Rozterki Polaków

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Kijowski
Tytuł Rozterki Polaków
Pochodzenie Ethos społeczny literatury polskiej; Literatura i hodowla; Rozterki Polaków
Wydawca Komitet Kultury Niezależnej
Data wydania 1985
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZTERKI POLAKÓW[1]

Dzisiejsza Polska jest krajem bez nadziei, i to ją różni od Polski sprzed lat trzech, pięciu, dwudziestu i trzydziestu. Przekonaniu, że system jest zły i że nie da się go naprawić, towarzyszy przekonanie, że nigdy — tzn. w wyobrażalnej przyszłości — nie zostanie zmieniony. I to jest nowość. Nie polityczna, lecz psychologiczna, moralna.
Polska Rzeczpospolita Ludowa — czy, jak ją wpierw nazywano, "demokratyczna" — była od początku podminowana prawie powszechnym poczuciem tymczasowości. Rządzące ekipy zapewniały, że ograniczenia wolności obywatelskich i trudności gospodarcze są przejściowe i wynikają z "obiektywnych" przyczyn. Ludność doświadczająca wciąż na własnej skórze obłędów systemu, żyła w oczekiwaniu, że ekonomia i życie społeczne, mające swą własną, organiczną dynamikę, zreformują się same, gdy znikną zewnętrzne przyczyny zakłócające ich rozwój. Gdy znikną skutki wojny, gdy ustanie zimna wojna, gdy rozwieją się obawy przed nową wojną. Do dziś słyszy się w kolejkach głosy starszych ludzi: jak to możliwe?... tyle lat po wojnie?... W powszechnym przekonaniu, system polityczno-gospodarczy panujący w Polsce był przedłużeniem wojennej tymczasowości. Wojennych trudności i wojennych nadziei.
W tej tymczasowości i w tej nadziei Polacy znajdowali racje życia, źródła optymizmu, rezerwy energii. Kiedyś — myśleliśmy — ZSRR przestanie uważać się za oblężoną twierdzę. Kiedyś przestanie uważać swych satelitów za obronny szaniec. Kiedyś usunie z Polski i NRD swe kolonie wojskowe. Kiedyś przecież musi zająć się porządkowaniem swej gospodarki i wyrównaniem zapóźnień. Kiedyś prawa ekonomii, siły społeczne i duch kultury wezmą tu, w środkowej i wschodniej Europie, górę nad danymi strategii i regułami taktyki. Kiedyś utrzymanie władzy przestanie być dla komunistów absolutnym priorytetem, zechcą się nią podzielić, aby w niej uczestniczyć, i rozpadnie się system polityczny zapewniający zorganizowanej mniejszości bezwzględną władzę nad zdezorganizowaną większością. Nie było w historii powszechnej przykładu takiego obezwładnienia społeczeństw. Ten incydent nie może trwać wiecznie.
Ale trwał niezmiennie i tylko kryzysy na szczytach centralnej czy lokalnej hierarchii wstrząsały konstrukcją, która, choć z byle czego sklecona, wykazywała nieprawdopodobną wytrzymałość na owe wstrząsy. Zawali się może przy następnym — myśleliśmy — i robiliśmy nadal swoje.
Jedną z właściwości tego systemu jest to, że wśród wielu wymuszeń pozostawia człowiekowi coś, co mu się wydaje jego wolnym wyborem. Obdarzony wolnością w jednej ograniczonej dziedzinie, człowiek ulega złudzeniu, że innych wolności zrzekł się dobrowolnie. I nie stawia oporu. W praktyce politycznej polega to na ciągłym poszukiwaniu przez aparat władzy punktów stycznych z wrogą, niechętną czy tylko bierną większością.
Różne to by były "punkty styczne": odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych, pacyfizm, anty-germanizm, resentymenty w stosunku do Zachodu, a także w stosunku do rządów sanacyjnych. Bezpartyjny inżynier, któremu powierzono uruchomienie produkcji, znosił absurdy centralnego planowania, zwodził partyjnych ignorantów i głosował na Front Jedności Narodu, mając poczucie, że tylko część swej wolności poświęca w imię tej, jaką mu daje praca. Byłem kiedyś, we wczesnych latach pięćdziesiątych, świadkiem zebrania produkcyjnego w jednej z kopalń krakowskiego zagłębia węglowego. Wzburzeni górnicy skarżyli się na złą organizację pracy, na skutek której nie wykonują norm i tracą premie. Dyskusję przeciął delegat partii jednym pytaniem: Chcecie powrotu sanacji? Zaskoczeni górnicy umilkli, któryś mruknął: Niech ją szlag trafi, inni przytaknęli i w milczeniu wysłuchali delegata partii, który im dialektycznie wytłumaczył dlaczego na pokładach brakuje wózków… Możność wypisania się na temat minionej wojny, zwłaszcza okrucieństw hitlerowskich, dała wielu pisarzom złudzenie wolności twórczej, usypiając ich zmysł rzeczywistości. Jakież to dawne urazy, jakie resentymenty skłaniały znanych z działalności i nieprzekupności działaczy ludowych i socjalistycznych do podporządkowania się rządzącej partii! Jakież to operacje psychiczne przechodzili oskarżeni w procesach, którzy przyznawali się do niepopełnionych win i brali na siebie doraźne zadania propagandowe, wygłaszając pełne wigoru mowy przeciw sobie samym? Każda akceptacja wydzielonej wolności stwarzała wzór postępowania dla innych. Podbój narodu dokonywał się w głębi sumień. Każdy otrzymywał szczególną ofertę częściowej wolności i własnymi środkami niszczył resztę, z której rezygnował. Leninowska partia postępuje jak władca z jakiejś okrutnej baśni, który oznajmiłby swemu ludowi: każdemu z was pozwalam zachować dowolną rękę, dowolną nogę i dowolne oko. Reszty pozbądźcie się sami. A do więzień wtrącę tylko tych, którzy zechcą zachować wszystko.
Argumentację komunistyczną wspomagało też w latach pięćdziesiątych przekonanie o dekadencji Zachodu, wreszcie sprzyjał jej brak wszelkiej kontrofensywy ideologicznej. Znikąd nie było odpowiedzi na ideologię marksistowską. Kościół odpowiedział na nią ostrzeżeniami moralnymi i klątwą rzuconą na komunistów oraz ich współpracowników. Podawał środki obrony, nie proponował natomiast alternatywy rozwojowej. Marksizim-leninizm był jedyną ideologią ruchu i rozwoju, opór przeciw niemu tworzył się w sferze wartości historycznych. Młodzież, która z natury jest po stronie ruchu i rozwoju, była po stronie marksizmu-leninizmu. Traciła wiarę w wartości historyczne. Odwracała się od przeszłości ojców.
Poszukiwanie punktów stycznych ze strony władzy komunistycznej spotkało się z kryzysem wartości w najbardziej dynamicznej warstwie społecznej, wśród młodzieży i wśród intelektualistów.
Nowy ustrój i nowa sytuacja geopolityczna Polski budziły zresztą niemałe nadzieje. Największą nadzieją była budowa państwa jedno-narodowego na obszarach o wiele większych od rzeczywistej Polski etnicznej. Powstały tu warunki życia dla 40 i więcej milionów Polaków. Z myślą o przyszłości warto było wiele poświęcić. Nad długotrwałymi skutkami operacji repatriacyjnej mało kto się wtedy zastanawiał. Działał też na wyobraźnię program uprzemysłowienia kraju /któż umiał przewidzieć ruinę środowiska?/, upowszechnienie kultury /któż się spodziewał, że po trzydziestu latach zabraknie papieru na podręczniki szkolne?/, a nawet — pomimo nieufności do ZSRR — obraz Polski osadzonej w zwartym systemie sąsiedzkich sojuszów /któż mógł przewidzieć, że po latach łatwiej będzie z Polski wydostać się do Francji czy do Stanów Zjednoczonych niż na Węgry lub do Czechosłowacji?/. Polska "demokratyczna" czy "ludowa" na papierze wyglądała dobrze, bardzo dobrze i naród jako całość mógł w jej granicach, statystykach, ustawach i planach znaleźć rekompensatę za stracone swobody. Warto — myśleliśmy — przeczekać powojenne i porewolucyjne konwulsje PRL. "Poczekaj, aż dojdziemy do Atlantyku — tłumaczył mi w 1950 roku pisarz-komunista, który potem zęby zjadł na użeraniu się ze wszystkimi kolejnymi ekipami. — Wtedy los socjalizmu będzie decydował się w Paryżu, a nie w Moskwie. I znów będziemy Europejczykami"…
"Demokratyczna" i "Ludowa" Polska była państwem nadziei. Ostatnią nadzieją była budowa "drugiej Polski", czyli gierkowskiej[2] plan intensywnego rozwoju opartego na zachodnich kredytach i zachodniej technologii. Znalazł ten program wielu entuzjastów, zwłaszcza wśród inteligencji technicznej. Gierek zdawał się wychodzić z błędnego koła pozornych reform; zachodni kapitał i zachodnia technologia miały wymusić wzrost produkcji i spowodować automatyczny wzrost stopy życiowej. Program ten odpowiadał oczekiwaniom społeczeństwa zniecierpliwionego deflacyjną polityką Gomułki. Była to ostatnia propozycja możliwa. Ostatnia, bo wraz z nią komuniści pozbywali się swej legitymacji historycznej, jaką jest ideologia.
Przyznając, że droga rozwoju, jaką głosili, nie jest "jedynie słuszna", ale, owszem, prowadzi do zapóźnień, z których wyprowadzić kraj może tylko pomoc z drugiej strony ideologicznego frontu, przyznawali również, że ich władza nie jest koniecznością historyczną wynikającą z naukowych praw, lecz incydentem, który musi mieć swój kres.
Ilekroć dotychczas załamywała się linia polityczna partii, stalinowska czy gomułkowska, wystarczała zmiana ekipy i retoryki, aby uratować zasady. Ekipa Gierka-Jaroszewicza wyrzekła się zasad. Do kraju nieprawdziwych planów, sfałszowanych rezultatów, dowolnych cen wypuściła prawdziwe pieniądze, które ujawniły fikcje, a zarazem spowodowały jakieś łańcuchowe, nieznane jeszcze dobrze reakcje korupcyjne. Do fikcji gospodarczej Gierek dodał polityczną: tolerując prawie otwartą opozycję, stworzył pozór reformy systemowej — na użytek kredytodawców. Chciał zjeść omlet, nie rozbijając jajek. Leninowska logika nakazywałaby Gierka i wszystkich jego następców oskarżyć o prawicowy oportunizm i zaprowadzić w Polsce twarde rządy ortodoksji. Ale — jak się zdaje — nie ma kto tego zrobić. Zbyt bezwzględne są zresztą realia ekonomiczne. Propagandą ani terrorem nie da się popędzić produkcji. Więc wojsko zostało jako jedyny czynnik porządku, a groźba inwazji z zewnątrz jedynym argumentem propagandy. Po raz pierwszy władza komunistyczna w Polsce posłużyła się argumentacją negatywną, i — trzeba koniecznie dodać — prawdziwą. Bo to prawda, że reżim wojskowy w Polsce jest ostatnią formacją, która chroni kraj przed jawną okupacją. I dlatego właśnie ten reżim, który ma wszystkie cechy tymczasowości /i nawet tego nie kryje/, jest zarazem tym, który pozbawił kraj nadziei na zmiany systemowe i który nas uczy żyć bez nadziei.
Jak bez niej żyć?
Tego właśnie nie wiemy i dlatego zapewne stan psychiczny społeczeństwa określić można jako zbiorową depresję. Wyraża się to w powszechnej niechęci do pracy, w rozrastaniu się marginesu społecznego i szerzeniu się plag społecznych, zwłaszcza alkoholizmu i przestępczości. Wyraża się to w osłabieniu działalności twórczej i naukowej, w zaniku życia kulturalnego, w braku zainteresowania wszelką informacją. Wyraża się to wreszcie w poszukiwaniu negatywnych alternatyw: w dzikiej reprywatyzacji gospodarki /np. w chaotycznym budownictwie/, we wzroście emigracji i upowszechnianiu się zamiarów emigracyjnych. Zjawiskiem patologicznym — mimo bohaterstwa uczestników — jest konspiracja polityczna i kulturalna. Jak gdyby nie było za nami 30 z górą czy już prawie 40 lat życia w tym systemie, jak gdybyśmy się nie nauczyli współpracować z nim, ulegać mu, zdradzać go i oszukiwać, jak gdybyśmy nie przywykli jeszcze do tej myśli, że w sprawie naszego ustroju nie wybuchnie wojna, ani że nas nie wybawi od niego powstanie, jak gdyby nie było tego wszystkiego za nami, nasze rozterki są prawie takie, jakie były w 1945 roku: współpracować czy bojkotować, zostać na emigracji czy wracać do kraju, wyjść czy nie wyjść z podziemia, i co robić w podziemiu — uczyć czy zbroić?
Jak gdybyśmy zaczynali od początku. Jak gdyby uwarunkowania naszej egzystencji znów uległy gruntownej zmianie.
Czy uległy? Nie, oczywiście nie. Ani równowaga sił w świecie, ani wynikający z niej podział na strefy wpływów nie zmieniły się na jotę. Można nawet mówić o zmianach na naszą niekorzyść, bo Związek Radziecki z mocarstwa europejskiego, jakim stał się po II wojnie światowej, w wyniku dalszej ekspansji stał się mocarstwem światowym, przy czym Europa Środkowa, a w tej strefie Polska, stanowią nadal jego podstawę operacyjną. Toteż mobilizacja olbrzymiego potencjału radzieckiego w obronie porządku politycznego w Polsce nie były czczą demonstracją ani słowa Mieczysława Rakowskiego wypowiedziane w TV podczas strajków sierpniowych: nikogo nie straszę, sam się boję… nie były chwytem propagandowym.
Obiektywne warunki powinny nas skłonić do powrotu do status quo ante bellum, bo wszystko jest tak, jak było ante bellum. Powinniśmy, otarłszy łzy i zagoiwszy rany, przyuczyć na nowo siebie samych i nasze potomstwo do maskowania uczuć, spekulowania prawdą, wybierania między rozmaitymi rodzajami zła, radowania się wolnością wyboru w zakresie podyktowanych przez przemoc. Powinniśmy nadal praktykować sztukę samo-amputacji i wprawiać się w jakiejś nowej nowo-mowie i w niej znaleźć perwersyjną radość twórczą. Jak dawniej. Ale tego właśnie nie możemy. Dlaczego?
Bo tak jak reżimowi popsuł się mechanizm propagandy, a jego przedstawiciele coraz częściej mówią rzeczy, których mówić nie powinni, tak nam popsuł się mechanizm samo-zniewolenia i nie potrafimy już w głębi naszych sumień wykonać operacji zadanych nam z góry. I to jest jedyna zmiana, która nastąpiła w Polsce — zwanej PRL — w ciągu ostatnich pięciu lat. Jest to zmiana wewnątrz systemu i zmiana wewnątrz nas. Zmianę wewnętrzną systemu spowodował Gierek, gdy jego mechanizm ideologiczny wymienił na ekonomiczny; zmianę wewnątrz nas spowodowali Papież i "Solidarność".
Papież nie zadekretował nam wolności ani też nie zmobilizował na naszą obronę wojsk niebieskich. Był pierwszym, był jedynym Polakiem obdarowanym pełnią wolności, całą wolnością. Otrzymał wolność fizyczną jako zwierzchnik Kościoła Powszechnego i wolność duchową jako namiestnik Chrystusa. I tę wolność ku nam obrócił, tę wolność nam okazał, tą wolnością nas olśnił, ujawniając całą nędzę wolności pozornej. Były to tylko słowa, ale mające moc ewangelicznego "effeta!" lub "weź swoje łoże i chodź" lub "nie umarł brat twój, ale śpi".
To ruch "Solidarność" był czymś więcej niż słowem — próbą sięgnięcia po całą wolność, wywalczenia jej siłą biernego oporu i zorganizowanej woli. Można dziś aż do wysuszenia gardła dyskutować o błędach "Solidarności", powtarzać w rozmaitych wariantach znany zarzut, że "mogąc zyskać trochę, straciła wszystko", można ubolewać nad bezrozumnym rozbudzaniem w masach nadziei politycznych i gospodarczych, na których spełnienie żadnych szans nie było, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że była to dopiero eksplozja. Eksplozja emocjonalna, która nastąpiła w warstwach najmniej zdolnych do politycznego rozumowania i wyłaniania grup kierowniczych; eksplozja patriotyzmu i resentymentów, gniewu i zapału, której siłę mógł mądry rząd obrócić na dobro kraju i wesprzeć się na niej w kryzysowej sytuacji. W 1980 roku powstała w Polsce historyczna szansa stworzenia konstruktywnej większości. Została zaprzepaszczona, ponieważ leninowska partia ma w każdej swojej komórce zakodowany nakaz niszczenia i dezorganizowania większości.
Znam też argument strony przeciwnej, że ta większość, gdyby jej pozwolić zorganizować się na dobre, nie dałaby się sprowadzić na grunt politycznego realizmu… Jako masa pewnie nie, ale pod przewodnictwem partii politycznej, która powinna była się z niej wyłonić jako uczestnik nowej koalicji rządowej? Nad tym jednak również można dyskutować bez końca, podobnie jak nad prawdopodobnymi skutkami zwycięstwa PSL w wyborach 1947 roku… Jedno jest pewne: "Solidarność" była dopiero pierwszym poruszeniem się bezwładnej masy, jej pierwszym krokiem politycznym, "Solidarność" była naprawdę dzieckiem ze swego zjazdowego plakatu. I to, co zostało po niej, jest bezcenne jak wspomnienie z dzieciństwa: smak całej wolności. Dlatego, że ten smak pamiętamy, nie możemy już, nie potrafimy uprawiać sztuki, której wyuczeniu się poświęciliśmy wiele wysiłków i której znajomość była nawet przedmiotem naszej skrytej a nieczystej dumy…
W tej chwili w głębi tej sali lub spod sufitu, powinien odezwać się szyderczy, skrzekliwy głos: możecie… potraficie… jeszcze trochę…
Jeżeli się nie odezwał, to dlatego, że jest to poświęcona sala. Ale i tak go słyszymy, bo mamy za sobą odpowiednią edukację w szkole dialektyki.
Pewnie, będziemy nadal żyć w kraju cenzury, nomenklatury, selekcji negatywnej, obserwowani, śledzeni i klasyfikowani wedle najnowszych metod naukowych. Pewnie, będziemy oceniać rzeczywistość coraz realniej i z coraz większą zdolnością do układów i kompromisów. Chodzi o to, aby nasza nowa jakość duchowa stała się częścią tej rzeczywistości. Ta nowa jakość duchowa jest umiejętnością; chodzi o to, abyśmy ją stosowali. Ta nowa jakość nie polega na sięganiu po całą wolność, lecz na tym, aby nigdy wzamian za jej okruch reszty nie oddawać. Lepiej całej się wyrzec. Rozmawiać z władzą tak jak Chrystus z Piłatem, a nie jak Piotr ze służącą, do wtóru koguciego piania.
Ten głos spod sufitu może mówić dalej: jest was 36 milionów, w większości biednych i bezbronnych ludzi, zależnych od władzy w każdej dziedzinie, od niej otrzymujących pracę, mieszkania, żywność, lekarstwa, nawet miejsca w żłobkach dla dzieci… 36 milionów ludzi pozbawionych organizacji, środków wyrazu i praw ku obronie. 36-milionowa, bezkształtna większość rządzona przez 2 miliony ludzi zorganizowanych na kształt wojska. Cóż można powiedzieć o postawach, zachowaniach, cóż można powiedzieć o tym, jaki kształt przybierze lotny piasek…
Tu liczą się świadectwa. O nich myślę, gdy mówię o nowej jakości duchowej. Jak wtedy, w roku Jałty i Poczdamu liczył się każdy akt samo-okaleczenia z wolności, jak wtedy decyzja każdego polityka, pisarza, uczonego mnożyła się natychmiast przez tysiące i tworzyła nową jakość moralną, z której lepiono potem ustrój PRL, tak akt każdej duchowej niepodległości liczy się dzisiaj. Liczy się świadectwo "więźniów sumienia" odmawiających wolności wzamian za opuszczenie kraju, liczy się świadectwo intelektualistów głoszących jawnie swoje poglądy i ponoszących za to pełne ryzyko, liczy się świadectwo robotników odmawiających wstępowania do niechcianych związków nawet za cenę materialnych wyrzeczeń, liczy się świadectwo kapłanów, którzy Ewangelię tłumaczą na realia dzisiejszej Polski.
Prawdziwa polska rozterka nie polega na wyborze pomiędzy emigracją a pozostaniem w kraju, pomiędzy ukryciem się w podziemiu a jawnością, pomiędzy pracą w jawnych strukturach państwa a ich bojkotem, lecz pomiędzy utrzymaniem przy życiu w sobie pełnego, wyzwolonego wewnętrznie człowieka a ponownym jego zabiciem.



Przypisy

  1. Prelekcja wygłoszona w lutym 1984 r. u Ojców Pallotynów w Paryżu.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Wydaje się, że zamiast gierkowskiej winno być gierkowski.


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.