Rozstanie (Bukowiński, 1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Bukowiński
Tytuł Rozstanie
Pochodzenie Antologia współczesnych poetów polskich
Wydawca Księgarnia Maniszewskiego i Meinharta
Data wydania 1908
Drukarz Aleksander Ripper
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała antologia
Indeks stron

ROZSTANIE.
(Z poematu: »Na greckiej fali«).

Podobna śmierci, co się cicho skrada.
Nadeszła straszna godzina rozstania.
Pamiętam... byłaś, jak ten marmur, blada
I, jak krew róży, co się w wichrze słania,
O marmurową oparłaś kolumnę
Swe czoło ciche, smutne, ale dumne.

Poranek. Śpiewne Salaminy fale.
Skąpane w złotych promieniach Heliosa,

Niosą nam do stóp swe jęki i żale,
Którymi próżno wstrząsały niebiosa.
Echa tej skargi, która nam tak blizka.
Płyną gdzieś między świątyni zwaliska.

W milczeniu dłoń swą podałaś mi białą.
Której dotknięcie samo jest rozkoszą.
Cichy szept z ust twych wybiegł: »Już się stało!...
Tych przeszkód, które przed nami się wznoszą.

Tytanów nawet nie pokruszą siły...
Rozstać się trzeba... na zawsze... mój miły«!...

Rozstać... na zawsze... Echo gdzieś powtarza
Dwa słowa tylko, jak dwa straszne zgrzyty
Nożów kapłańskich, lecące z ołtarza,
Na którym we krwi pławi się zabity
Na straszną bogom mścicielom ofiarę
Jeniec, w świetlaną zapatrzony marę.

Na zawsze!... Nic mów tak nigdy, o luba!
Są słowa, które mają moc trucizny. —
W samym ich dźwięku brzmi dla serca zguba...
Są rany, co się nie zasklepią w blizny.
Są myśli, co się, jak gadziny wiją
W mózgu, i dotąd gryzą, aż zabiją!

Błysnęłaś dla mnie, jako gwiazda złota,
Nad szarą, smutną pustynią istnienia

I ozłociłaś czarną noc żywota,
Jak słońce, które ziemię opromienia,
A czar twój dla mnie, jak to słońce właśnie.
Choć się oddala czasem, lecz nie gaśnie.

Godziny szczęścia mkną, jak wartkie fale,
Lecz w niepamięci nie wpadają morze...
Wspomnienia o nich wracać będą stale,
I nieraz, nieraz o wieczornej porze,
Gdy rozłączeni będziemy i sami,
O serca nasze bić będą skrzydłami.

Twój obraz zarył się głęboko w duszy...
I ty mojego nie wyrwiesz z pamięci
Choć szczęście nasze losu młot pokruszy,
Choć ciebie może nowy miraż znęci,
Mój cień cię znajdzie... Nieraz niespodzianie
Przed tobą w blasku księżycowym stanie.

Na księżycowym promieniu, w róż woni.
Spływać do ciebie będę w nocnej ciszy.
Wspomnienie w przyszłość za tobą pogoni
I znowu duch twój cichy szept usłyszy,
Którym cię będę pozdrawiał w noc ciemną,
Choć już nie będziesz tak, jak teraz, ze mną...

Po nieskończonych gościńcach wszechbytu
Błądzimy, jak dwie mgławice pokrewne

Razem na chwilę dobiegłszy zenitu,
Znów się rozchodzim na szlaki niepewne.
Znów błądzić będziem długo, aż pęd rączy
W gwiazdę nas wspólną na wieki połączy.

Nad Salaminy falą smutny stoję
I tanecznice-mewy wzrokiem gonię.
Cisza dokoła, znikło słońce moje.
I w duszy pusto, ciężko, jak po skonie.
A fala, bóle najcięższe kojąca,
Wabiąc w głąb modrą, o stopy me trąca...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Bukowiński.