Strona:Andrzej Kijowski - Ethos społeczny literatury polskiej.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dowolną nogę i dowolne oko. Reszty pozbądźcie się sami. A do więzień wtrącę tylko tych, którzy zechcą zachować wszystko.
Argumentację komunistyczną wspomagało też w latach pięćdziesiątych przekonanie o dekadencji Zachodu, wreszcie sprzyjał jej brak wszelkiej kontrofensywy ideologicznej. Znikąd nie było odpowiedzi na ideologię marksistowską. Kościół odpowiedział na nią ostrzeżeniami moralnymi i klątwą rzuconą na komunistów oraz ich współpracowników. Podawał środki obrony, nie proponował natomiast alternatywy rozwojowej. Marksizim-leninizm był jedyną ideologią ruchu i rozwoju, opór przeciw niemu tworzył się w sferze wartości historycznych. Młodzież, która z natury jest po stronie ruchu i rozwoju, była po stronie marksizmu-leninizmu. Traciła wiarę w wartości historyczne. Odwracała się od przeszłości ojców.
Poszukiwanie punktów stycznych ze strony władzy komunistycznej spotykało się z kryzysem wartości w najbardziej dynamicznej warstwie społecznej, wśród młodzieży i wśród intelektualistów.
Nowy ustrój i nowa sytuacja geopolityczna Polski budziły zresztą niemałe nadzieje. Największą nadzieją była budowa państwa jedno-narodowego na obszarach o wiele większych od rzeczywistej Polski etnicznej. Powstały tu warunki życia dla 40 i więcej milionów Polaków. Z myślą o przyszłości warto było wiele poświęcić. Nad długotrwałymi skutkami operacji repatriacyjnej mało kto się wtedy zastanawiał. Działał też na wyobraźnię program uprzemysłowienia kraju /któż umiał przewidzieć ruinę środowiska?/, upowszechnienie kultury /któż się spodziewał, że po trzydziestu latach zabraknie papieru na podręczniki szkolne?/, a nawet — pomimo nieufności do ZSRR — obraz Polski osadzonej w zwartym systemie sąsiedzkich sojuszów /któż mógł przewidzieć, że po latach łatwiej będzie z Polski wydostać się do Francji czy do Stanów Zjednoczonych niż na Węgry lub do Czechosłowacji?/. Polska "demokratyczna" czy "ludowa" na papierze wyglądała dobrze, bardzo dobrze i naród jako całość mógł w jej granicach, statystykach, ustawach i planach znaleźć rekompensatę za stracone swobody. Warto — myśleliśmy — przeczekać powojenne i porewolucyjne konwulsje PRL. "Poczekaj, aż dojdziemy do Atlantyku — tłumaczył mi w 1950 roku pisarz-komunista, który potem zęby zjadł na użeraniu się ze wszystkimi kolejnymi ekipami. — Wtedy los socjalizmu będzie decydował się w Paryżu, a nie w Moskwie. I znów będziemy Europejczykami"…
"Demokratyczna" i "Ludowa" Polska była państwem nadziei. Ostatnią nadzieją była budowa "drugiej Polski", czyli