Samotność (Strindberg, 1905)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor August Strindberg
Tytuł Samotność
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wydania 1905
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Klemensiewiczowa
Tytuł orygin. Ensam
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.

Lato dowlokło się do pierwszego sierpnia; poczęto już zapalać latarnie, które witam radośnie. Jest jesień a zatem postąpiliśmy naprzód a to rzecz główna; coś ma się za sobą, coś pozostało jeszcze przed nami. Miasto zmienia fizyognomię; tu i owdzie ujrzy się znajomą twarz a to uspakaja i dodaje siły. Będę mógł przemówić kilka słów a jest to dla mnie czemś nowem, tak nowem, że głos mój z braku ćwiczenia opadł niżej w skali i nabrał głuchego, przytłumionego dźwięku, który mnie samemu wydaje się obcy.
Strzelanie na błoniach ustało, mieszkańcy kamienicy wracają ze wsi, pies znowu szczeka dzień i noc a rodzina powraca do swoich wieczorków, których zabawa polega na rzucaniu pod stół kości, po czem pies z głośnem szczekaniem łapie ją i warczy, gdy mu odbierają.
Telefon jest w ruchu, gra na fortepianie odchodzi. Wszystko jak przedtem, wszystko powróciło, prócz majora, o którego śmierci doniesienie czytałem dziś właśnie. Brak mi go, należał przecież do mojego kółka ale nie żałuję go, bo smutne miał życie, skoro wysłużył swój czas złożenia broni.
Jesień upływa a w świecie objawia się większy ruch w miarę jak powietrze staje się chłodniejsze i lżejsze do oddychania. Znowu wychodzę wieczorami i osłaniam się mrokiem, który mnie czyni niewidzialnym. To skraca mi wieczór i czyni sen nocny twardszym i dłuższym.
Zwyczaj przerabiania tego co się przeżywa na poezyę, otwiera klapę bezpieczeństwa nadmiarowi wrażeń i zastępuje poniekąd pociąg do mówienia. W osamotnieniu nabierają wypadki z życia piętna celowości a wiele z tego, co się dzieje, zda mi się uscenizowane jedynie i wyłącznie dla mnie. W ten sposób stałem się pewnego wieczora świadkiem pożaru w mieście a jednocześnie słyszałem wycie wilków z poza szańców. Te dwa końce różnych nici sprzęgły się w mojej wyobraźni, związały się i utworzyły pieśń.
Moje towarzystwo ogranicza się obecnie do bezosobistych stosunków a mianowicie: do książek Balzaca, którego pięćdziesiąt tomów były moją lekturą ostatnich lat dziesięciu. Stał się on moim najlepszym przyjacielem, którym się nigdy nie znudzę. Balzac właściwie nie stworzył nic, co możnaby nazwać dziełem sztuki w dzisiejszem tego wyrazu znaczeniu; — dziś mięsza się sztukę z literaturą. U niego nic niema sztucznego, nigdy nie widać kompozycyi, nigdy nie zwracałem uwagi na styl jego. On nie igra wyrazami, nie paraduje bez potrzeby obrazami, które właściwie należą do poezyi; ma zaś tak wyrobione poczucie formy, że treść posiada zawsze pożądaną jasność. Gardzi on wszelkiemi upiększeniami i działa wprost, bezpośrednio jak narrator w towarzystwie, który jużto opowiada o jakiemś zdarzeniu, już wprowadza osoby mówiące albo komentuje i objaśnia. A wszystko dla niego jest historyą, historyą współczesności; każda, nawet najmniej wybitna osoba ukazuje się w świetle jego współczesności, tu się rodzi i tu przebywa okres rozwoju pod taką a taką formą rządu — co rozszerza widnokrąg i nadaje tło każdej poszczególnej postaci. Gdy rozważam wszystkie te gmatwaniny, które współcześni popisali o Balzacu — zdumiewam się. Tego wierzącego, dobrodusznego, toleranckiego człowieka nazywano w podręcznikach szkolnych, z moich studenckich czasów niemiłosiernym fizyologiem, materyalistą, i t. p. Jeszcze bardziej paradoksalnem jest to, że fizyolog Zola wielbił w Balzacu swego nauczyciela i mistrza. Kto to zdoła pojąć? Tak samo ma się rzecz z drugim moim literackim przyjacielem, Goethem, którego w ostatnich czasach używano do wszystkiego możliwego, zwłaszcza do najniedorzeczniejszego wygrzebania pogaństwa. Goethe przechodzi w swojem życiu kilka stadyów; przez Rousseau’a, Kanta, Schellinga, Spinozę dochodzi do własnego poglądu, który możnaby nazwać poglądem filozofa oświecenia. On rozwiązał wszystkie kwestye; wszystko jest tak proste i jasne, że dziecko może zrozumieć. Ale nadchodzi okres, kiedy panteistyczne określenie tego, co się określić nieda, nie wystarcza poecie. Wszystko wydaje się temu siedemdziesięcioletniemu starcowi takie szczególne, nadzwyczajne, niepojęte. Wtedy to występuje naprzód mistyk posługujący się nawet Swedenborgiem.
Ale wszystko napróżno; w drugiej części Fausta uchyla czoła przed Wszechmocnym, godzi się z życiem, staje się filantropem, na pół socyalistą a w jego apoteozie figurują wszystkie obrzędy katolickiego kościoła, odnoszące się do ostatnich chwil człowieka.
Faust części pierwszej, który z walki z Bogiem wychodzi jako zwycięzki Saul, staje się w drugiej części pokonanym Pawłem. To jest mój Goethe! A chociaż każdy może w nim znaleść swojego, nie rozumiem, gdzie kto może u niego znaleść poganizm — chyba w kilku swawolnych piosenkach, w których godzi w księży albo może w Przumeteuso, gdzie skuty syn Boski równie dobrze może oznaczać Ukrzyżowanego, szydzącego z niemocy Zeusa, skazanego na upadek.
Całe życie Goethego i na niem oparta jego twórczość są mi sympatyczne. Jeden ze starszych przyjaciół poety dał mi klucz do jego działalności literackiej. — Twojem dążeniem, twojem właściwem zadaniem jest dać poetyczny obraz rzeczywistości; inni usiłowali urzeczywistnić tak zwany imaginacyjny pierwiastek poetycki, ale tą drogą tworzy się tylko głupstwa. — Tak opowiada Goethe gdzieś w „Aus meinem Leben“. W innem miejscu dodaje od siebie: — I poszedłem w tym kierunku, od którego nie mogłem nigdy odstąpić, to jest zamieniałem wszystko, co mnie cieszyło lub bolało albo w jakikolwiek inny sposób mnie zajmowało w poezyę lub w obraz i sam z sobą omawiałem te sprawy jużto prostując moje pojęcia o rzeczywistości już chcąc wprowadzić jakiś porządek i spokój do mojej duszy. Właściwości tej nie mógł nikt posiadać w większej mierze odemnie, którego natura ustawicznie przerzucała z jednej ostateczności w drugą. Wszystko, co wydałem, to po części wyjątki z jednej wielkiej spowiedzi, której dopełnieniem jest niniejsza książka (Aus meinem Leben).
Czar, jaki wywiera na mnie Goethe, gdy go odczytuję, zawdzięczam może owej niezmiernej lekkości, z jaką ima się wszystkiego. Zdaje się, jakoby on nie potrafił brać życia z całą surową powagą bądź dlatego, że nie wierzył w jego niezmienną rzeczywistość, bądź uznawał, że ono nie godne naszych łez i zmartwień. Dalej imponuje mi jego nieustraszoność, z którą zbliża się do mocy boskich, będących z nim w pokrewieństwie, jego pogarda form i konwenansów, brak ustalonych zasad, jego ustawiczny rozwój i młodość, sprawiające, że on zawsze jest najmłodszy, zawsze na czele, zawsze wyprzedzający swój czas.
Często zestawiano — i dziś jeszcze się zestawia — Goethego jako przeciwstawienie Schillerowi, jako albo-albo, podobnie jak czyniono z Rousseau’m i Woltaire’m. Nie umiem wynaleść przeciwieństwa lecz znajduję miejsce dla obu, ponieważ się wzajem uzupełniają; nie potrafiłbym określić słowami różnicy pomiędzy nimi, nawet formalnej. Schiller posiada większe poczucie formy, zwłaszcza w dramacie a skrzydła jego natchnienia wzbijają się równie wysoko, jak Goethego. Rozwój ich jest pracą wspólną — oddziaływali wzajemnie na siebie. To też w Weimarze przedstawieni są obaj na jednej podstawie a skoro tam podają sobie ręce, nie widzę powodu, aby ich różnić.


I znowu zima; niebo szare a światło rozchodzi się z dołu, od białego śniegu na ziemi leżącego. Samotność odpowiada letargowi natury ale niekiedy staje się zbyt ciężką do zniesienia.
Tęsknię do ludzi lecz w samotności skóra mi tak wydelikatniała, jak gdyby dusza moja była bez osłony i tak mnie zepsuło rządzenie się własnemi myślami i uczuciami, że trudno mi znieść zetknięcie się z innym człowiekiem; każdy obcy, który się do mnie zbliża, działa przygniatająco swoją duchową atmosferą, niejako wciskającą się w moją.
Pewnego wieczora weszła służąca z biletem wizytowym w chwili, gdy stęskniony byłem za towarzystwem i gotów byłem przyjąć kogobądź, nawet osobę najmniej sympatyczną. Ucieszyłem się spostrzegłszy bilet, lecz gdy przeczytałem nazwisko, radość moja przybladła — nazwisko było mi zgoła obce. — Mniejsza, o to — powiedziałem sobie — w każdym razie jakaś istota żywa! Prosić!
Po małej chwili wszedł młody jakiś człowiek, bardzo blady, nieokreślonej powierzchowności tak, że nie mogłem ocenić do jakiej klasy społecznej może należeć, tem bardziej, że suknie jego nie były widocznie robione na jego miarę. Ale widać w nim było pewność siebie, zachowywał się wyczekująco. Powiedziawszy mi kilka grzeczności, które mnie pozostawiły zimnym, przeszedł do właściwej sprawy i prosił o pomoc pieniężną. Odpowiedziałem mu, że nie lubię wspomagać ludzi zgoła mi nieznanych, bo niejednokrotnie pomoc moja okazała się nieodpowiednio zastosowaną. W tej chwili dojrzałem na jego czole, nad lewem okiem czerwoną bliznę, która nabiegła krwią. Ta okoliczność wpłynęła na to, że człowiek ów sprawił na mnie przykre wrażenie, ale następnej zaraz chwili uczułem litość w obec jego głębokiej rozpaczy; wyobraziłem sobie w podobnej sytuacyi siebie, bez dachu w noc zimową i zmieniłem postanowienie. Nie chcąc przedłużać jego męki, dałem mu pieniądze i prosiłem, aby usiadł.
Gdy je wtykał w kieszeń, minę miał bardziej zdziwioną niż pełną wdzięczności, znać było po nim, że wolałby odrazu odejść, skoro już załatwił sprawę. Chcąc zagaić rozmowę, zapytałem, skąd przybywa. Wtedy spojrzał na mnie zdziwiony i wyjąkał: — Sądziłem, że nazwisko będzie panu znane. — Powiedział to hardo, co mnie uderzyło, ale kiedy przyznałem się do zupełnej w tym względzie nieświadomości, spokojnie i z powagą zabrał głos:
— Wyszedłem z więzienia...
— Więzienia? (Teraz wydał mi się interesującym, bo właśnie pisałem dzieje pewnego złoczyńcy.)
— Tak, przywłaszczyłem sobie dwadzieścia koron, które nie należały do mnie. Mój chlebodawca przebaczył mi i zapomniał o tem. Ale odszedłem i dostałem się do innego pisma — jestem bowiem dziennikarzem — w którem napisałem coś przeciw swobodzie religijnej. Rzucono się na mnie, poczęto badać moje życie, natrafiono na ową historyę, rozgłoszono ją i zasądzono mnie.
Sprawa była jak się okazało, drażliwą; spodziewał się widocznie usłyszeć mój sąd w tym względzie ale nie miałem ochoty wyjawiać go, odezwałem się tylko:
— Czyż możliwe, aby w naszych postępowych czasach nie mógł znaleść zajęcia człowiek, który był karany...?
Ostatnie wyrazy ugrzęzły mi w gardle pod działaniem jego spojrzenia gniewnego.
Chcąc sytuacyę ratować zaproponowałem mu, aby przeniósł się do ludowego pisma, którego redaktor, o ile wiem, jest wyższy ponad przesąd, że osoba karana nigdy nie może się pojednać ze społeczeństwem.
Gdy usłyszał tytuł dziennika, skrzywił się pogardliwie i rzekł:
— Z tym dziennikiem walczę.
Wydało mi się to w wysokim stopniu dziwaczne, przypuszczałem bowiem, że w obecnem swojem położeniu będzie korzystał z jedynej sposobności zrehabilitowania się. Rzecz zdawała mi się niejasną a że nie lubię czasu tracić na objaśnienia, zmieniłem znów kierunek rozmowy, wiedziony czysto ludzkiem uczuciem skorzystania z wzajemnej wymiany usług. Zapytałem więc możliwie najswobodniejszym, pozbawionym wszelkiej aluzyi tonem zwykłej towarzyskiej rozmowy.
— Opowiedzże mi pan, czyż tak źle jest w więzieniu? Na czem polega właściwa kara?
Przybrał minę, jak gdyby ten przedmiot obrażał go i bolał.
Chcąc mu ułatwić sprawę, nie czekałem odpowiedzi lecz mówiłem dalej:
— Zapewne na samotności? (Było to rzucenie kamieniem w szklanym domu, ale tak najczęściej bywa).
Podjął niechętnie rzuconą piłkę i odrzucił mi ją, mówiąc:
— Tak, nie przywykłem do samotności i zawsze uważałem ją jako karę dla złych ludzi. (Otóż, dostało mi się za to, żem mu podał rękę! Czułem to, co się czuje, gdy cię ukąsi pies, którego głaskasz. Ale on widocznie nie wiedział nic o tem, że mnie ukąsił).
Tu nastąpiła pauza i spostrzegłem, że on dotknął sam siebie bardziej i dla tego był zły; o mnie wcale nie myślał, wyrażając swój sąd o tych, którzy skazani są na samotność.
Za dalekośmy się zapędzili, trzeba było pomyśleć o odwrocie. Ponieważ moje położenie było właściwie szczęśliwsze, postanowiłem uwolnić go, zniżyć się do niego i po rozejściu się naszem pozostawić mu wrażenie, iż otrzymał odemnie coś więcej nad samą jałmużnę pieniężną. Ale nie mogłem go zrozumieć; miałem podejrzenie, iż on uważa się wciąż za niewinnego, za męczennika, ofiarę niegodnego zachowania się redaktora.
Wyglądał, jak gdyby sam sobie przebaczył i dał sobie rozgrzeszenie zaraz po przyznaniu się, a przestępstwo, jego zdaniem, popełnił ktoś inny, to jest ten, który sprawę oddał sądowi. Ale młodzieniec widocznie czuł, że nie może liczyć na współczucie u mnie i w ogóle spotkanie się nasze zdawało się być dla niego pewnem rozczarowaniem. Inaczej mnie sobie wyobrażał a może teraz odkrył, że źle się pokierował a za późno już było zawracać.
Znowu zatem przedmiot rozmowy zmieniłem i powiedziałem, co uważałem za godne człowieka rozumnego i wykształconego, wyrażając zdanie, iż rozumiem jego upadek ducha i obawę przed ludźmi.
— Nie trzeba się poddawać — mówiłem — nasz wiek przecież postąpił tak dalece, że uważa... odpokutowaną winę, (tu znów uczynił grymas niezadowolenia) za zmazaną, nieistniejącą. Niedawno temu znajdowałem się z przyjaciółmi w hotelu Rydberg w towarzystwie dawnego kolegi, który dwa lata siedział w Längholmen. (Umyślnie wymieniłem tę nazwę). A on dopuszczał się wielkich oszustw...
Tu przerwałem, chcąc obserwować ulgę, której musiałby doświadczyć a która powinna by się była ujawnić w jego twarzy, ale wyglądał tylko urażony i zły, że ośmielam się zestawiać jego, niewinnego i pokrzywdzonego z takim Langholmczykiem. Jedynie ciekawość pewna zabłysła w jego oczach a gdy nagłem zamilknięciem zmusiłem go niejako do mówienia, zapytał krótko: — Jak się nazywał?
— Wolę go nie wymieniać, skoro się pan nie domyśla, o kim mówię. Napisał on i wydał swoje uwagi nad więzieniem, nie usiłując zgoła bronić swego czynu i dlatego odzyskał zarówno stanowisko swoje jak przyjaciół.
To widocznie sprawiło na nim wrażenie ciosu, mimo, że powiedziane było z intencyą poklepania go po ramieniu, gdyż wstał, co i ja też uczyniłem, bo nie mieliśmy już o czem mówić. Pożegnał się jak prawdziwy gentelman, ale gdy spojrzałem na jego plecy, obwisłe ramiona i powłóczysty chód, przeląkłem się niemal o niego; należał on bowiem widocznie do tej grupy ludzi, którzy zdają się być złożeni z dwóch, nieprzystających do siebie części.
Kiedy odszedł, błysnęła mi w głowie myśl: A nuż to wszystko kłamstwo!
Rzuciwszy okiem na jego bilet wizytowy, na którym dopisał swój adres, dostrzegłem z najwyższem zdumieniem podobieństwo pisma jego do pisma w pewnym anonimowym liście. Wyciągnąłem szufladę, w której przechowuję wszystkie listy i zabrałem się do szukania. Nie powinno się tego czynić — szukałem jego listu a spiętrzył się przedemną cały stos innych i otrzymałem tyle ukłóć, ilu było piszących owe listy.
Przeszukawszy napróżno trzykrotnie, chociaż wiedziałem, że muszę go mieć, dałem spokój ze stanowczem postanowieniem: Nie badaj jego życia. Dawaj bez zastanowienia — dlaczego? sam wiesz najlepiej.
Mój pokój wyglądał jak nie ten sam — coś w nim było przytłaczającego, co pozostawił ten nieznajomy; musiałem wyjść na chwilę. Duch ten musiał być z silnego materyału, gdyż musiałem przenieść krzesło, na którem siedział, aby go na niem nie widzieć, chociaż go już nie było.
Poczem wyszedłem, otworzywszy okno, nie aby przewietrzyć z powodu materyalnej jakiejś woni, lecz aby rozwiać wrażenie.


Istnieją stare ulice nienastrojowe i ulice wywołujące nastrój, chociaż są nowe. Najnowsza część Riddargatan jest właśnie pełna romantyzmu, nieledwie mistycyzmu. Nie widać ludzi, mury nie są powybijane na sklepy, jest arystokratyczna, zamknięta, pusta, chociaż w tych dużych kamienicach kryje się tyle jestestw ludzkich. Nazwy przecznic zaczerpnięte z trzydziestoletniej wojny, potęgują wrażenie historyczności; tu przeszłość swobodnie istnieje obok teraźniejszości. Skręciwszy w róg Banérgatan widać na zachodzie przy Gref-Magnigatan pagórek, który podnosi się jeszcze na prawo, nadając perspektywie pełne tajemniczości zakończenie, tonące w głębi, gdzie domyślać się można rozmaitych rzeczy.
Gdy się idzie od zachodu od starej Riddargatan i spojrzy się w dół w Gref-Magnigatan zdaje się narożnik jej bardzo ostrym a podobne do pałaców kamienice, ciemno pomalowane z portalami i niszami mówią o życiu większego pokroju: tu mieszkają wielcy ludzie, dyplomaci, którzy mają wpływ na dynastye i narody. Ale tuż w pobliżu, w górze Gref-Magnigatan pozostał jeszcze stary dom z początku przeszłego wieku.
Lubię przechodzić koło tego domu, gdyż mieszkałem w nim w czasie mojej burzliwej młodości. Tu układałem plan kampanii, którą później zwycięzko prowadziłem, tu napisałem mój pierwszy wartościowy utwór. Wspomnienia stąd mam niezbyt jasne, gdyż nędza, upokorzenia, nieład i waśni przyoblekły wszystko brudem.
Tego wieczora, nie wiem dlaczego, zbudziła się we mnie tęsknota ujrzenia tego domu. Zobaczywszy zastałem takim samym jak dawniej, odświeżono go jednak i polakierowano ramy u okien. Poznałem długą, wązką sień podobną do tunelu, brama otoczona dwoma rynnami miała żelazną sztabę podtrzymującą jedno skrzydło z ogłoszeniami o prasowaniu, praniu rękawiczek, szyciu, i t. d.
Gdy stałem zatopiony w myślach, wyszedł z poza mnie jakiś pan szybkim krokiem, położył mi rękę na ramieniu, na co sobie pozwolić może tylko stary znajomy i odezwał się: — Może zajrzysz do siebie?
Byłto młody człowiek, kompozytor, z którym łączyła mnie jedna praca, stąd znaliśmy się dobrze.
Nie namyślając się długo, wszedłem z nim do kamienicy, na drewniane schody i otóż stanęliśmy na drugiem piętrze, pod mojemi drzwiami.
Gdyśmy weszli do środka i on zapalił świecę, znalazłem się nagle o trzydzieści lat wstecz i ujrzałem rzeczywiście swoje własne, kawalerskie mieszkanie z temi samemi tapetami, tylko meble były w niem inne.
A kiedyśmy usiedli, miałem wrażenie, jakoby on był u mnie w gościnie a nie ja u niego.
Ponieważ w pokoju stało pianino, więc odrazu zeszła rozmowa na muzykę. On bowiem, jak przeważna część muzyków, żył tak wyłącznie swoją muzyką, że ani umiał ani chciał mówić o czem innem. Tak luźne miał stosunki ze swojem społeczeństwem, że nic o niem nie wiedział; gdy wymieniano wyrazy: rada państwa, ministeryum, wojna z Boerami, strajki lub prawo głosowania — milknął ale nie zdradzał wcale wstydu z powodu swojej niewiadomości ani gniewu z wyboru tematu — to po prostu dla niego nie istniało zgoła. A nawet jeżeli mówił o muzyce, wyrażał się tylko ogólnikami i nigdy nie upierał się przy swoim sądzie. Wszystko u niego zamieniało się w tony, takt i rytm, słów używał tylko do wyrażenia najniezbędniejszych rzeczy w codziennych stosunkach życia.
Wiedziałem o tem i dla tego wystarczyło mi pokazać na pianino, aby usiadł i zaczął grać. I natychmiast, skoro tylko napełnił mały, brzydki pokój tonami, poczułem się w czarodziejskiem kole, w którem moje obecne ja ginęło a zjawiało się dawne z przed laty trzydziestu.
Widziałem się w myśli leżącym na kanapie, która stała właśnie tu, gdzie teraz siedzę, pod drzwiami. I przypomniała mi się pewna noc... zbudziłem się nagle, ponieważ sąsiad mój leżący po drugiej stronie drzwi rzucał się niespokojnie na swojem posłaniu to wzdychając, to jęcząc żałośnie. Byłem młody, lękliwy i samolubny, starałem się więc tylko o to, aby znów zasnąć jaknajprędzej. Godzina wtedy mogła być zaledwie dwunasta i myślałem, że sąsiad mój wrócił pijany do domu. O pierwszej zbudziło mnie wołanie o ratunek, które zdawało mi się pochodzić odemnie właśnie, miałem bowiem sen brzydki. U sąsiada było cicho jak makiem siał ale wiało stamtąd coś przykrego, jak gdyby zimny powiew, uważne obserwowanie mnie, jak gdyby ktoś tam wewnątrz nadsłuchiwał lub podglądał przez dziurkę od klucza, co robię.
Nie mogłem już zasnąć lecz leżałem, walcząc z czemś przykrem, strasznem. Od czasu do czasu wyrażałem sam przed sobą pragnienie usłyszenia stamtąd jakiegoś głosu a chociaż oddzielała nas nie więcej jak stopa, nie słyszałem nic, nawet oddechu ani szelestu pościeli.
Wreszcie nadeszło rano; wstałem i wyszedłem. Za powrotem dowiedziałem się, że sąsiad mój, pomocnik budowniczego, umarł tej nocy. Leżałem więc koło trupa. (Muzyka brzmiała wciąż a ja odświeżałem sobie w pamięci tę przygodę i przypomniało mi się wszystko).
Nazajutrz więc słyszałem przygotowania do ubrania zwłok i pogrzebu; słyszałem łoskot, gdy wnoszono trumnę na schody, rozróżniałem mycie trupa i szepty babek.
Póki był jasny dzień, zdawało mi się to jedynie zajmujące i żartowałem sobie w gronie przyjaciół z tej przygody. Ale gdy zmrok zapadł i zostałem sam, weszło w mój pokój to nieokreślone zimno, promieniejące od trupów, zimno, które nie jest spadkiem temperatury lub brakiem ciepła lecz jestto pozytywne, mrożące zimno, które się nie da mierzyć termometrem.
Musiałem wyjść z domu; zaszedłem do kawiarni. Tu wyśmiano mój strach przed ciemnością i dałem sobie wybić z głowy postanowienie spania po za domem, do którego wpadłem zdyszany.
Dygotałem, mając się położyć obok trupa ale mimo wszystko wszedłem do łóżka. Nie wiem, jak się to stało, widocznie zmarłe ciało posiadało jeszcze w sobie jakieś siły żywotne, które je ze mną połączyły. Poprzez drzwi przedostał się powiew woni mosiądzu aż ku moim nozdrzom, nie dozwalając mi zasnąć. Z początku panowała w całym domu cisza właściwa tylko śmierci — sąsiad mój zdawał się jako zmarły mieć więcej władzy nad żywymi, niż jej miał za życia. Powoli poprzez cienkie ściany i podłogi usłyszałem w końcu szepty i pomrukiwania ludzi nie mogących zasnąć aż het po północy. Poczem wbrew zwyczajowi znów zapanowała cisza. Z ulicy nawet nie dochodził żaden głos ani policyanta nie było słychać, który zwykł był odbywać straż nocną.
Zegar na wieży wybił pierwszą... drugą. Wtedy skoczyłem z łóżka, zbudzony jakimś hałasem w pokoju zmarłego. Dały się stamtąd słyszeć trzy uderzenia. Trzy! Wiedziałem zaraz, że ten człowiek był w letargu i nie chciałem być świadkiem sceny zmartwychwstania, lecz zgarnąłem swoje rzeczy i zbiegłem na dół, gdzie mieszkał mój znajomy. Przyjął mnie z odpowiednim humorem i pozwolił przespać się na sofie do rana.
Po raz pierwszy począłem zastanawiać się nad codziennym fenomenem śmierci, który jest tak prosty a przecież wywiera tajemny wpływ nawet na najbardziej lekkomyślnych.
(Mój znajomy, który widocznie pozostając pod wpływem moich myśli grał dotąd same poważne rzeczy, w tem miejscu przeszedł w ton bardzo wesoły).
Dźwięki te niejako wypchnęły mnie z ciasnej izdebki, uczułem ochotę rzucenia się przez podwójne okna w świat. Odwróciłem głowę i wzrok po za plecami grającego zapuściłem w stronę okien a że rolet w nich nie było wybiegło moje spojrzenie aż przez ulicę i wpadło do mieszkania w kamienicy stojącej naprzeciw, trochę niższe tak, że stałem się świadkiem wieczerzy w małem kółku rodzinnem.
Ujrzałem młodą dziewczynę, ciemną, smukłą, skromnie ubraną, krzątającą się około nakrytego stołu, przy którym siedział czteroletni chłopczyk. Na stole stał wazon z chryzantemami, dwa były białe, jeden ogniście-żółty. Wychyliłem się i dojrzałem stół nakryty do wieczerzy, którą widocznie miał jeść chłopczyk. Młoda kobieta zawiązała mu na szyi serwetkę, przyczem przegięła się tak, że odchylił się jej kark i zobaczyłem drobną szyjkę, delikatną jak łodyżka kwiatu a wdzięczna jej głowa z bujnemi włosami, nito zerwany pączek kwiatu, pochylała się nad dzieckiem, jakby broniąc i osłaniając. Jednocześnie chłopczyk uczynił ten śliczny podwójny ruch głową, najpierw w tył, aby mu można było założyć serwetkę, potem naprzód, przytrzymując podbródkiem sztywne płótno, przyczem otwarł buzię i można było dojrzeć jego białe zęby mleczne.
Ta kobieta nie mogła być jego matką, gdyż wyglądała zbyt dziewiczo, ani też siostrą nie była, za wielka była między niemi różnica wieku ale w jakiś sposób musiała z nim być spokrewnioną.
Izdebka była ubożuchna lecz schludna; na ścianach i na piecu kaflowym wisiały portrety, co dowodziło wielkiego uczucia rodzinnego, na meblach było porozrzucanych mnóstwo robótek kobiecych. Wreszcie usiadła i młoda dziewczyna za stołem, na szczęście nie po to, aby jeść sama, gdyż brzydki jest widok człowieka jedzącego dla tego, kto sam nie je, lecz dla dotrzymania towarzystwa dziecku i dodania mu apetytu. Malec nie był w humorze ale ciocia (tak ją sobie sam nazwałem) wkrótce go rozbawiła i począł się uśmiechać; po kącikach jej ust poznałem, że nuci mu piosenki. To, że widziałem jej śpiew, nie słysząc go, kiedy muzyk przygrywał jej, sprawiało na mnie dziwnie tajemnicze wrażenie a przytem zdawało mi się, że on wtórował jej a przynajmniej powinien był to czynić. Znajdowałem się jednocześnie w obu pokojach ale więcej przebywałem naprzeciwko i stanowiłem niejako most pomiędzy nimi. Trzy chryzantemy zdawały się także ulegać wpływowi muzyki i przez chwilę czułem ich zdrowy, leczniczy zapach kamforowy, mięszający się z subtelną wonią irysu, pochodzącego od jej włosów a nad stołem tworzyły zasłonę tak, że zniknęła mi z przed oczu zastawa i widziałem tylko dziecko otwierające usta, jak gdyby wdychało zapach i uśmiechało się do swojej pięknej sąsiadki. Biała szklanka mleka na białym obrusie, biała porcelana i białe chryzantemy, biały piec kaflowy i białe twarze — wszystko takie było wewnątrz białe a macierzyńska pieczołowitość młodej dziewczyny w obec tego dziecka, którego nie wydała na świat, jaśniała taką bielą, zwłaszcza teraz, gdy odwiązała serwetkę, otarła nią buzię malcowi i pocałowała go!...
W tej chwili odwrócił się mój muzyk od fortepianu i teraz zrozumiałem, że grał dla niej, że ją widział... i przez cały czas wiedział, że ona tam się znajduje.
Czułem się zbytecznym i niewygodnym, to też objawiłem zamiar odejścia. Ale zatrzymał mnie i rozeszliśmy się później, uplanowawszy, że znów zabierzemy się do wspólnej pracy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: August Strindberg i tłumacza: Józefa Klemensiewiczowa.