Satyra wstępna — Dlaczego piszę satyry

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juwenalis
Tytuł Satyra wstępna — Dlaczego piszę satyry
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Felicjan Faleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

1) Satyra wstępna — Dlaczego piszę satyry (w skróceniu).

Wiecznież mi tylko słuchać? Nie — pokusa
Pomsty mię dręczy. Dość już mam Kordusa,
Który mi przez nos, czyli śpię, czy idę,
Wszędzie swą lichą prawi Tezeidę —
I tych, co nudne deklamują żale —
I co komedye niedowcipne wcale —
I tego, co Telefem swym bezkarnie
Dzień cały srogie sprawia mi męczarnie —
I co Oresta swego w każdej porze
Czyta i nigdy skończyć go nie może.
Nie — nikt dokładniej własnej swej kieszeni
Nie zna, jak ja znam gaj Wenery gacha —
I dziurę, w której Wulkan młotem macha —
I jak złoczyńcy w piekle są dręczeni —
I jakto złote runo zdobywano —
I jak Monychus centaur, skądś wyrwaną

Jesionu wiechą wrogi swe przepędza; —
Tych wszystkich bowiem oklepanek nędza,
Niesforną gębą lada wierszoroba,
Czy brzask na niebie, czy wieczorna doba,
W sadach Frontona w sposób niepozbyty
Krużganki dręczy i drzew śpiące szczyty.
Więc czas już wielki, bym się dorwał bicza,
Gdyż to jest bierność zda mi się zbrodnicza:
Podczas gdy głośno lada chłystek skrzeczy
Zużyte bajdy, godne zbutwieć w pyle, —
Uparcie milczeć dłużej, mając tyle
Do powiedzenia całkiem nowych rzeczy.
Czemu zaś umysł mój się nie obawia
Wkroczyć na szlaki, które już Lucyli[1]
Zaszczytnie zwiedził? — z tego wam bezprawia
W nader się krótkiej wytłómaczę chwili...
..................
Ten ot, golarzem był — lecz co za zmiana!
Obecnie — patrzcie — śród patrycyuszy
Swemi bogactwy mizdrzy się i puszy!
Ów zaś, w egipskiej psiarni gdzieś wylęgły
Ciura i fagas — Kryspin — toż go znacie —
Jakże on dumny w swej szkarłatnej szacie!
Jak mu są twarde złote łoża węgły!
Jak on się wiatrów lub gorąca lęka!
Jak miękkich puchów trzeba jego głowie!...
To wszystko widząc, czyż nie świerzbi ręka
Satyry biczem kropić co się zowie?
Lub gdzież mi znaleść tak chłodnego człeka,
W którymby gniewy żółci nie wzburzyły,
Gdy ujrzy pełną lektykę baryły
Matona, który w trybunałach szczeka?
Tam się znów słania twarz i postać licha
Donosiciela, który już zgubiwszy
Własnego swego pana, coraz chciwszy,
Na zgubę innych i ich mienie czyha.
Więc mu się Massa bardzo nizko kłania,
Więc Karus datków śle mu bardzo wiele...
..................
Cóż jeszcze więcej? — Z drogi schodźcie! z drogi!
Tłum się klientów wali — i jak mnogi!
Za kim to? — A! to ty kochanie, który
Powierzonego pieczy twej sierotę
Obdarłeś z mienia aż do żywej skóry
I jeszcześ gwałtem zelżył jego cnotę?

— No, albo Maryusz? Temu choć daleka
Droga z wygnania, zbyt on nie wyrzeka:
Sąd mu cześć odjął, ale nie pieniądze,
Których on kupę nakradł; — a ja sądzę,
Że ta prowincya, co to nazbyt chyże
Zwycięstwo nad nim w sprawie tej rozwodzi, —
Z tego, co dzielnie złupił z niej ten złodziéj,
Nieprędko lub się nigdy nie wyliże.
No i to takich sprawek (z Horacyusza
Pochodnią w dłoni, by im w kose oczy
Zajrzała światłość) nie mam być ochoczy
Chłostać? — I czyż to mocniej — pytam — wzrusza
O Herkulesie lub o Dyomedzie
Lub Minotaurze dziwna bajka która —
Lub mądry Dedal, gdy w powietrze jedzie —
Lub Ikar głupi, gdy w głąb’ daje nura......
..................
Istotnie dość jest wyjść na miasto, aby
Podobnych wzorków zebrać coniemiara.
— Tam — któż się taki być widzianym stara?
Sześciu go niesie — chłop w chłop tęgie draby!
A on z wysoka wdzięczy się wspaniale —
Rzekłbyś: Mecenas w Augustowej chwale!
To nic. On tylko w pewnym dokumencie
Biegle sfałszował podpis i pieczęcie.
— A ta znów pani? — O! to wielka dama!
Tak było: że raz kubek wina sama
Mężowi dłonią gdy podała białą,
To mu się wprędce coś takiego stało,
Że wziął i umarł. — Odtąd, dusza tkliwa,
W opiece mając wszelką cześć kobiecą,
Jeśli się kędy zdarzy, jak to bywa,
Że mąż, przypadkiem zmarłszy, sczerniał nieco,
Radzi: jak wprędce w sposób jak najgładszy
Na stos wyprawić, nim się gmin opatrzy.
Słowem, gdyś tylko znaczyć rad na świecie,
Bądź kajdaniarzem. — Cnota? — o! — powiecie —
Rzecz to jest arcy-piękna. — Tak — lecz ona
Zębami z zimna szczęka, z głodu kona,
Podczas gdy zbrodzień i człek podłej duszy
Ni się zaziębi, zmoknie, ani pości;
Owszem — wszystkiego ma w pas i po uszy:
Ogrodów, gmachów, sreber, kosztowności.
Tchórz, kto podobnych rzeczy nie wywleka
Na światło dzienne!...
..................
O! i gdybym wątku

Poetyckiego nie wziął już w kolebce,
To oburzenie samo mi podszepce
Wiersz — zły, czy dobry? nie wiem — jednak sądzę,
Że jest mi dano sprośne chłostać żądze.
Odkąd z osiadłej arki na gór szczycie
Deukalion wyszedł — dalej zaś — z kamieni
Za sprawą Pirry, w ciała rozmiękczeni,
Pierwotni męże twarde wzięli życie —
Poczem w małżeński węzeł się złączyli
Z zastępem dziewic nagich — od tej chwili
Z czembądź się ludzie biedzą, z czem się noszą,
Czy to wściekłością, grozą, lub rozkoszą,
Czy też nadzieją lub strapieniem zową —
To wszystko będzie moich pism osnową.
Gdzież kiedy chciwość i rozrzutność w parze
Z brudnem się skąpstwem tak, jak dziś, ukaże?
Jednym zamachem w kości sto tysięcy
Wyrzuca w błoto twa wspaniała ręka —
A twój niewolnik cały dzień lub więcej
Nie jadł i z zimna w swych łachmanach szczęka.
Kiedyż, jak dzisiaj, tyle budowano
Pałaców? i czyż z przodków kto, myślicie,
Na ucztę w skromnej chacie zastawianą,
Jak wy siedm razy zmieniać dał nakrycie?
Za to u progu, cóż za nędzne żarcie
Rzucacie w gębę takich, co uparcie,
Choć z nich niejeden starą zdobny togą,
Do waszej łaski tłoczą się jak mogą!
Jeszcze nierzadko w rozdawania porze
W własnej osobie swojej sam nadęty
Patron przychodzi sprawdzać te klienty
Mocno zgłodniałe. Gdyż się zdarzyć może:
Że wśród tej zbiegłej z końca świata zgrai
Jakiś przybłęda obcy się zaczai —
Lub w zamieszaniu czasem tak wypadło,
Że ktoś podstępnie wziął podwakroć jadło.
— No — gadaj głośno, ktoś ty? — to ci dadzą.
Hej zrób tam woźny między niemi ciszę!
— Bogi! nazwiska toż ja tutaj słyszę,
W Rzymie najpierwszą zdobne niegdyś władzą!
— Daj mi — jam pretor! — A jam trybun! — Hola!
Ten wyzwoleniec już tu dawniej czeka.
— Tak — tak — ów mówi. — Cóż mi za niewola
Ustąpić komu? — zwłaszcza, żem zdaleka —
No, od Eufratu — jak to za pokutę
Wskazują uszy moje wskroś przekłute.
Lecz żem dość grosza zgarnąć był szczęśliwy,
Więc drwię ze świata i mam znaczne wpływy —

Podczas gdy wielce świetny ty Korwinie,
Mimo twe liczne w dziejach antenaty
W lichej gdzieś Wólce pasiesz własne świnie.
Tak — tak — pierwszeństwo ma i tu bogaty —
Mniejsza, że niegdyś kredą naznaczony[2]
Wszedł w Rzym, jak bydlę poganiacza biczem
Prosto na rynek. —
Dziś, będący niczem
Patrycyusz goły, winien jest pokłony
Lada chłystkowi z trzosem! Gdyż jedynie
W Rzymie grosz miły godzien mieć świątynię,
Jak miały niegdyś: Pokój, Dobra Wiara,
Cnota, Zwycięstwo stąpające butnie.
Jak je ma jeszcze kędyś Zgoda stara,
Choć w niej gorszące słychać tylko kłótnie...
..................
Nie — nie — do naszych niecnot przyszłe wieki
Doprawdy — cóż mieć mogą do dodania?
Więc zamiast głowę łamać, wnuk daleki
Nas naśladować tylko niech się skłania,
Lub nam zazdrościć, żeśmy w danej chwili
Już dla postępu nic nie zostawili.
— Lecz maszże w sobie godność wraz z odwagą? —
Słowem tych wielkich przodków dar uroczy,
Co to w szlachetnym gniewie prawdę nagą
Rznęli, nie patrząc, czyje skłuje oczy?
— Co? niżli palcem wytknąć — może lepiéj
Niech niegodziwca uczczę i pochwalę? —
— Tego ja mówić nie chcę. Lecz zuchwale
Niech Tygelina język twój zaczepi,
To, nim w świat frunie sprawka ta junacka,
W cyrku się szrankach możesz znajść znienacka
I tam zapłonąć żywcem, jak z tych który,
Co to u słupa wzięci w stryk za gardło,
Nim ich zarzewie zwolna w żużel zżarło,
Dymów gryzące rozwlekają chmury.
— Jakże? Ten zbrodzień, który jest podziwem
Świata? co trzykroć własne swoje stryje
Potruł, spojrzeniem będzie pogardliwem
Ze swej wyżyny w oczy patrzał czyje?
— Tak. Ten sam, bratku. I gdy go przypadkiem
Spotkasz, to z drogi w sposób jak najżwawszy
Dawaj drapaka, ręką wprzód zatkawszy
Gębę. Bo widzisz: być kupionym świadkiem
Lub zgubić kogo — tożto u nas fraszka.
Dość gdy kto szepnie: — To on! Bierzcie ptaszka!

Stąd jest bezpieczniej: starych lat Eneje
W Lacyum osadzać, lub odwieczne w rzece
Hylasy topić, co już tak dalece
Nikogo ani ziębi, ani grzeje,
Albo z Hektora smucić się pogromu,
Którego przecież nie żal już nikomu.
Bo dziś złoczyńcę choćby niech Lucyli
W obroty weźmie — oho — padła trwoga!
Jedni się z tego wielce ucieszyli —
Lecz on za bezcen kupił sobie wroga,
Który mu od tej pory najniezłomniéj
Z całego serca pomsty nie zapomni.
Więc, Juwenalu, nim się owych panów
Szarpać podejmiesz, pilnie się zastanów.
Masz wóz i przewóz. Może to korzystniéj,
Zanim się zamiar twój urzeczywistni,
Dopóki pora jeszcze — te junacze
Myśli dla siebie schować. — Ha! zobaczę.

(F. Faleński).

Przypisy

  1. Poeta rzymski († 103 r. przed Chrystusem), twórca satyry we właściwem znaczeniu.
  2. Niewolnikom przeznaczonym na sprzedaż, kredą wypisywano cenę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juwenalis i tłumacza: Felicjan Faleński.