Sława (Prus)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Sława
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXIV
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom III
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Teraz zaczęło się dla Juljana dziwne życie, znane tylko więźniom albo uczonym fanatykom, którzy całe lata badają specjalne kwestje.
Pracował on w dalszym ciągu nad hydrometalami już odkrytemi przez Gneista. Po parumiesięcznych wysiłkach otrzymał dwa, a miał jeszcze otrzymać około czterdziestu. Wówczas dopiero, nabywszy odpowiedniej wprawy, mógł przystąpić do samodzielnych poszukiwań — metalu lżejszego od powietrza.
W zajęciu tem, napozór niesłychanie jednostajnem, a naprawdę niedouwierzenia urozmaiconem, przedewszystkiem zmienił się dla niego podział czasu. Dzień był wówczas, gdy pracował, bez względu na to, czy świeciło słońce, czy gazowe płomyki. Noc zaś następowała nie po zachodzie słońca, ale po przygotowaniu materjałów, po skończonej reakcji, albo wówczas, gdy wyczerpany zasypiał.
Kiedy w pracowni zabrakło materjałów i Marek Aureljusz wychodził po nie do miasta, Juljan miał święto. Wtedy wydobywał rękopisy Gneista i zagłębiał się w ich czytaniu, albo sam robił notatki.
Reszta godzin, wolnych od snu i czytania, stanowiła dla Juljana okres roboczy. Wówczas, albo schylony przy chemicznej szalce ważył materjały, ze ścisłością tysiącznych części grama, albo umieszczał je w retortach, bacząc, aby się nie zakradł jakiś pyłek nieznany i niezważony, albo śledził skazówkę manometru i o tysiączne części milimetra posuwał śrubę.
Ktoby go widział — jak całe godziny stoi lub siedzi bez ruchu, jak przez pół dnia nie wychodzi za obręb kilku metrów kwadratowych, jak każde drgnienie jego ręki jest obrachowane, jak źrenica nie opuszcza manometru, jak ucho nie słyszy innych dźwięków, prócz tych, co rozlegają się w retortach — mógłby go uważać za automat, w którym zgasły wszystkie uczucia. A tymczasem pod pozorami spokoju, w Juljanie kipiała niecierpliwość. Drżał, że reakcje odbywają się tak powoli, — rozpaczał, gdy mu się nie udawały próby, a szalał z radości, ile razy otrzymał hydrometal.
Mimo wszelkich cech systematu, praca Juljana nie była porządną. Gdy odrazu nie otrzymał jakiego hydrometalu, porzucał go i przechodził do następnego, bardzo rzadko powtarzając doświadczenia. Tak było z hydrometalem Deltą, Lambdą, Jotą; nie zrobił ich, nie miał siły robić po raz drugi, a zarazem czuł wyrzuty sumienia, że nie zrobił i ciągle był rozdrażniony.
Często opanowywało go zniechęcenie. Wówczas na dobę i dwie porzucał badania i, z oczyma wlepionemi w sufit, leżał w swoim pokoju. Czasem budziła się w nim ochota wyjechać do Paryża, porozmawiać ze znajomymi, popatrzyć na ludzi; lecz wtedy jakiś głos zdradziecki szeptał w nim:
„Zaczekaj jeszcze jeden dzień, otrzymaj jeszcze jeden hydrometal, a pójdziesz...“
Czekał, robił i — nie wychodził, odkładając z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Chwilami zdawało mu się, że nie potrafiłby żyć, nie mając przed sobą półokrągłych okienek pracowni, pieca z cegły ogniotrwałej i stalowego cylindra. Już nawet we śnie widywał manometr wykonywający jakieś nieprawidłowe ruchy, albo szalki, na których w żaden sposób nie mógł zważyć dwu miligramów.
Niekiedy ze swoich szarych izb wymykał się na dziedziniec. Były to wakacje, pełne radosnego zdumienia. Jakie niebo szafirowe i ogromne!... Jak ten powiew przypomina dziecinne lata i pocałunki!... Jaki ten świat piękny!... Wdrapywał się na stos kamieni i opierał rękoma na murze, otaczającym fabrykę. Tuż przy dłoni ujrzał kępkę trawy wyrosłej z pomiędzy cegieł i opanowało go rozrzewnienie. Począł rozglądać się jak w nieznanej okolicy. Tam — Paryż owinięty tumanem dymów; przed nim pomarszczona falami srebrzy się Sekwana, mkną barwne statki parowe i cicho suną białe żagle. Daleko słychać strzały: to musztruje się francuska piechota. Bliżej świszcze lokomotywa, a tuż nad jego głową przelatuje ptak...
Gdyby też pójść do Paryża, albo popłynąć statkiem, albo pojechać kilkanaście mil koleją i nasycić się zielonością, światłem, powietrzem...
„Zaczekaj jeszcze dzień, zrób jeszcze jeden hydrometal, a pójdziesz do Paryża, nawet popłyniesz Sekwaną“ — radził mu głos.
Wtedy Juljan wracał do pracowni z nowem postanowieniem, że po tej próbie, kilka dni odpocznie. Wracał, robił próby, otrzymywał hydrometale i — znowu zapominał o świecie. Zdawało mu się, że każdy dzień, spędzony poza pracownią, na kilka lat odsunąłby go od pracy, od wynalazku, od sławy!
— Pójdę do Paryża jako triumfator, albo wcale nie pójdę — mówił.
Nareszcie otrzymał hydrometal Dwa Sigma. Był to właśnie ów lżejszy od wody, a zarazem ostatni z szeregu związków odkrytych przez Gneista. Powinienby się cieszyć, już bowiem wytworzył dziwne ciało, za które danoby mu miljony. Ale Juljan, zamiast radości, czuł — niepokój, myśląc o związkach, których otrzymać nie umiał, które opuścił. Nadto zaś, czemże były dla niego hydrometale? Cudzem odkryciem i pierwszym szczeblem do samodzielnych badań, w celu wynalezienia związku lżejszego od powietrza.
To dopiero był kres, poto osiadł w pracowni i pozbawił się wolności!
Teraz mniej niż kiedykolwiek myślał o odpoczynku i wejściu między ludzi. Należało przygotować się do owych ośmiu tysięcy doświadczeń, z których jedno zmieni postać świata, a jego nieśmiertelną sławą okryje.
Przedewszystkiem zrobił notatnik do zapisywania reakcyj. Skleił kilkanaście arkuszy kratkowanego papieru w kształt prostokąta i, zapomocą linij poziomych i pionowych, podzielił go na osiem tysięcy kwadratów. Następnie rysunek przybił do ściany.
Lecz, gdy stojąc przed rysunkiem, przypomniał sobie, że każdy z tej ogromnej liczby kwadratów oznacza jedno doświadczenie, które może trwać najmniej kilka godzin, a czasem i tydzień, ogarnęło go zniechęcenie. Opuścił pracownią i udał się do Gneista.
Stary chemik siedział zadumany, przypatrując się blaszkom miedzi rozmaitej grubości. W izbie jego stał taki sam stalowy cylinder, jak w laboratorjum, tylko było mniej porządku. Gneist bowiem tu pracował i sypiał.
— Panie — odezwał się Juljan — już skończyłem hydrometale.
— Otrzymałeś każdy? — zapytał chemik, podnosząc głowę.
— Kilka pominąłem — szepnął Juljan.
— Szkoda. Znaczy, że jeszcze nie masz dostatecznej wprawy do poszukiwań.
— Nabiorę jej, poszukując związku lżejszego od powietrza.
— Jak chcesz — odparł Gneist, patrząc na swoje blaszki.
Nastąpiło dłuższe milczenie.
— Panie Gneist — rzekł Juljan wzruszonym głosem — zechciej mnie wysłuchać...
Starzec wyprostował się na krześle, pocierając czoło ręką dla skupienia uwagi.
— Metal, lżejszy od powietrza — mówił Juljan — znajduje się między ośmioma tysiącami związków. Czy choć w przybliżeniu nie wiesz pan, gdzie go szukać? Na wykonanie bowiem tylu reakcyj nie wystarczy mi życia.
Gneist pomyślał.
— Nie mam o tem pojęcia — odparł. — W granicach, które ci wskazałem, powstawanie tych związków nie ulega żadnemu prawu, a przynajmniej ja go nie znam.
— Cóż więc mam robić?
— Przechodź każdą reakcją od numeru dwa tysiące do numeru dziesięć tysięcy — odparł starzec.
— A gdyby probować szczęścia i na los wybierać reakcje?...
Gneist bystro spojrzał na niego.
— Wy, Polacy — rzekł — macie dwie kapitalne wady: wstręt do systematyczności i wiarę w los. Ja robiłbym próby kolejno, ale ty — rób, jak chcesz. Może właśnie hazard prędzej aniżeli system doprowadzi cię do celu.
Widząc, że niczego się nie dowie, Juljan zabrał się do odejścia.
— Ostatecznie, panie Gneist, skąd mam zacząć? Czy od numeru dwa tysiące, czy od numeru dziesięć tysięcy, czy gdzieś ze środka?...
— Zacznij, skąd chcesz, bo w tej pracy więcej wart instynkt, aniżeli wiedza. Ja zacząłbym od numeru dwa tysiące i, osobliwie z początku, powtarzałbym każdą próbę.
Juljan pożegnał go zasmucony. Z tem wszystkiem postanowił usłuchać rady i zacząć od numeru dwa tysiące. Gdyby ściślej stosował się do uwag Gneista, oszczędziłby dwadzieścia lat pracy!...
I znowu zaczęło się dla niego więzienne życie: nigdy nie kończące się ważenie materjałów, śledzenie, ażeby obce ciało nie zakradło się do retorty, obserwowanie manometru, posuwanie śruby, dnie bez słońca i noce pełne posępnych marzeń. Gdyby nie Marek Aureljusz, Juljan nie zmieniałby bielizny, nie myłby się, nie pamiętałby o posiłku. Nowe poszukiwania przynajmniej napozór nie różniły się od dawnych. Tylko zjawiska zachodzące w cylindrze odznaczały się większą gwałtownością, tak że nieraz lękał się wybuchu; ale zato czas ich był krótszy. Przeciętnie Juljan codzień wykonywał jedno doświadczenie, niekiedy dwa.
Tym sposobem w ciągu pół roku zrobił sto sześćdziesiąt pięć prób od numeru dwa tysiące jeden do numeru dwa tysiące sto sześćdziesiąt pięć. Im dłużej pracował, tem większej nabywał wprawy, lecz coraz częściej niepokoiła go myśl, że początkowe reakcje wykonane były całkiem błędnie.
Gneist, któremu powierzył swoje wątpliwości, usilnie namawiał go do powtórzenia doświadczeń. Na nieszczęście nie usłuchał go Juljan: z jego bowiem hipotez wypadało, że metal lżejszy od powietrza na pewno nie znajduje się w reakcjach początkowych, od numeru dwa tysiące, lecz — gdzieś we środku między numerem pięć tysięcy i numerem sześć tysięcy.
Był to ciężki błąd, który jednak trafia się badaczom.
Najgorszą stronę nowych doświadczeń stanowiło to, że Juljan nie spotykał w nich żadnego związku, nic, coby kontrolowało próby. A jeżeli wszystkie są mylne?... pytał.
Dla dodania sobie otuchy spoglądał czasem na papier, gdzie notował wykonane reakcje. Już formowały one dwa długie szeregi kwadratów, lecz cóż z tego, kiedy pozostało jeszcze siedemdziesiąt osiem szeregów równie długich!
Tak sobie mówił i znowu wpadł w zniechęcenie. Przerwał roboty, nie czytał, nie rachował, tylko, leżąc na twardej kanapie, marzył. Zdawało mu się, że nauka jest to olbrzymia góra, w którą on wświdrował się jak robak w drzewo. I oto leży w kanale tak niskim, że musi pełzać na czworakach, a tak wąskim, że w żaden sposób nie może się odwrócić. Cofnąć się — niepodobna: wejście zamknięte. A w którąkolwiek stronę zechciałby się posuwać: naprzód, w lewo, naprawo, wszędzie spotka warstwę skał, grubą na dwadzieścia lat pracy. Nawet wyprostować się, nawet głębiej odetchnąć nie można, bo ze wszystkich stron gniecie go niepokonany ciężar.
— Więc zginę zamurowany, skąd cała ludzkość nie mogłaby mnie wydobyć, gdzie nikt nie domyśla się mego istnienia i cierpień?... I prochy moje zostaną tu na wieki, bez nadziei wydobycia się nawet w dzień Ostatecznego Sądu?... Ach, wolę już umrzeć, byle patrząc na słońce.
Zerwał się z kanapy, wybiegł na dziedziniec i począł wyglądać za mur fabryki, spragniony zieloności i słońca. Napróżno. Zamiast kępki trawy, między cegłą, widać kilka uschniętych ździebełek; zamiast wesołych blasków mgłę wilgotną. Przed nim pieni się żółtawa woda Sekwany, tam czernieje smutne widmo Paryża, a wkoło — cisza i pustka.
To zima. Lato oddawna minęło.
Wtem z suteryny, leżącej pod pracownią, doleciała go szczególna melodja. Wytęża słuch: ktoś gra na klarynecie kontredans z „Orfeusza w piekle,“ popełniając w każdym takcie przynajmniej dwa fałsze.
Juljan zajrzał przez zakratowane okno. W głębi piwnicy, z jedną nogą na tapczanie, z drugą na ziemi, siedział samotny Marek Aureljusz i tak zapamiętale dął w klarynet, że nawet nie zauważył laboranta.
— Także wynalazł rozrywkę! — szepnął Juljan.
Odchodząc, spostrzegł obok drzwi piwnicznych błyszczący przedmiot. Podniósł i ze zdziwieniem poznał nową dwudziestocentówkę austrjacką.
— Skąd ona się wzięła?
Wieczorem zapytał o to eks-galernika.
Marek Aureljusz zdawał się być nagle zaskoczony; pochylił głowę i długo przypatrywał się monecie. Wkońcu odpowiedział:
— Już wiem. Musiał ją zgubić któryś z moich przyjaciół. Czasem grywają u mnie w karty, no — a płacą sobie rozmaitemi pieniędzmi. To są ludzie dużych stosunków!
— Czy, Marku Aureljuszu, twoi przyjaciele nie bawią się i fałszowaniem pieniędzy?...
— Może być — odparł obojętnie. — Wy bawicie się chemją, ja muzyką, a oni mogą znajdować przyjemność w myncarstwie. Dobranoc, ósmy numerze!...
Schował dwudziestocentówkę do kieszeni i wyszedł z pokoju Juljana.[1]

Magnetyzer na chwilę przerwał posiedzenie, z czego korzystając, doktór wywołał go z buduaru do sali.
— Kochany panie — rzekł tonem, w którym znać było niecierpliwość — kochany panie, zechciej usłuchać mojej prośby. Juljan szuka metalu lżejszego od powietrza, więc może nudzić się przy nim na dobę po dwadzieścia cztery godzin. Ale my, panie, my, którzy nie szukamy tego cudu, nie chcemy też nadwyrężać sobie szczęk ziewaniem. Pańskie medjum opisuje nam z historji Juljana dzień po dniu, a ponieważ chce opisać okres dwudziestoletni, więc słuchając go, chyba postarzejemy się w tem miejscu, jeżeli nas wcześniej nie wyrzuci gospodarz.
— Cóż mam robić?... — spytał zmieszany magnetyzer.
— Najlepiej skończyć na tem, cośmy już usłyszeli — odparł doktór.[2]


Przypisy

  1. Dalszy ciąg rozdziału, następujący po kreskach, Prus przekreślił.
  2. Na tem kończy się rękopis „Sławy“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.