Rozstajne drogi/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rozstajne drogi
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Nazajutrz wcześnie, wcześniéj niż zwykle, pan Leon był już na ulicy. Trapiła go niespokojność; czuł, że wczorajsze znalezienie się jego z narzeczoną było niewłaściwe i obrażające; piérwszy raz w życiu ubliżył kobiecie, a tą kobiétą była przyszła jego żona. A jednak, lubo starał się wzbudzać w sobie ku niéj żywsze, niż miał dotąd, uczucia, z większą coraz trudnością myślał o nieodwołalnych z nią związkach. Wprzódy była mu ona obojętną; po zaręczynach nie lubił jéj prawie. Wyrachowanie zwyciężało jeszcze wprawdzie; ale wewnętrzne poczucie, z którego nawet nie mógł sobie zdać dokładnéj sprawy, coraz żywiéj opierało się ułożonym zimną rachubą planom. Piérwszy raz oddawna cierpiał; przejmował go rodzaj obawy, niezadowolenie z siebie i jakaś nieokreślona gorycz. Wszedł do księgarni, wybrał kilka najnowszych i bogato oprawnych książek, kilkanaście sztuk muzycznych najmodniejszych i najwięcéj cenionych, i odesłał to pannie Loli, postanawiając sobie iść za parę godzin samemu do niéj, i grzecznością wynagrodzić jéj wczorajszy kapryśny wyskok. Nie pragnął wcale okazać się jéj zakochanym i czułym; czuł, że i bez tego dobrze będzie przyjęty; a przecie sama myśl przepędzenia z nią kilku godzin sprawiała mu nieopisaną przykrość. Wszakże pragnął się zwyciężyć i myślał sobie: to marzycielstwo tylko, kaprysy! Czegoż mogę więcéj od losu wymagać? Przykrość, jakiéj doświadczam, jest chwilowa; to pewno tylko żal za złotą wolnością, to przejdzie; zresztą klamka już zapadła — jestem zaręczony, odwrotu niéma.
Wyszedłszy z księgarni, szedł powoli ulicą, pogrążony w myślach i ze schyloną głową, gdy poczuł dotknięcie czyjeś na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył za sobą pana Szlacheckiego, niemłodego i ogólnie poważanego doktora.
— A chwała Bogu, że cię spotykam, poczciwy koleżko! — rzekł, podając mu rękę pan Szlachecki, — mam do ciebie bardzo pilny interes.
— Cóż takiego? — spytał, zatrzymując się Leon, — gotów jestem na usługi pana.
— Oto widzisz: — mówił stary doktor, — wczoraj wezwano mię do biednéj choréj dziewczyny, którą znam od dzieciństwa. Przeziębiło się to biédactwo, wracając późno w wieczór z lekcyi, które daje na mieście, dla zapracowania sobie na życie — i gorączka rozwinęła się mocno. Dziś stan się znacznie pogorszył, i chciał-bym zrobić konsylium, bo to zawsze lepiéj, gdy ktoś, mniéj sercem związany z chorym, stan jego rozezna. Tylko, że tam... bywam jako przyjaciel — bo uboga... Wolno jakoś szedłeś, kolego i pomyślałem, że może znajdziesz chwilkę czasu...
To mówiąc, patrzał jakby z prośbą na Leona.
— Służę panu, — odpowiedział Leon — czy zaraz pójdziemy?
— Pójdźmy zaraz, bo choroba czasem nie żartuje i nie czeka.
— A więc idźmy — rzekł Leon.
Byli wtedy na Nowym-Świecie; pan Szlachecki ujął pod ramię młodego kolegę i poszli daléj.
Weszli na Śto-Krzyzką ulicę, przeszli ją i zwrócili się na Szkolną. Rozmowa toczyła się o rzeczach obojętnych, gdy nagle pan Szlachecki zawołał:
A propos! winszuję ci, panie Leonie! żenisz się podobno.
Leon zmarszczył brwi.
— Dziękuję, — odpowiedział, — tak, żenię się.
— Tu jest chora — rzekł stary doktor, pokazując Leonowi wysoki dom. Leon spojrzał, i zobaczył, że to ten sam dom, w którym mieszkała jego blada nieznajoma; mimowoli spojrzał w górę, ku okienku na facyatce, i wszedł z kolegą w bramę.
Po chwili otwierały się przed dwoma doktorami drzwi na 4-tém piętrze, i narzeczony panny Bogackiéj znalazł się w izdebce kobiéty, za którą dwa razy szedł przez miasto — i któréj postać ciągle stawała w jego wyobraźni obok postaci pięknéj panny.
Dzień był mroźny, pogodny i słoneczny; do małego pokoju przez ciemną sztorę, zasłaniającą okno, wdzierał się złotą nitką promień słońca. Po-za nim, w cieniu, na czystém lecz ubogiém łóżeczku, leżała Helena. Nie była już bladą, bo twarz jéj pałała gorączką; tylko czoło jéj biało i smutno jakoś jaśniało między gęstemi zwojami czarnych, splątanych włosów. Z ust jéj wychodziły bezładne słowa; była nieprzytomna.
Obok niéj, milcząca, smutna, ale zawsze surowa i poważna, siedziała Natalia.
Leon poszedł do łóżka, wziął rękę choréj i wparzył się w jéj twarz z nieopisanym wyrazem współczucia i sympatyi.
Po kilku chwilach, dwaj doktorowie byli już na ulicy.
— Istotnie, kolego, jak mówiłeś, nic niéma zastraszającego, — rzekł Leon — za kilka dni gorączka całkiem przejdzie. Słuchaj, szanowny kolego, ustąp mi tę pacyentkę; to łatwa kuracya, będę ją sam leczył, trudu mi to nie zrobi, mam chorego obok.
— I owszem, — odpowiedział p. Szlachecki, — lecz i sam zajrzę od czasu do czasu, boć chora zajmuje mię bardzo: byłem w przyjaźni z jéj ojcem, a ją znam od dzieciństwa. Ale codziennie chodzić do niéj, przyznam ci się, że za wysoko na moje stare nogi, i w tych dniach mam mnóztwo pacyentów, więc i czasu mało. Wprawdzie nie zbogacisz się tą praktyką.
— A któż tam-by o tém myślał wobec takiéj biedy! — przerwał Leon. — Zresztą, wiész pan przecie, że się bogato żenię, — dodał z sarkastycznym swoim uśmiechem; — mam więc bogactwo gotowe, a i na bogatych pacyentach mi nie zbywa.
Szli przez kilka chwil w milczeniu, nareszcie znaleźli się przed bramą mieszkania państwa Bogackich.
P. Leon pożegnał towarzysza, który wszedł do innego domu, i spojrzał na okna narzeczonéj. Zbliżył się do bramy; lecz, jakby odepchnięty od niéj jakąś niewidzialną siłą, nie wszedł, i szybko zwrócił się w inną stronę.
Tego wieczora panna Lola daremnie oczekiwała narzeczonego — nie przyszedł. Tylko bogato oprawne książki, które przysłał jéj z rana, leżały na stoliku, a nuty rozkładały się na pulpicie fortepianu.
Piękna panna zrazu dąsała się i niepokoiła, ale gdy przyszedł pan Henryk, postanowiła się pocieszyć, i w końcu wieczora rozmawiała i śmiała się z nim wesoło.
Tydzień upłynął, i w ciągu siedmiu jego dni pan Leon dwa razy tylko ukazał się w domu narzeczonéj; ukazał się roztargniony, smutny, jakby sercem i myślą był gdzieindziéj. Gdy wymawiano mu długą nieobecność, składał się chorobą, zajęciem, wzrastającą liczbą pacyentów; smutek jego i roztargnienie rodzice panny Loli brali za symptomata miłości ku niéj; ona sama niekiedy gniewała się i niepokoiła, ale po chwili, lekka i bezmyślna, dla nowéj sukni, dla klejnotu zwiększającego wyprawę, zapominała o smutnéj twarzy narzeczonego, o jego długiéj nieobecności, a marzeniem biegła w szczęśliwą przyszłość, w któréj, strojna w aksamitną suknią, pyszną karetą, pojedzie z wizytami, a wspaniale liberyowany lokaj, roznosić będzie jéj bilety litografowane: Mme Pola X. — née Bogacka. Biédne dziecię, ze zwichniętym umysłem i skrzywioném sercem nie rozumiało przyszłości bez aksamitów, powozów i biletów, wylitografowanych po francuzku.
Tymczasem przez tydzień ów cały p. Leon codziennym był gościem w małym pokoiku, w domu na Szkolnéj ulicy. Piérwszego zaraz dnia poznał dobrze Natalią; zdrowy rozum i serdeczne jéj do Heleny przywiązanie natchnęły go szacunkiem dla kobiéty o surowej twarzy i pomarszczoném długą troską czole. Oboje schyleni nad łóżkiem choréj, z cicha mówili o niéj. Natalia opowiadała młodemu doktorowi szczegóły życia dziewczyny, a on z coraz silniejszém rozrzewnieniem wpatrywał się w twarz Heleny, rozognioną gorączką, ale, mimo choroby, zawsze łagodną i jakby smutnie zamyśloną. Raz wszedłszy do izdebki, poczuł zimno; zbliżywszy się do łóżka, nie zobaczył lekarstwa przepisanego wczoraj; o powód jednego i drugiego spytał Natalią. Milczała, czoło jéj tylko głębszemi zarysowało się zmarszczkami; chciała coś powiedziéć, ale zawahała się. Młody człowiek pojął wszystko; szybko wyjął pugilares, wyjął z coś z niego i położył na stole.
— Nie weźmiesz mi pani za złe, — rzekł, biorąc rękę Natalii, — jeśli cię prosić będę o przyjęcie mojéj pomocy. Jesteście kobiéty słabe i same, nie wstyd więc wam, jeśli przyjmiecie podaną rękę silniejszego, tém bardziej, gdy ona jest ręką przyjaciela.
— W innym razie, — rzekła Natalia, ściskając dłoń doktora, — nie przyjęły-byśmy żadnéj i niczyjéj pomocy; przywykłyśmy ufać własnym siłom i własnéj pracy, i choć jesteśmy same, nie jesteśmy, jak pan mówisz, słabe, bo idziemy przecież przez życie, bez wsparcia wprawdzie, ale i bez skarg. Ale dziś życie Heleny jest zagrożone, a ratować ją bez materyalnych środków trudno; więc w jéj imieniu przyjmuje, pomoc pana, a przyjaźń jego w jéj i mojém.
Gorączka Heleny trwała dni kilka, w których końcu przytomność jéj wróciła.
Gdy piérwszy raz podniosła wzrok już przytomny, wieczór był; lampka słabo paliła się pod zasłoną; przy stole, z igłą w ręku, siedziała Natalia, a przy łóżku stał Leon. Helena długo patrzyła to na młodego człowieka, to na Natalią; wzniosła w górę spojrzenie, jakby sobie coś przypominała, i po chwili z cicha wyrzekła; — Ja znam pana... tam... w ten wieczór...
I wyciągnęła drżącą i słabą jeszcze dłoń.
Leon ujął gorącą rękę, schylił się i w milczeniu złożył na niéj długi pocałunek. W téj chwili zdało mu się, że się przeniósł w najwcześniejsze lata swojéj młodości; długie dnie gwaru i blasku, i próżnych hałasów, zniknęły mu z pamięci i z serca, a w piersi pełnemi tony ozwała się, cicho dotąd wśród znudzenia i próżni drgająca, struna, jakby radośnym hymnem zmartwychwstania. Od tego dnia siły szybko poczęły wracać choréj, a Leon czuł, że inaczéj zaczyna żyć, niż żył dotąd. Uczucie, jakie zrodziło się w nim dla Heleny, całkiem niepodobne było do przeszłych jego miłości, a raczéj miłostek. Nie mówił on sobie, że ją kocha, zaśmiał-by się nawet z myśli podobnéj, gdyby ona mu przyszła; bo przywykł był do przekonania, że kochać już nie może. Ale wiedział, iż żadnéj kobiéty dotąd nie uszanował tak wysoko. Z rodzajem milczącego uwielbienia patrzał na twarz jéj, pełną serdecznéj dobroci, a zmęczoną i zbladłą w pracy i w chorobie. Piérwszy raz w życiu był przyjacielem młodéj kobiéty, bez wstecznéj myśli; zapomniał o sobie, a myślał tylko o niéj, o tém, jakby jéj byt ułatwić i uprzyjemnić. Znudzenie dalekiém już było od niego. Codziennie kilka godzin przepędzał z dwiema kobiétami; a gdy wychodził z małego, cichego ich mieszkania, dziwnie mu było jakoś zdrowo w myśli i lekko na sercu. Sam się dziwił, że w tych cichych i ubogich ścianach czuł się spokojniejszym, weselszym nawet, niż w świetnych zebraniach, w których wiele mówił, błyszczał, królował; a w gruncie nudził się.
I nie dziw, że tak było, bo gdy natura wleje w piersi człowiecze skarby poczciwych uczuć, toć trudno, bardzo trudno zmarnować i stracić je całkiem. Wśród błyszczących, hałaśliwych próżności życia, usną niekiedy na chwilę te dobre anioły duszy; ale prędzéj czy późniéj przychodzi czas, w którym się budzą i wołają człowieka do jego istotnych celów, do zacności i myśli poważnéj. Są wprawdzie i tacy, są nieszczęśliwi, których dobre instynkta na zawsze milkną, stłumione wrzawą i kałem istnienia; tacy, jak rozbitki, idą w świat z próżném sercem i pustą głową, za życia jeszcze umarli.
Upłynął tydzień od dnia, w którym p. Szlachecki zaprowadził młodego kolegę do pacjyentki swojéj. U państwa Bogackich był tygodniowy, czwartkowy wieczór. Salony się oświeciły; panna Lola, w jasnéj jedwabnéj sukni, z kwiatami we włosach, usiadła przy fortepianie i zaczęła grać szumne kompozycye, a pana Leona nie było; goście zaczęli się schodzić liczne towarzystwo się zebrało, a pana Leona nie było. Wuj pięknéj panny, pan R., szeptał coś z niezadowoleniem do pani Bogackiéj; młoda narzeczona ciągle się na drzwi oglądała; goście uśmiechali się i zapytywali z cicha: i gdzież jest narzeczony? gdzie jest młody doktor? Pan Henryk, korzystając z jego nieobecności, zawzięcie asystował pannie Loli, a pan Wiktor H. znacząco jakoś i jakby z zadowoleniem się uśmiechał. Zabawa nie szła, goście wcześnie się rozeszli. Pan Leon wcale się nie ukazał.
— Dziwny narzeczony z tego Leona! — mówili ze śmiechem młodzi ludzie, schodząc ze wschodów.
— Dziwny narzeczony Loli! — mówiła pani Bogacka do swojego brata po odejściu gości. — Przez tydzień cały był tylko dwa razy, i dziś nie przyszedł. Jak myślisz, co to może znaczyć?
Pan R. wzruszył ramionami.
— Nie wiem, — odpowiedział, — co to być może; ale wiem, że trzeba ślub przyśpieszyć, bo rzecz stała się głośną, i gdyby wypadkiem jakim się rozchwiała, była-by kompromitacya dla Loli.
— Może on jéj nie kocha? — z lekkim niepokojem rzekła matka.
— At, dziwaczne ci przychodzą myśli — odparł pan R; — czemu-by nie miał jéj kochać? młoda przecież i śliczna dziewczyna, a że nie przychodzi często, nic dziwnego: zajęty pewnie, może chory, a może wreszcie i korzysta z ostatnich dni wolności. Trzeba tylko ślub przyśpieszyć, koniecznie przyśpieszyć!
— A jeśli on jéj nie kocha? — raz jeszcze ozwało się serce matki.
— A że téż u was kobiét wiecznie na ustach musi być ten wyraz: kocha! — zawołał pozytywny i praktyczny wuj Loli; — zapomnij o sielankach, moja droga, a pamiętaj, że masz kilka córek, i że choć one majętne są i ładne, trudno je będzie za mąż wydać przy dzisiejszym braku młodzieży. A pan Leon jest jednym z najporządniejszych ludzi, jakich znam.
W ów czwartkowy wieczór, w małym pokoiku na Szkolnéj ulicy, jak zwykle paliła się lampka, jak zwykle było cicho, ale Helena już nie leżała. Siedziała ona na wygodnym, przysłanym jéj przez Natalią, fotelu, głową oparta o miękką poręcz, i po ciemnem jéj ubraniu, jak zwykle, gdy wyjść nie miała, wiły się, długie sploty warkoczy. Twarz miała bardzo bladą, ale razem rozpromienioną jakąś wewnętrzną radością. Naprzeciw niéj siedział Leon, Natalia wyszła na parę godzin za koniecznemi sprawami.
— Podziwiam panią! — mówił Leon, prowadząc daléj rozpoczętą rozmowę; — przetrwać dwa długie lata w ciągłéj samotności, w pracy i smutku!.. jak pani sił nie zabrakło?
Smutnie uśmiechnęła się Helena.
— Gdzie jest konieczność, tam jest i siła na trud fizyczny, — odrzekła, — w trudzie moralnym wspierały mię rady Natalii, która życie całe przebyła w samotności, biédzie i pracy, i wspierała mię pamięć mojéj matki. O! moja matka, panie, to był dobry anioł mojego życia! Ona mię nauczyła pracować, ona stworzyła mi w sercu i myśli świat wewnętrzny, pełen skarbów i pociech, którego nic na ziemi odebrać mi nie może, do którego się uciekałam w najboleśniejszych chwilach goryczy i sieroctwa. Spójrz pan na tę twarz, — dodała wskazując portret pięknéj i poważnéj kobiéty, wiszący nad łóżkiem; — ile razy chwiałam się i upadałam, ile razy wola własna mi nie wystarczała, patrzałam na twarz tę, na którą od kolebki przywykłam patrzéć z miłością, z wiarą i czcią bez granic. A ona, jak święta, jak anioł stróż, dawała mi natchnienia dobre, zdawała się mówić mi: „pracuj i bądź odważna.”
To mówiąc, Helena, wzniosła pełne nieopisanéj miłości spojrzenie na portret, a Leon pomyślał o swojéj matce, dobréj téż i rozumnéj, którą, téż czcił i kochał niegdyś. I tak dusze dwojga młodych ludzi, w pierwszéj dłuższéj ich rozmowie, zlały się, w jedném świętém i najpiękniejszém uczuciu: uwielbienia i wdzięczności dla drogich, a już umarłych.
Najświętsze są, najczystsze i najgłębsze związki ludzi takie, których piérwszym akordem jest zjednoczenie się w jednéj jakiéj myśli poważnéj, w jedném głębokiém i gorącém uczuciu.
— Domyślam się, jak pani byłaś nieszczęśliwą, gdyś straciła matkę — rzekł Leon, myśląc o dniu, w którym sam niegdyś, z dziewiczém jeszcze sercem i nieskalaną myślą, pełen żalu i boleści, stał nad trumną swojéj matki.
— Chwila, w któréj straciłam moję matkę, — odpowiedziała Helena, — była chwilą, w któréj straciłam wszystko inne kochane i potrzebne: ojca, byt, opiekę. Ojciec mój nie był bogaty, ale pracował, i praca jego wystarczała nam na życie ciche, bez zbytku, ale dostatnie i bez trosk. Od dzieciństwa nie znałam biédy, osłoniona kochającą opieką rodziców. Uczyłam się wiele i dnie spędzałam spokojne, pełne pożytku dla serca i umysłu. Gdym liczyła lat ośmnaście, dziwne jeszcze miałam marzenia: zdawało mi się, że na zawsze zostanę spokojną, i co dziwniejsza, miałam przeczucie wielkiego szczęścia. Niebo, ziemia i wszystko na świecie obiecywało mi życie takie. O teraźniejszość się nie troszczyłam, bo czułam nad sobą opiekuńcze dłonie; a przyszłość złociły mi nadzieje, nieokreślone wyraźnie, ale urocze i gorące. Doszłam tak do dwudziestego roku życia, i wtedy zaciężyła nade mną surowa ręka losu. Matka moja umarła. Nędza mię otoczyła, więc ujrzałam się zmuszoną być sama sobie wszystkiém. Straszna to chwila, w któréj człowiek, obejrzawszy się wokoło, spojrzawszy na niebo i ziemię, na ludzi i świat cały, powié sobie: wszystko mię zawiodło! a do nadziei, które poprzednio kołysały, woła: pocoście kłamały!... Śród szerokiego świata, człowiek staje sam jeden; po zanim, nic. Wszystkie uciechy znikły, wszystkie żywsze serca uderzenia zesłabły, jak złudne widoki na stepowych, piaskach. Kto sam kiedykolwiek doznał takiéj chwili, ten wié, że trudno w niéj nie pochylić się duchem i nie jęknąć. I jam się téż pochyliła, skarga z ust mi wypłynęła, i uczułam się bezsilną. Wtedy podała mi rękę Natalia; wsparta jéj radą, poczęłam stawiać piérwsze sieroce kroki; szybko dojrzałam wśród cierpienia, i pójdę daléj, walcząc z życiem. Mam niejakie środki do pracy, chęci mi do niéj nie brak, i choć to mozolne, jednak nie nad moje siły. Stworzyłam sobie ubogi, ale cichy i niezależny byt. Aż wreszcie — dodała z wesołym uśmiechem, który dziwnie sympatyczną słodyczą twarz jéj zalewał, — zaziębiłam się, zachorowałam, i... znasz pan dalszy ciąg historyi.
Gdy Helena mówiła, Leon patrzał na nią z wyrazem najwyższego zajęcia; nie zauważyła tego, zwracając sama najczęściéj oczy, to ku drzwiom, jakby chciała, by się coprędzéj dla Natalii otworzyły, to ku wizerunkowi matki, jakby błagała ją, aby zstąpiła ku niéj. Skończywszy, zwróciła wzrok na Leona, i spotkała się z jego wejrzeniem. Szybki rumieniec zalał jéj bladą twarz, i uniosła się z krzesła, jakby uciec chciała; ale była to jedna kruciuchna chwilka nagłego popędu, po któréj znowu stała się spokojną i poważną, jak zwykle. Leon spostrzegł ten rumieniec i ten ruch, zrozumiał je i pojął, że do niego należało wyrwać Helenę z przykrego pewnie dla niéj położenia; czuł, że powinien odejść. Ale czuł zarazem, że jakaś niewidzialna siła pociągała go do téj kobiéty, inaczéj, niż przyciągany bywał dotąd do wielu kobiét, które spotykał na swéj drodze. Sypnął im parę garści złotych słówek, powdzięczył się trochę... oto wszystko prawie, na co się mógł zdobyć dla nich. Przy Helenie ani pomyślał nawet o czémś podobném; jéj sieroctwo i poważny spokój osłaniały ją, jakby, nietykalną jakąś świętość przed obrazą zwykłych tém obraźliwszych, gdy gorących, frazesów; na czole jéj leżała dziewicza czystość i duma, wobec których i dla których salonowiec warszawski stał się pełnym szacunku i czci człowiekiem.
Natalia weszła. Leon spojrzał na zegarek.
— Dziewiąta godzina! — zawołał, wstając, — jakże szybko przeszedł wieczór!
— Nie spodziewałam się tu pana spotkać dzisiaj, — rzekła, — sądziłam, że się pan bawisz gdzie w weselszém miejscu, niż nasza cicha izdebka.
— O! upewniam panie, — odpowiedział z wyrazem szczerości Leon, — że nigdzie mi nie jest miléj, jak tu w téj cichéj izdebce.
— Dziękujemy panu za jego dla nas przyjaźń, — mówiła znowu Natalia, — ale trudno w to uwierzyć, aby, tam, gdzieś na świecie, nie było jakiéjś pary pięknych ocząt, pociągających pana.
W téj chwili Leon spotkał się ze spojrzeniem Heleny, jakby pytająco przywiązaném do jego twarzy.
— Niema żadnéj takiéj pary ocząt, tam, na świecie, — odpowiedział żywo. Ale mówiąc to, przypomniał sobie Lolę.
Jakże mógł to powiedzieć? przecie był narzeczonym. Więc skłamał? Nie, nie skłamał; oczy panny Loli nie pociągały go więcej, jak p. Maryi, Zuzanny, Klary i t. d... a jednak był narzeczonym!
Ołowiem myśl ta zaciężyła mu na sercu i skłoniła go do naglejszego wyjścia z izdebki.
Gdy się drzwi za nim zamknęły, Helena w milczeniu wyciągnęła ręce do Natalii, objęła ją, przytuliła się do niéj i rzekła: Natalko, szczęśliwa jestem!
Poważnie Natalia spojrzała w twarz swéj towarzyszki, i zdziwiła się, ujrzawszy niezwyczajny jéj wyraz. Było to jakby rozpromienienie, jakby rozkwit lica. Wszystkie odcienia radosnéj nadziei zalały oczy i otoczyły usta Heleny. Twarz kobiety taką jest wtedy tylko, gdy do jéj serca wstępuje gość potężny; — wielka miłość. Natalia pocałowała gorące czoło Heleny i odpowiedziała z cicha.
— Daj ci Boże szczęście, któregoś warta.
Ale wyraźny niepokój twarz jéj zachmurzył: słyszała, że pan Leon był sławnym bałamutem; wiedziała, iż modni i salonowi panowie może się i szczerze czasem zalecają ubogim kobiétom, ale nie żenią się z niemi. Helena taka spragniona serdecznego życia, taka ufna!... Natalia mimowolnie zadrżała, przypominając sobie słowa poety.
„Serce i potok ostrzegać daremnie.“