nie dozwolili na traktacye i ugodę. Potoccy osaczeni w Warszawie, słabsi tu i niewiele popierani mimo Mniszcha, który z daleka tylko naglądał ua sprawę, ks. Lubomirskiego i innych przyjaciół swoich, obmyślili snadź z porady Wyczółkowskiego przeciągnąć sprawę do Lwowa, gdzie stosunki ich, a szczególniéj pani Kossakowskiéj, z nowym rządem i protekcya jego, lepszą utrzymania się dawała nadzieję. Stanisław Potocki słuchając wszystkich, niepewny drogi, którąby miał pójść, splątał w ten sposób interes gmatwając go coraz gorzéj, wikłając, mnożąc sobie koszta, narażając ludzi, sypiąc napróżno krocie, któremiby był od razu mógł pokój i zgodę okupić. Nie było ani głowy, coby tę sprawę poprowadziła, ani ogólnego jéj pojęcia. Cząstkowo odnoszono zwycięztwa maluczkie, ale wielkie zadanie pozostawało nierozwiązaném, a groźba wisiała nad głową.
Szczęsny pod pozorem niewłaściwości sądu, zaprotestował przeciw komissyi i próbował sprawę odciągnąć do Lwowa; oto jego manifest:
(Metr. 281. — 130. — 133. — Metr. 237.— 121. 125).
„Pierwotna skarga jw. Komorowskiego do akt grodzkich lwowskich wniesiona w przedmiocie jak gdyby wyrządzonych sobie gwałtów przez pewnych ludzi we wsi Nowém Siole w ziemi lwowskiej, o dwie blizko mile od miasta Lwowa położonéj, tudzież o porwanie jego córki, a zatém w przedmiocie tego rodzaju, jakoby popełniony został w Królestwie do cesarstwa należącém zamach i czyn mający się udowodnić lub uchylić, żadnym sposobem rozsądzonym być nie może. Jeżeliby wolno było jw. Komorowskiemu sprawę tę tak, jak obecnie z manifestu w roku teraz bieżącym przed aktami warszawskiemi zaniesionego, przeciwko jw. Potockiemu o zbrodnię w granicach tutejszéj prowincyi, jak gdyby popełnioną w sądzie warszawskim popierać, naówezas wolnoby było tém samém wszystkich mieszkańców téj tu prowincyi odzyskanéj i rządom najjaśniejszego cesarza podległéj, pozywać do tego kraju, procesem nagabać, na uszczerbek narażać, i z ujmą najwyższéj cesarskiéj władzy, niewłaściwą sądową srogością uciskać; atoli wzmiankowany pozew sprzeciwia się wszystkim w szczególności prawom narodowym i dla tego na teraz nie może być dozwolony. Chociaż strona powodowa, tj. jw. Komorowski przytacza, iż ze względu zamieszkiwania w krajach Rzeczypospolitéj polskiéj, pomijając posiadanie dóbr ziemskich, jw. Potocki do odpowiedzialności powinien być pociągany, to wszakże gdy sprawa ta żadnym sposobem nie tycze się dóbr posiadanych, owszem co do istoty czynu osobę tylko obciąża, z tego powodu w takowych okolicznościach, gdy sprawy obciążające osobistości nie przechodzą za osoby, ztąd prawda tak co do zanoszącego skargę, jak i co do zarzutu może być wyświecona nie gdzieindziéj lub jakkolwiek po za miejscowością mniemanego przewinieniu, ale tylko tam zkąd poszukiwany zamach jest dochodzony. Świadectwa we względzie czynu żadnym sposobem nie mogą być pominięte, gdyż inaczéj prawda w téj rzeczy nie zostałaby wykryła, z tego powodu okoliczności sprawy i uczynku tylko w miejscu zarzuconego zamachu przez świadków tego miejsca właściwych dochodzone być powinny: co wszystko za granicami tutejszéj krainy według sprawiedliwości i słuszności uskutecznioném być nie może. Ta jest osobliwa każdego kraju mieszkańców powszechna i rządowi swemu prawdziwą wdzięczność i przychylność publicznie wyrażająca pomyślność i nadzieja jedyna: iż ciż mieszkańcy od kogokolwiek nagabani (skoro przyjętą jest zasada na całym świecie i od początku wieków, że skargę zanoszący powinien z nią występować przed sądem właściwym oskarżonego) mają odpowiadać i usprawiedliwiać się przed swojemi sądami. Gdyby zaś sprawa niniejsza miała być sądzoną za obrębem kraju, tém samém uwłaczałoby to prawéj krajowéj sądowości, pozostawiało mieszkańców cesarskich w opuszczeniu i poddawało ich pod obcą władzę i jurysdykcyę, a co bez uszczerbku prawéj władzy w żaden sposób dozwoloném być nie może.
Stanisław Potocki, starosta bełzki.“
Tak tedy w październiku już Potoccy na oko niby z pomocą rządu austryackiego, zdawali się wymykać komissyi, i Cetner pisze dnia 21: „Delegacyi sejmowéj limita na dni szesnaście, do dnia 19 listopada nastąpiła, toż samo i komissyi starosty bełzkiego z Komorowskim tu wyznaczona, gdyż zwierzchność cesarska lwowska w to się miesza, i już od starosty bełzkiego Komorowskim pozew na sądy gubernatorskie lwowskie wydany, którego ekstrakt na ręce jw. Rewitzkiego do Warszawy odesłano.“
Nie postrzegłszy od razu następstw, jakie ta ucieczka pod skrzydła rządu austryackiego sprowadzić mogła, Potoccy byli pewni, że przeniesienie sprawy do Lwowa otrzymają. Rewitzki posłał z tém kuryera do Wiednia, a choć wyznaczona była w delegacyi komissya, jeszcze nikomu z kancellaryi nie wydano jéj składu, czekając na powrot posłańca, czego podobno pan Rewitzki wymagał.
Spodziewano się (4 listopada), że nim komissyi zasiadać przyjdzie, wszystko za staraniem posła spełznie; sam starosta znowu się obiecywał do Warszawy. Krok ten nowy wszakże najgorzéj był doradzony. Pergen gub. Galicyi, skłoniony przez panią Kossakowską, napisał do Rewitzkiego w sprawie téj, że ją do sądów lwowskich ekscypują; dość tego było na chwilę, aby zbałamucić i zmitrężyć, ale gdy się lepiéj rozpatrzył kanclerz koronny, z kroku tego ukuł nowy zarzut przeciw Potockiemu. Schwycono list gubernatora Pergena, z którego widać było, że się do niego Potocki udawał, kopię jego senatorowie i posłowie podpisali w liczbie ośmiu, oblatując w metryce koronnéj, i zaczęto się odzywać, czyniąc z tego nową sprawę, zadając już crimen status Potockiemu, jako udającemu się pod protekcyę obcéj potencyi obywatelowi i urzędnikowi polskiemu, przeciw prawom Rzeczypospolitéj. Kanclerz otwarcie z tego czynił crimen status, za nim na toż wszyscy inni senatorowie pisać się poczęli, „nieradzi ze spełzłego żniwa,“ dodaje nasz korespondent.
Otrzymany więc dekret we Lwowie w sprawie z Komorowskim agnitionis fori i kondemnatę post recessum, chociaż niby korzystne Potockim, razem z całym planem przenoszenia procesu do Galicyi potrzeba było w kąt rzucić, gdy tak groźną postać przybrała ucieczka do Lwowa i wywijanie się z pod prawa polskiego.
Pomimo starań, interes cały uparcie z obu stron popierany coraz Potockich więcéj niepokoił. Starosta bełzki musiał znowu jechać do Warszawy (listopad), a Mniszech, który z dala na to patrzał, począł nalegać na przyjaciela swego Twardowskiego wojewodę kaliskiego, zasiadającego w delegacyi, aby ratował starostę, któremu niezręczni doradcy szkodzili.
Wojewoda kaliski byłby to chętnie uczynił, bo to był jeden z najpracowitszych ludzi swojego czasu, a wielki stronnik i gorliwy klient Mniszcha, ale Potocki mu nie wierzył, ani się do niego chciał udać, trudno mu było samemu stręczyć się za patrona. Szczęsny znowu zrażony tém, że zewsząd napierali mu się obrońcy, którzy go darli i niesłychanie kosztowali, unikał ludzi, walczył, bronił swojéj kieszeni i z nieufnością poglądał na nowych adjutorów.
Pomimo to Twardowski użył wpływów swoich i donosił dnia 10 grudnia Mniszchowi: „W interesie starosty bełzkiego szukać będę sposobów wszelkich, aby go skończyć, niech tylko przyjdzie i ma konfidencyę.“
Ciągnęło się tak z różnemi małemi zmianami bez końca, a w grudniu (11) pisze księżna Lubomirska: „Nieborak starosta bełzki, przejechał tylko przez Rzeszów przeprzągłszy konie w wielkich obrotach z tą swoją nieszczęśliwą sprawą, sam sobie winien, nie nie słuchał, jak mu radzili, bo sprawa powinna się była sądzić we Lwowie, a teraz go zedrą bez miłosierdzia.“
Postrzegał już Szczęsny, że się tu bez silnéj nie obejdzie protekcyi, któréj pieniędzmi tak jak innych pomocników zyskać sobie nie było można, ale osobą własną potrzeba było wyrobić; należało mu więc wybierać między ordynatówną, księżniczką marszałkówną Lubomirską, ex-podkomorzanką i Mniszchówną. Ostatnią przeznaczyli mu z dawna rodzice, o układach między nimi wiedział Szczęsny, i zdaje się już w tym czasie zdecydował się na córkę kasztelana krakowskiego.
Układy, jeśli jakie już były, tylko między familią transpirowały, świat się ich jeszcze nie domyślał; łudzili się wszyscy nadzieją pochwycenia starosty bełzkiego. Jedna tylko księżna Lubomirska dobrze o wszystkiém uwiadomiona zawsze, dnia 21 grudnia już winszuje kasztelanowi krakowskiemu:
„Winszuję — pisze — odgłos tu jest, że zamiast starosty smotryckiego, bełzki, c’est toujours un Potocki.“
Twardowski też zaczął mocniéj popierać sprawę starosty, chociaż nie wiedział, czy udawał tylko, że nic nie wie o projektach, które dla dłuższego uwodzenia księcia ex-podkomorzego i marszałka zachowane były w tajemnicy najgłębszéj.
To też również książę ex-podkomorzy i marszałkowstwo łudzili się, że Szczęsnego ku sobie pociągną, pierwszy poparciem sprawy przeciw Komorowskim i aliansem z królem, drugi sprzedażą, a raczéj rezygnacyą laski marszałkowskiéj koronnéj na korzyść zięcia. Twardowski tymczasem po cichu dla Mniszcha robiąc interes, ciągle donosił powtarzając jedno: „że jako oświadczył, interes będzie uspakajał i robił co może.“
Starosty bełzkiego d. 22 grudnia spodziewano się w Warszawie, ale go jeszcze nie było; Galicya składać właśnie miała homagium nowemu panu, co go tam wstrzymywało. Rady od wszechwładnéj kasztelanowéj kamińskiéj w téj chwili zasięgnąć nie mógł, gdyż ta bawiła na Pokuciu ze starostwem szczerzeckim, i dopiero na kontraktu do Lwowa zjechać obiecywała.
Przez cały grudzień i część stycznia 1774 r., pozostało wszystko in status quo. Twardowski donosił ciągle w listach do kasztelana krakowskiego: „Interes wstrzymuję, zakończy się tu, rozumiem, — dodając: starostę bełzkiego żenią tu z ks. marszałkówną, ale ja rozumiem, że z tego nic nie będzie.“
Nareszcie dnia 19 stycznia znowu przyszło do jakichś negocyacyj, o których wojewoda kaliski pisze, że powinny się skończyć ad vota, a 22 już fałszywie donosi, że wszystko skończone i starosta bełzki będzie się musiał dobrze opłacić. Ale tak nie było: co do basarunku zgadł Twardowski, koniec nie tak miał jeszcze przyjść rychło.
Znać jednak, że się strony zbliżyły, gdyż i Wyczółkowski także d. 27 stycznia o pomyślném ukończeniu w liście swoim wspomina.
Tymczasem starostę żeniono, swatano, dawano mu lalkę, obiecywano jeszcze więcéj, a Szczęsny oburzony tą natarczywością, sam nie wiedział co począć z sobą. Szczęściem z jednéj strony okrywała go tajemna protekcya Mniszcha, z drugiéj rada i opieka kasztelanowéj kamińskiéj, któréj wpływom winien był, że się nim dwór wiedeński interesował.
D. 23 stycznia pisze ktoś znowu z Warszawy: „Staroście bełzkiemu nic się złego nie stanie, gdyż poseł od dworu wiedeńskiego ma tu zlecenie, żeby mu krzywdy czynić nie dopuścił, i pod jego dyrekcyą i on i sprawa zostaje.“





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.