Sen pana Bartłomieja dziedzica Psiej-Wólki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Sen pana Bartłomieja dziedzica Psiej-Wólki
Podtytuł Gawęda zaściankowa
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 18
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SEN PANA BARTŁOMIEJA
DZIEDZICA PSIEJ-WÓLKI.
Gawęda zaściankowa.
przez Klemensa Junoszę.





„Jest chwila gdy się księżyc ma ukazać,
Kiedy się wszystkie słowiki uciszą,
I wszystkie listki bez szelestu wiszą..
I ciszej źródła po murawach dyszą...“
(w Szwajcarji).

Taka cisza panowała nad całą rozległą przestrzenią Dominium Psia-Wólka z przyległościami: cum agris, pratis, stavis, chlevis et oboribus.
Taka sama cisza panowała nad pałacem drewnianym w którym przemieszkiwał pan Bartłomiej, człowiek dobrej tuszy i nieocenionych przymiotów ducha.
Mąż ten siedział przy stole dębowym, głowę wsparł na łokciach, i dumał.
Od czasu do czasu tylko z fajki ogromnej kłęb dymu wypuścił, z taką mocą, iż zdawało się, że pół ducha pana Bartłomieja uwięzło w tym blado-niebieskim obłoku...
Wzdychał biedaczysko, a snać ciężko mu było na sercu, bo trzy takie westchnienia mogłyby śmiało wiatrak przez kwadrans obracać.
Obok, w sąsiednim pokoju spoczywała pani okrągła i nizka wprawdzie, ale za to pełna energji i bohaterskiego serca.
Trzeci pokój zajmowany był przez dwa fijołki, albo lepiej przez dwie różyczki — lub co prawdziwiej, dwie piwonijki rozkwitłe i pełne, dwie pociechy państwa Bartłomiejostwa...
Do tych dwóch piwonijek wzdychało co najmniej pół powiatu, a podziwiały je cztery parafje sąsiednie i cztery filje tych parafji.
Pan Bartłomiej mówił sam do siebie, — z urywanych wyrazów, wydobywających się z pod rudych jego wąsów, można było dosłyszeć kilka zaledwie, i to nie mających napozór żadnego pomiędzy sobą związku.
— Siedm pokoi... Kunegundzia.. Mosiek... takie dostojeństwo... ha! Dziej się wola Boża... że trzy tysiące na hypotekę... ale honor... Rózia i Fruzia....
Fajka z łoskotem upadła na ziemię, pies zaszczekał przed domem... pan Bartłomiej zachrapał i usnął...
„Wszystkim się zdawało.
Że to wojski gra jeszcze, — a to echo grało“...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Kogóż sąsiad wybrałeś.
— Pana Bartłomieja z Psiej Wólki.
— I ja także...
— I ja...
— I my...
— Wiwat pan Bartłomiej! nasz kochany Radca...
— Panowie, rzekł pan Bartłomiej powstając, jak pana Boga kocham, miałem mowę w kieszeni, sam proboszcz mi ją ułożył, ale szelma Jasiek czyszcząc surdut wyrzucił ją z kieszeni, więc przebaczcie, że powiem wam krótko... „Kiedy w licznem zebraniu grona obywateli! zebraliście się, panie dobrodzieju, w celach wyższych! żeby niby względem wybrania zrobić wybór! więc za honor ten i zaszczyt! jak i mnie tutaj waszego sługę w gronie obywateli, bo żeby nie szlachta, toby, panie Dobrodzieju, cały świat zginął... zatem mam honor... (Szelma Jasiek) a ponieważ ukradziono mi mowę, za co Jasiek dostanie wnyki!.. Więc proszę państwa do siebie na obiadek... Uff.
— Wiwat pan Bartłomiej!
— Wiwat Radca!
— Wiwat! wiwat!..

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pani Bartłomiejowa wyglądała jak róża; szczęśliwa i dumna przechodziła przez siedm pokoi, aby dojrzeć czy wszystko w porządku.
W sali jadalnej długi stół oczekiwał biesiadników, a Jasiek, ten sam Jasiek który dostał wnyki, ubrany w nowiuteńką liberję obcierał dla pośpiechu talerze rękawem, lub połą od fraka.
Cokolwiek nowego posiadał „Magazyn Nowości“ w mieście gubernialnem X, to wszystko spoczęło na głowie pani Bartłomiejowej, oraz na główkach Rózi i Fruzi...
Nareszcie chwila uroczysta nadeszła, goście zgromadzili się...
Pani czyniła honory domu, a kiedy pan Barnaba wniósł toast:
— Zdrowie pani Radczyni Dobrodziejki!
Wtenczas twarz jej przybrała kolor owej purpury, o której wspomina biblja.
Obiad skończył się o godzinie 4-ej rano.
Panny miały mnóstwo wielbicieli, a nawet jeden dzierżawca wyraźnie dawał do zrozumienia...
Ale cóż znaczy dzierżawca w porównaniu z Radczanką...
Mezaljans! na który nie pozwoliłaby żadna pani Radczyni w Europie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Wstań no duszko, już jedenasta.
— Daj mi spokój...
— Mówię ci wstań, masz wizyty...
— Zdrowie pana Jacka!
— Wstawaj-żeż niedołęgo! wszak dygnitarzom spać nie wolno.
Z temi słowy pani Radczyni, dotknęła pieszczoną rączką głowy swego małżonka, ten zaś otworzył oczy szeroko, i nieśmiałym głosem zapytał:
— Po cóż ja wstanę?
— A sesje.... wizyty... przyjęcia... spacery... bal... piknik... koncert... rachunki... resursa...
Pan Bartłomiej westchnął, i wstając powtarzał sobie...
Sesje... wizyty... spacery... koncert... piknik... resursa, a owies tymczasem djabli wezmą!!!
Poszedł na miasto, a wróciwszy do domu pragnął zjeść obiad jak się należy, ale pani z córkami była na wizycie i obiadu nie było.
— Ha! pomyślał, może to dygnitarze nie powinni i jadać...
I z temi słowy, zapalił fajkę...
— Firanki! firanki! woła wpadając do salonu w kapeluszu na bakier pani Radczyni!
— Co się stało?..
— Jakżeż ty możesz kopcić z tej nieznośnej fai, kto widział żeby Radca palił fajkę... kto?
— Jakto więc dygnitarze nie jedzą, nie sypiają... nie palą... nie tego — a cóż, u miljon djabłów, robią ci dygnitarze!?
— I nie klną tak nieprzyzwoicie, dodała ironicznie pani radczyni.
— I nie klną!!? A niechże ich najsiarczystsze!..
Trzasnął drzwiami i wyszedł...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Siedział samotny i było mu smutno. Przed nim jakiś fatalny papier urągał mu kolumnami cyfr.
Był to rachunek, czyli rejestrzyk, jak mówiła pani Radczyni.

1)   Komorne za kwartał 
 Rs: 300
2)   Wydatki na obiady, przyjęcia i t. d. 
 Rs: 572 k. 30
3)   Liberja dla Jaśka i dla stangreta 
 Rs: 075
4)   Powóz i zaprzęgi 
 Rs: 802
5)   Ubranie córek i moje 
 Rs: 407

— Ach! Boże! mówił do siebie pan Bartłomiej, jeszcze pół roku... a Psią Wólkę djabli wezmą, i mnie wezmą i konie wezmą i honor i wszystko wezmą...
Niech ich pan Bóg kocha, ja już nie wytrzymam.
Przeżegnał się... otworzył biurko, wyjął pistolet...., spojrzał oknem w stronę Psiej Wólki, a potem...
Zamknąwszy oczy... przyłożył lufę do czoła, pociągnął... i rozległ się wystrzał, a mózg z krwią bryznął na sufit.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pan Bartłomiej uczuwszy silne uderzenie w czoło, otworzył oczy.
Ranek zaglądał w maleńkie okienka Psiej Wólki, a on noc całą przespał przy stole. . . . . .
Zobaczywszy że żyje, skoczył do pokoju swej żony, i zawołał na progu...
— Żono! żono! czy dygnitarze jadają?
— Jadają.
— A śpią?
— Śpią.
— I fajkę palą?
— Dlaczego nie.
I klną?
— Zdaje mi się mój drogi, że ty masz bzika....
— O już go nie mam! Jasiek, kanalja! słyszysz! hej, kulbacz kasztankę — jadę do proboszcza.
— Przed śniadaniem!
— Ach! moja duszko, tak, dam na mszę za duszę nieboszczyka radcy Bartłomieja, i wyspowiadam się z grzechów żywota mojego.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.