Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom V/Zazdrość/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XVII.

Te słowa doktora Dufour: Przybywam rozmówić się z panią względem Fryderyka, były tak uderzające, że Marja, nie będąc w stanie wymówić ani jednego słowa, spojrzała tylko na doktora z głębokiem zdumieniem.
Dostrzegł on jej zdziwienie i powtórzył:
— Tak jest, pani, przybywam pomówić, z panią co do jej syna.
— Ale, w jakiej sprawie?
— W sprawie moralnej i fizycznej zmiany, jaką pani w nim spostrzega, i która tak okropnego nabawia cię niepokoju.
— Tak, o! tak, niepokój mój jest okropny.
— Idzie więc o to, czyby go nie można wyleczyć...
— Pan! mój doktorze?
— Ja!... nie.
— Co pan przez to rozumie?
Po chwili milczenia doktór wydobył z kieszeni list i oddając go pani Bastien, powiedział:
— Przedewszystkiem niech pani będzie łaskawa przeczytać to pismo, które dzisiaj wieczorem otrzymałem.
— Ten list! od kogóż on jest?
— Chciej go pani przeczytać...
Marja, coraz więcej zdziwiona, wzięła list i przeczytała co następuje:
„Mój drogi Piotrze, dyliżans zatrzymał się tutaj na godzinę; korzystam z tej sposobności, ażeby do ciebie naprędce napisać.
„Gdy opuściłem cię wczoraj wieczorem, temat ostatniej naszej rozmowy zajął wszystkie moje myśli; spodziewałem się tego: wszystko, co widziałem i czegom się dowiedział z twego opowiadania, nie mogło na mnie uczynić wrażenia tylko przelotnego.
„Całą noc i dzisiaj rano jeszcze myślałem tylko o biednym synu pani Bastien“.
Marja, przerywając swoje czytanie, spojrzała na doktora z nadzwyczajnem zdziwieniem i zapytała go skwapliwie:
— Od kogoź jest ten list?
— Od mego najlepszego przyjaciela, od człowieka najszlachetniejszego charakteru, serca najwspaniałomyślniejszego, jakie tylko na świecie znaleźć można.
— Tytuł najlepszego pana przyjaciela wszystkiego tego domyślać mi się każę; ale skądże on wie?
— Czy pani sobie przypomina... dzień św. Huberta, u mnie... ten obcy mężczyzna?...
— Któremu mój syn tak... niegrzecznie odpowiedział?
— Tak jest...
— I pan mu powiedział...
— Opowiedziałem mu wszystko... co widzę godnego uwielbienia w pani macierzyńskiem poświęceniu, tak jest dopuściłem się tego nadużycia, i sam siebie o to obwiniam. Chciej pani, proszę bardzo, czytać dalej to pismo.
Marja z największą uwagą czytała następujące wyrazy:
„...Całą noc i dzisiaj rano jeszcze, myślałem tylko o biednym synu pani Bastien“.
„Wiesz o tem, Piotrze, jako doświadczony fizjognomista długoletnią uwagą, rzadko kiedy oszukałem się w moich wnioskach, jakie wyprowadzałem z niektórych rysów charakterystycznych.
„Dlatego też, gdy rozbieram wczorajsze moje spostrzeżenia, zastanawiam się nad tem, com widział, i co się przytrafiło w czasie pochodu tego orszaku łowieckiego, wszystko wlewa we mnie przekonanie, że syn pani Bastien czuje nieubłaganą nienawiść... ku młodemu margrabiemu de Pont-Brillant“.
Marja zdziwiona trafnością tego spostrzeżenia, które scena, jaka miała miejsce w lesie, potwierdziła jeszcze, zadrżała na to wspomnienie, odnawiające całą jej trwogę; zakrywszy twarz rękoma, głośno prawie łkać zaczęła.
— Mój Boże! co pani jest? — zawołał doktór.
— Ah! — odpowiedziała z drżeniem — niestety, wszystko to aż nazbyt jest prawdą.
— Jakto! Fryderyk czuje nienawiść?
— Tak jest — rzekła Marja stłumionym głosem — nieubłaganą nienawiść!
Poczem uderzona przenikliwością przyjaciela doktora, pani Bastien czytała z wzrastającem zajęciem:
„Przypuszczając tę nienawiść, nie starałem się jeszcze odkryć jej powodów, ażeby tego dopiąć, trzebaby ustawicznie być w towarzystwie tego biednego chłopca; wtedy skutkiem cierpliwości, badania, przenikliwości, możnaby zapewne odkryć tę tajemnicę, a odkrycie to jest nieodzowne dla wyleczenia Fryderyka.
„Nie znając tej tajemnicy, pytałem siebie, czy ta nienawiść jest ciągłą, niezmienną, czy może pociągnąć za sobą jakie niebezpieczne skutki, lub też czy jest ona tylko uczuciem przemijającem?
„Baczne rozpatrzenie się w rysach Fryderyka, które najdokładniej zachowałem w pamięci, wydatność jego czoła, zarys brwi, obwód brody, przekonywują mnie, że niema charakteru śmielszego, uporczywszego, niż charakter syna pani Bastien.
„Przyjmując to przekonanie, że nieubłagana nienawiść głęboko już jest zakorzeniona w sercu Fryderyka, pytałem siebie najprzód, skutkiem jakiej to pozornej sprzeczności młodzieniec ten, wychowany przez taką matkę, mógł zostać dotkniętym tak straszną namiętnością?
— Zdaje mi się, kochana pani Bastien, że dalszy ciąg listu mego przyjaciela oświeci panią w wątpliwości, którą chciałaś odgadnąć, gdyż rozumowanie jego w tej mierze nie ulega najmniejszemu zarzutowi.
— Ależ, mój Boże! — zawołała Marja żywo — kim jest ten człowiek, który zdaje się znać mojego syna lepiej ode mnie samej? Człowiek którego przenikliwość przeraża mnie, gdyż dosięgła ona dalej, dalej jeszcze, aniżeli pan może się domyślić...
— Człowiek ten — odpowiedział doktór ze smutkiem — człowiek ten wiele cierpiał, i wiele widział, w tem jest cała tajemnica jego przenikliwości.
Pani Bastien czytała dalej:
„Mówiłeś mi, mój przyjacielu, że Fryderyk doszedł do wieku, który nazywasz wiekiem przejścia, albo przesilenia, epoki częstokroć krytycznej i odznaczającej się ciężkiemi dolegliwościami fizycznemi.
„Rzeczywiście, Fryderyk może pozostawać pod wpływem tego przesilenia; jeżeli tak jest, to on w tym stanie niespokojnym, nerwowym i wrażliwym, tem więcej staje się skłonnym do doznawania uczuć, które przez samą nowość swoją, stają się dla mego silniejszemi, a przez to samo i matka nie może odgadnąć prawdziwego stanu swego syna, i syn wychodzi z granic tego zbawiennego wpływu macierzyńskiego, jaki ona aż dotąd na niego wywierała.
„W samej rzeczy, jakimże sposobem przywiązanie i rozsądek pani Bastien mogłyby zasłonić go od niebezpieczeństwa, którego oboje nie domyślali się bynajmniej? Nie, nie, nie mogła ona więcej od swego syna spodziewać się tego nagłego zjawienia się gwałtownej namiętności, i nie mogła go też od niej dosyć wcześnie uchylić. Nie, ta tak światła matka nie może wyrzucać sobie tego, co się dzisiaj przytrafiło, równie jakby nie mogła sobie wyrzucać, gdyby syn jej, będąc dziecięciem, dotknięty został odrą, lub będąc młodzieńcem uległ chorobie pochodzącej z jego wzrostu.
„Otóż, jak traktować należy to oskarżenie, które pani Bastien przeciw samej sobie wyrzekła:
Uchybiłam zupełnie moim obowiązkom matki, kiedy mój syn nie ma we mnie tyle zaufania, ażeby mi wyznał swoje cierpienia.
„O! mój Boże, jestem pewien, że przed tym smutnym wypadkiem Fryderyk nigdy nie odmówił matce swego zaufania“.
— Ah! nigdy — rzekła Marja przerywając czytanie — nigdy...
— Jakże, czy pani nie podziela zdania mego przyjaciela — zapytał doktór — co do niesłuszności zarzutów, jakieś pani samej sobie czyniła?
— Tak jest — odpowiedziała pani Bastien w zamyśleniu — przód panem nie będę udawała fałszywej skromności, mój doktorze, sumiennie bowiem jestem przekonaną, żem ściśle dopełniła swoich obowiązków matki. Uznaję, że było fizycznem niepodobieństwem przeszkodzić albo zapobiec nieszczęściu, jakie mnie w mym synu dotyka.
— Wszakże tu niema nawet cienia wątpliwości?
— Jedno tylko słówko, kochany doktorze — rzekła Marja po chwili milczenia, przyjaciel pana zaledwie kilka minut widział Fryderyka, ale, niestety! było tego aż nadto, ażeby usłyszeć od niego tylko litość i pobłażania dla uniesienia biednego, chorego dziecka, pojmuję to, ale pomiędzy tem wspaniałomyślnem przebaczeniem, którego nigdy nie zapomnę, a głębokiem współczuciem, jakie przyjaciel pana okazuje dla Fryderyka, jest niezmierna przepaść. Cóż mogło zjednać mojemu synowi takie jego współczucie?
— Koniec tego listu wytłumaczy pani, lecz ja mogę panią natychmiast w tej mierze objaśnić. Mój przyjaciel miał brata, daleko młodszego od siebie, którym zajmował się wyłącznie po śmierci ich ojca. Przyjaciel mój kochał to dziecię nadzwyczajnie, była to jedyna namiętność w jego życiu. Ten młodszy brat jego był w wieku Fryderyka; równie jak on był piękny, jak on obdarzony najszlachetniejszemu przymiotami, nareszcie, równie jak on ubóstwiany był nie przez matkę, ale przez tkliwie przywiązanego do niego brata.
— I cóż się z nim stało — zapytała Marja z zajęciem, widząc zachmurzające się czoło doktora.
— Otóż tego brata mój przyjaciel utracił, będzie temu blisko lat sześć.
— Ah! teraz pojmuję — zawołała Marja — tylko dusze prawdziwie piękne, boleść zamiast rozdrażnić, czyni tkliwszemi i wyrozumialszemi.
— Prawdę pani mówi — odpowiedział doktór ze wzruszeniem — przyjaciel mój posiada duszę wielką, wzniosłą...
Pani Bastien, coraz więcej zamyślona, czytała dalej:
„Jestem prawie pewien, że przed tym smutnym wypadkiem Fryderyk nigdy nie okazał swej matce braku zaufania, ponieważ nie miał przed nią nic do ukrycia; dlatego też dzisiaj, im więcej okazuje się tajemniczym, nieodgadnionym, tem więcej obawiać się należy, ażeby tajemnica, którą ukrywa, nie była złowrogą.
„Teraz powiesz zapewne, mój przyjacielu, kiedy nam już znana jest choroba, jakież są środki, jakie nadzieje wyleczenia onej?
„Należy przedewszystkiem poznać przyczynę nienawiści Fryderyka, dojść do samego źródła tego uczucia, ażeby je zniweczyć, albo przynajmniej odwrócić jego niebezpieczny zapęd.
„Czy należy próbować odgadnąć tę ważną tajemnicę?
„Czy starać się przeniknąć ją drogą zaufania?
„Niestety! ufność i nieufność są częstokroć jak te pierwsze wrażenia, z których wypływa wstręt lub pociąg niezwalczony do pewnych osób.
„Fryderyk czule kocha swą matkę, a jednak pozostał głuchy na jej prośby; zdaje się więc rzeczą niemal pewną, że jej nigdy swej smutnej tajemnicy nie wyjawi, już to może przez szacunek dla ludzkości, już też, ażeby nie narazić pewności swej zemsty, nieodzownego następstwa nienawiści, zwłaszcza, kiedy ta jest tak uporczywą, tak zawziętą, jak się daje widzieć w Fryderyku.
Przeczytawszy te słowa, podkreślone przez Henryka David, ażeby nadać im większe znaczenie, te wyrazy, niestety! aż nadto usprawiedliwione ową sceną w desie, pani Bastien zadrżała.
Chcąc ukryć okropne myśli, jakie w niej obudził ostatni ustęp czytanego przez nią listu, zatrzymała się jeszcze chwilkę, a następnie czytała:
„A więc jest rzeczą niemal dowiedzioną, że pani Bastien powinna się wyrzec nadziei odkrycia tajemnicy Fryderyka drogą dobrowolnego zaufania.
„Czy więc spuścić się na swą przenikliwość?
„Przenikliwość? Mieszanina zimnego spostrzegania, udawania i podstępu, gdyż, ażeby odgadnąć tajemnicę tak uporczywie ukrywaną, trzeba użyć tysiącznych środków ubocznych.
„Smutne to są środki, które tylko ich cel może uniewinnić. Dlatego też, mój przyjacielu, nie lękasz się nigdy używać gwałtownej trucizny dla uleczenia twoich chorych.
„Jakże! czy myślisz, że kobieta przejęta godnością macierzyńską, chciałaby i mogłaby zniżyć się do podobnej roli? albo raczej, (matka nie wiele zważa na godność swoją, kiedy idzie o ocalenie jej dziecięcia), czy myślisz, że taka kobieta, jak pani Bastien, miałaby nie wolę, lecz moc do odgrywania roli tak zawikłanej, tak trudnej, tak długiej, roli, która wymaga tyle zimnej krwi, i powtarzam jeszcze, tyle udawania?
„Nie, nie, ta biedna matka, bladłaby, rumieniła, zdradzałaby się w każdej chwili, i mimo postanowienia swego wahałaby się w każdym kroku stawionym na tak śliskiej i krętej drodze, nawet pomimo przekonania, że ta droga może ją doprowadzić do ocalenia syna.
Pani Bastien pochyliła głowę z boleścią, ręce, w których trzymała list, opadły na kolana, dwie łzy stoczyły się zwolna po jej licach, nareszcie powiedziała z westchnieniem:
— Jest to aż nazbyt wielka prawda, uznaję teraz całą moją niemoc.
— Zaklinam panią, nie poddawaj się jeszcze rozpaczy — zawołał doktór — mój Boże! byłżebym pani przywiózł ten list, a zresztą byłżeby go nawet mój przyjaciel napisał, gdyby nie miał nadziei wynaleźć, jak rzeczywiście wynalazł, zdaje mi się, środek zaradzenia niebezpieczeństwu i trudnemu położeniu, jakie powyżej wymienił? Dokończ pani, proszę bardzo, dokończ pani czytania.
Marja potrząsnęła głową ze smutkiem i czytała dalej:
„Teraz, zdaniem mojem, są tylko dwa środki, mogące służyć pani Bastien do odwrócenia nieszczęścia, którego się bardzo słusznie obawia:
„Doprowadzić do skutku tę rozsądną myśl przybrania sobie do pomocy jakiego nauczyciela.
„Tłumaczę się obszerniej: zdaje mi się, że tym razem, nietyle idzie o obudzenie w Fryderyku zajęcia dla nowych mu jeszcze wiadomości, ale raczej o objawienie mu prawd praktycznych; gdyż zbliża się epoka, w której miłość macierzyńska, najświatlejsza nawet, nie jest dostateczną do pokierowania wychowaniem syna.
„Trzeba tutaj wiadomości życia praktycznego, ażeby młodzieńcowi dać to drugie wychowanie, to wychowanie męskie i silne, które go uzbraja przeciwko ciężkim doświadczeniom losu, których kobieta nie mogła doświadczyć, i od których przy największych trudach syna swego zasłonićby nie potrafiła.
„Tylko rozsądny i przywiązany ojciec mógłby godnie dokonać tego świętego dzieła, ale ponieważ zdaje się, że zatrudnienia pana Bastien zatrzymują go zawsze daleko od domu, przeto potrzeba dla Fryderyka innego przewodnika z dostatecznemi wiadomościami, ale przedewszystkiem, człowieka serca, honoru i doświadczenia...
„Słowem, człowieka, któryby pojmował ważność prawie straszną tego posłannictwa: przygotować młodzieńca do życia męża.
„Nauczyciel taki, jakim ja go pojmuję i jakiego tu potrzeba, oświecony wiadomościami jakichby mu pani Bastien udzieliła, co do przeszłość i, wsparty wpływem, jak ona zachować musiała, taki nauczyciel skutkiem przenikliwości swojej, skutkiem cierpliwego badania okoliczności, doszedłby nareszcie do poznania tajemnicy nienawiści Fryderyka, dopomagałby matce jego do zwalczenia i usunięcia tej nienawiści z serca nieszczęsnego dziecięcia; potem, celem dalszego kształcenia go na człowieka, postępowałby tylko dalej drogą tak pięknie rozpoczętą przez panią Bastien; gdyż, że tak powiem, syn jej wtedy dopiero wysunął się z jej dłoni, kiedy do kierowania jego krokami potrzeba było silnej i doświadczonej ręki mężczyzny, zamiast słabej i delikatnej ręki kobiety.
— Ah prawda, prawda — rzekła pani Bastien przerywając swoje czytanie — wszakże ja czułam tę potrzebę, pragnąc synowi mojemu dać jakiego nauczyciela... pan wie o tem, kochany doktorze... Zwątpiwszy już o mej władzy, myślałam, że może taki przewodnik, wzięty najprzód celem obudzenia we Fryderyku chęci do nauk, później wspomagać mnie będzie w jego prowadzeniu, kiedy mój mąż ani chce, ani może zająć się synem swoim tak, jakby powinien. Nauczyciel ten, wiadomo panu, był daleki niewątpliwie, od zadość uczynienia wszystkim warunkom, jakbym tego pragnęła, ale posiadał on dostateczną naukę... a również rzadką cierpliwość i słodycz... Na nieszczęście złe chęci, porywczość mego syna, zniechęciły go zupełnie...
Teraz, w odosobnieniu, w jakiem żyję, i jeżeli panu mam wszystko wyznać, będąc ograniczona tak skromną sumką, jaką mąż mój z wielką trudnością przeznaczył na ten wydatek, najważniejszy jednak ze wszystkich... gdzież ja znajdę nauczyciela, takiego nauczyciela, jakiego tu odmalował przyjaciel pana? Zresztą jak sobie począć; ażeby go Fryderyk przyjął w stanie rozdrażnienia, w jakim się obecnie znajduje? A potem, im więcej taki nauczycieli czuć będzie własną wartość, poświęcenie swoje i godność, tem mniej będzie chciał narażać się na gwałtowność mego syna. Niestety, przekona się pan, że trzeba wyrzec się tego środka, którego całą wartość uznaję.
I młoda niewiasta czytała dalej:
„Jeżeliby pani Bastien ze względu na szczególne powody, nie życzyła sobie przybrać takiego przewodnika, pozostaje jej jeden środek, który nie wyleczy może gruntownie duszy Fryderyka... ale który go przynajmniej musi oderwać od tej myśli, przez którą zdaje się być opanowany; trzeba, ażeby matka wybrała się z nim bezzwłocznie w jaką długą podróż.
— Właśnie postanowiłam już wyjechać z moim synem — rzekła Marja, przerywając dalsze czytanie. — Dzisiejszego wieczoru przed pana przybyciem napisałam do mego męża, uprzedzając go o takim zamiarze. Ah, przynajmniej tym razem nie omyliłam się, ponieważ w tej mierze jedną myśl powzięłam z przyjacielem pana, pozostaje mi więc jeszcze pewna nadzieja.
— Tak, lecz według zdania mego przyjaciela, który zdaje mi się, zupełną w tej mierze ma słuszność, podobna podróż jest tylko półśrodkiem, jak się pani dalej przekona.
Rzeczywiście, pani Bastien czytała co następuje:
„Nie wątpię o pomyślnym chwilowym skutku podobnej podróży na umysł Fryderyka; najprzód oddalenie przedmiotu jego nienawiści, potem widok nowych miejsc, tysiączne zdarzenia podróży, ciągła obecność jego matki, niezawodnie rozewrą złowrogie myśli Fryderyka, Uspokoją go może, ale na nieszczęście nie zniweczą ich.
„Powtarzam tedy treściwie:
„Towarzystwo nauczyciela godnego takiego posłannictwa, zapewni pani Bastien wyleczenie Fryderyka i zasłoni go od powrotu jego nieszczęsnych namiętności.
„Podróż zaś może polepszyć moralny stan Fryderyka i przyczynić się, co jest rzeczą bardzo ważną, do zyskania na czasie. Zresztą taka podróż zależy zupełnie od woli pani Bastien i może być bezzwłocznie wykonaną.
„Ale nie tak się rzeczy mają z wynalezieniem nauczyciela. Wiem, że trudno jest pozyskać człowieka zdolnego zrozumieć takie posłannictwo. Dlatego też, tak dalece przejęty jestem tą trudnością, że jeżeli ofiarę moją uważasz za godną przyjęcia, i przedewszystkiem, jeżeli ją znajdziesz stosowną... szczęśliwy będę... ofiarowując się pani Bastien za nauczyciela dla jej syna.
Zdumienie Miarji było tak nadzwyczajne, że list o mało z rąk jej nie wypadł.
Potem, sądząc, że może źle przeczytała, jeszcze raz głośno powtórzyła też same wyrazy, ażeby się należycie przekonać o ich rzeczywistości:
Szczęśliwy będę ofiarowując się pani Bastien za nauczyciela dla jej syna“.
— Tak jest — rzekł doktór ze wzruszeniem — i jeżeli on to powiedział, to dlatego że gotów jest to wykonać...
— Przebacz mi doktorze — mówiła młoda kobieta niepewnie i prawie odurzona tym wypadkiem — przebacz pan, ale wzruszenie, jakiem mnie ta niespodziana, niepojęta ofiara przejmuje...
— Niepojęta, bynajmniej. Skoro się pani dowie, kim jest ten człowiek, który czyni taką ofiarę, oceni pani lepiej od kogokolwiek jakiem on w tej mierze powodowany jest uczuciem.
— Ależ, doktorze, nie znając mnie wcale...
— Najprzód on zna panią, gdyż powiedziałem pani, żem zdradził przed nim jej tajemnicę, a potem, każdy inny nauczyciel, któryby ci się przedstawił, czyby panią więcej znał od niego?
— Lecz przyjaciel pana nigdy nie był nauczycielem?
— Nigdy, jednakże... sądząc z jego listu... czyliż go pani nie uzna je za człowieka umysłu prawego, szlachetnego i oświeconego? Co do jego wiadomości, mogę panią zapewnić, że to jest nieoceniony skarb.
— Powiedziałam już panu, że list ten znamionuje głęboką znajomość duszy, rzadką wzniosłość uczuć, i stąd to właśnie nie mogę pojąć, ażeby człowiek tak znakomicie uposażony, mógł się przychylić do przyjęcia zatrudnień nauczyciela, uważanych zawsze za podrzędne.
— Przeciwnie, zdawałoby mu się trudnem do przebaczenia zuchwalstwem przyjęcia onych, gdyby nie był w stanie uczynić zadość obowiązkom, które sam słusznie uważa za prawdziwe kapłaństwo.
Pani Bastien w nieopisanem swojem uniesieniu czytała dalej:
„Zapewne cię propozycja zadziwi mój przyjacielu, zwłaszcza że dopiero wczoraj opuściłem cię w zamiarze udania się do Nantes, gdzie miałem wsiąść na okręt i udać się w dalszą podróż. Potem, dlatego, że ja nigdy nie byłem nauczycielem, i moje położenie majątkowe nie zniewala mnie do szukania środków utrzymania w podobnych obowiązkach; zresztą, pani Bastien nie zna mnie wcale, a ja pragnę otrzymać od niej największy dowód zaufania, jakiego tylko może mi udzieli, to jest: ażeby mi pozwoliła podzielić z sobą kierunek dalszego wychowania Fryderyka.
„Skoro przeminie pierwsze twoje zdumienie, mój przyjacielu, przypomnisz sobie zapewne, że starając się zawsze nadać jakiś cel moim podróżom, przedewszystkiem szukałem w tem życiu awanturniczem jakiego roztargnienia w ustawicznym żalu po stracie mojego biednego młodszego brata. Zresztą wycieczka moja do Senegalu może być odroczona bez żadnej szkody dla sprawy, której w tej okoliczności chciałem się przysłużyć.
„Co do moich zdolności nauczycielskich, wiesz o tem, że pod względem naukowym mogę dać najpewniejszą rękojmię, chociaż nie zajmowałem się żadnem innem wychowaniem, oprócz mego ukochanego Fernanda.
„Teraz jakim sposobem w przeciągu kilku godzin zdecydowałem się do powzięcia moralnego uleczenia Fryderyka, gdyby mi takowe zostało powierzone?
„Zaiste, jest to rzecz nadzwyczajna dla każdego, kto, mnie nie zna.
„Ale rzecz najprostsza w świecie dla ciebie, co mnie znasz tak dobrze.
„Od czasu śmierci Fernanda wszystkie dzieci jego wieku, budzą we mnie nadzwyczajne współczucie. Dlatego to wczoraj, na widok Fryderyka, którego rzadka piękność tem więcej mnie uderzyła, im wyraz jego twarzy zdawał mi się być chmurniejszym i boleśniejszym, byłem tak głęboko wzruszony; potem, kiedy z niektórych oznak, zdawało mi się, że odgadłem okropne uczucia tego nieszczęśliwego chłopca, uczułem dla niego najszczersze politowanie. To, coś mi później powiedział o zadziwiającem poświęceniu pani Bastien, podniosło współczucie moje do najwyższego stopnia, i rozłączając się z tobą, powiedziałem ci, że i tym razem jeszcze, okropnem było dla mnie, iż tylko czcze, bezkorzystne dla ludzi politowanie mogę okazać.
„Ale dzisiejszej nocy, rozważywszy głęboko całą ważność moralnego stanu Fryderyka, wzrastający niepokój jego matki, i nareszcie przeszkody jakie ona może napotkać w ocaleniu swego syna, odkryłem, zdaje mi się, środki ocalenia, i ocalenia tego ofiarowuję się spróbować...
„Niechaj cię pozorna moja wspaniałomyślność nie zadziwia, mój przyjacielu.
„Według mnie, pewne nieszczęścia zobowiązują mnie równie, jak pewne pomyślności...
„Zdaje mi się, że wykonam uczynek pobożny na pamiątkę mojego biednego Fernanda, jeżeli dla Fryderyka uczynię to, co spodziewałem się uczynić dla tamtego; byłaby to dla mnie zarazem najprzyjemniejsza rozrywka, i najmilsza pociecha w moim smutku.
„Wnosząc z tego, co wiem o pani Bastien, zdaje mi się, że powinnaby lepiej, niż ktokolwiek inny zrozumieć powody mojego kroku. Przeto, zastanowiwszy się nad tem, uważam, że możesz jej zakomunikować ten list, początkowo dla ciebie tylko samego napisany.
„Będziesz mógł słownie uzupełnić wiadomości, jakichby pani Bastien co do mnie mogła zażądać; wszakże znasz całe moje życie. Słowem, powiedz, co będziesz uważał za potrzebne powiedzieć, ażeby przekonać panią Bastien, że pod względem moralności, honoru, godzien jestem jej zaufania.
„Odpisz mi do Nantes; jakakolwiek nastąpi odpowiedź, powinienem otrzymać za tydzień, gdyż Endymion wypłynie 14 b. m. wyjąwszy, gdyby go przeciwne wiatry wstrzymały; idzie tu dla pani Bastien o postanowienie bardzo ważne.
„Jeżeli ofiara moja zostanie odrzucona, udam się w dalszą podróż.
„Dyliżans odjeżdża. Bądź zdrów, mój Piotrze, tyle mi tylko pozostaje czasu, ażeby to pismo zapieczętować i ciebie uścisnąć serdecznie.

Henryk David
.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.