Strona:PL Antologia współczesnych poetów polskich (1908).djvu/474

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Niosą nam do stóp swe jęki i żale,
Którymi próżno wstrząsały niebiosa.
Echa tej skargi, która nam tak blizka.
Płyną gdzieś między świątyni zwaliska.

W milczeniu dłoń swą podałaś mi białą.
Której dotknięcie samo jest rozkoszą.
Cichy szept z ust twych wybiegł: »Już się stało!...
Tych przeszkód, które przed nami się wznoszą.

Tytanów nawet nie pokruszą siły...
Rozstać się trzeba... na zawsze... mój miły«!...

Rozstać... na zawsze... Echo gdzieś powtarza
Dwa słowa tylko, jak dwa straszne zgrzyty
Nożów kapłańskich, lecące z ołtarza,
Na którym we krwi pławi się zabity
Na straszną bogom mścicielom ofiarę
Jeniec, w świetlaną zapatrzony marę.

Na zawsze!... Nic mów tak nigdy, o luba!
Są słowa, które mają moc trucizny. —
W samym ich dźwięku brzmi dla serca zguba...
Są rany, co się nie zasklepią w blizny.
Są myśli, co się, jak gadziny wiją
W mózgu, i dotąd gryzą, aż zabiją!

Błysnęłaś dla mnie, jako gwiazda złota,
Nad szarą, smutną pustynią istnienia