Rozstajne drogi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rozstajne drogi
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



ROZSTAJNE DROGI.


„Bywają chwile, w których wędrowcy tego świata, widząc przed sobą rozchodzące się ścieżki, czują, że ta, którą wybiorą, ma ich przez całe już wieść życie. Niepewni, stają, patrząc w prawo i w lewo; i tu, i tam jest coś, co ich nęci — jest coś, co ich odtrąca. Szczęśliwy! kto, wśród dróg rozstajnych, potrafi najlepszą sobie wybrać ścieżkę.”



I.

Ciemny, listopadowy, lekko mroźny wieczór zawisł nad Warszawą; chodniki pokryły się lodem, a latarnie, rozsiane gdzieniegdzie, niby zapłakane i na-pół zgasłe gwiazdy, słabo oświecały wrzące ruchem i grzmiące turkotem powozów ulice.
Z bramy pięknego domu, którego duże oświecone okna patrzały na Krakowskie-Przedmieście, otulony w futro, w wysokim lśniącym kapeluszu i w silnie oranżowych rękawiczkach, wyszedł doktor Leon X. Wyszedł z bramy, stanął na ślizkim chodniku, spójrzał na niebo, spojrzał wokoło siebie, otulił się lepiéj futrem i potężnie ziewnął. Przez chwilę stał, jakby namyślając się, co ma czynić — dokąd ma iść; nareszcie skinął ręką na znak zniechęcenia i nudy, a mruknąwszy z cicha: — wszystko mi jedno! — zwolna, ze schyloną głową, jak człowiek, który za niczém nie goni i do niczego nie śpieszy, skierował się ku Nowemu-Światu.
Uszedłszy kilkanaście kroków, znowu spojrzał w górę i wkoło siebie, jakby instynktownie szukając czegoś, coby go zająć mogło, i zobaczył duży, rzęsiście oświetlony dom.
— A — rzekł z cicha do siebie — tu podobno sala koncertowa. Wejdę, posłucham muzyki! — I z temi słowami wszedł do dużego przedpokoju koncertowéj sali.
Światło gazu, jasno palące się w licznych lampach, oblało postać wchodzącego, i gdy zdjął futro, ukazało pana Leona ze wszystkiemi dodatniemi i ujemnemi stronami jego postaci. Młody doktor miał lat dwadzieścia ośm, słuszny wzrost, gęste ciemne włosy, duże szafirowe oczy, i usta, zdobne poważnym, ale nieco ironicznym wyrazem. Twarzy jego nie brakło owego światła, które, jakby promień z głębi duszy płynący, przeciska się, na zewnątrz i oblewa lice człowieka pewną nieokreśloną jasnością; w oczach jego były iskry młodego ognia, a na czoło między brwiami biegła zmarszczka, świadcząca, iż czoło to nieraz pochylać się musiało pod ciężarem poważnych badań i rozmyślań.
A jednak, jednak z tym odblaskiem, płynącym widocznie z pięknéj i myślącéj duszy, łączył się, na twarzy téj blady, przykry odcień — nie smutku, nie złości, nie żadnego z owych nizkich a ciemnych uczuć, które gangrenują nazawsze serce człowieka — ale odcień znudzenia. Pan Leon był jednym z ludzi, których w pospolitéj mowie zwą dziećmi szczęścia. Niebogaty, ale z licznemi stosunkami w arystokratycznéj sferze, po ukończeniu medycznych studyów, wszedł na drogę życia, pełen zapału i nadziei.
Nadzieje go nie zawiodły; częścią przez wpływ owych licznych stosunków, częścią dla osobistéj, rzeczywistéj wartości jako człowieka i jako doktora — wkrótce nabył wziętości, dostatku i towarzyskiego znaczenia. Pragnącemi usty pił szybko i chciwie ze wszystkich czar rozkoszy; przez zapory i trudności, najeżone dla innych ostremi kolcami, prześlizgał się, łatwo, bez rany, bez bólu; każdy poranek witał go uśmiechem nadziei jakiéjś, każdy wieczór składał mu w dani téj nadziei spełnienie. Nie z saméj tylko zabawy składało się jego życie — pracował z pożytkiem dla innych. A jakże miłą była ta praca! Wszystkie czarne, piwne, szafirowe i niebieskie oczy jego pacyentek tak słodko patrzały w twarz młodego doktora! wszystkie ich purpurowe usta tak uprzejmie się do niego uśmiechały! A ileż razy miękka, drobna rączka drżała w gorącéj jego dłoni, gdy on, topiąc spojrzenie swoje w twarzy choréj, badał uderzenia jéj pulsu! A kiedy sztuką lekarską zdołał przywrócić siły fizyczne jakiéj pięknéj i z wdzięczném sercem istocie, to już i słów brakło do wypowiedzenia mu całéj dzięki, i miary nie było w przyjaźni dla niego — we wdzięczności, w uwielbieniu. Stał się modnym. Wszystkie sławne piękności wyrywały go i zazdrościły sobie. Każda z nich dumna i szczęśliwa była, jeśli się w teatrze w jéj loży pokazał, albo na spacerze podać jéj rękę zechciał. Panny na wydaniu wkładały najpiękniejsze swoje stroje, gdy spodziewały się go zobaczyć, a z piersi niejednéj młodéj kobiety, związanéj już ślubnemi węzły, na widok jego wypływało ciche westchnienie, przy wtórze jeszcze cichszéj myśli: o, czemuż się pośpieszyłam! Stał się Lowelasem Warszawy, zdobywcą serc, postrachem rozkochanych młodzieńców i niepewnych swójéj małżeńskiéj potęgi mężów. Piękna panna Eleonora S. została zakonnicą z rozpaczy, że miłości jéj nie podzielał; jeszcze piękniejsza, panna Adela M., przysięgła zostać jego żoną albo niczyją — czém wprowadziła w rozpacz cały tłum sentymentalnych młodzieńców, którzy od dawna i wytrwale ciągnęli jéj tryumfalny rydwan. Najpiękniejsza pani Lilia H., młoda i ogólnie wielbiona mężatka, rozpoczęła rozwodową sprawę zaraz po wyjściu z choroby, w któréj ją leczył; ale on wręcz powiedział, że się z nią nie ożeni, a ona, blada i smutna, z kaszlem w piersi i goryczą w sercu, do Włoch wyjechała.
Był więc wziętym, młodym, pożądanym. A sam czy kochał te wszystkie kobiety, których siły fizyczne odżywały pod wpływem jego lekarskiéj sztuki, a serca więdły i łamały się pod jego spojrzeniem? Nie; żadnéj z nich on nie kochał gorącą i młodzieńczą miłością; o jakiéj marzył niegdyś na uniwersyteckich ławkach; albo miłością, głęboką a poważną; jaka podnosi, uszczęśliwia i zbawia niekiedy dojrzałego człowieka. Taką prawdziwą a zdrową miłością nie kochał on żadnéj z owych kobiet; ale przy każdéj z nich zostawił cząstkę, choćby maleńką cząsteczkę, swego uczucia. O jednéj chwilkę marzył; do drugiéj westchnął; téj kilka spojrzeń gorących rzucił; tamtéj tajemny a drżący dał uścisk ręki. Były takie, na których ustach zostawił ogień skrytego pocałunku, i inne, z któremi go przez czas jakiś wiązał ów ścisły, palący, namiętny stosunek, który podaje wprawdzie ustom czarę gorących rozkoszy, ale musi szybko zostać zerwanym — bo treścią i istotą jego nie jest zespolenie się wyższych pragnień i myśli, lecz żądza, instynkt ślepy, po których zaspokojeniu zjawia się przesyt. Kapitał serca, jak każdy inny kapitał, rozprasza się, gdy źle użyty i, w mikroskopijnych zda się cząstkach rzucony, topnieje szybko; coraz mniéj procentuje rozkoszą i zadowoleniem — aż pewnego pięknego poranku, nieostrożny kapitalista spostrzega, że jest bankrutem. Smutna to chwila dla człowieka, gdy, badawczą dłoń zapuściwszy w głębinę serca, nie poczuje tam na dnie owego jasnego złota, młodych ogni i młodych uczuć! Wtedy, jak nędzarz, z pustkami w kieszeni, z pragnieniem i żalem, przypatrujący się szczęśliwcom, zajadającym smaczne kąski, z pragnieniem i żalem przypatruje się on szczęścia i miłości innych, dla których zdobycia brak mu kapitału serca, rozproszonego na kupowanie okruch niepożywnych, a jednak powodujących bankructwo. Wówczas bankrut, strącony ze złocistych szczytów uczucia, osiada sobie spokojnie na szarych płaszczyznach powszedniego bytu; a to, co utracił ze strony zdrowego szczęścia, wynagradza sobie konfortem mieszkania, wyborném cygarem i smacznym obiadem — jeśli ma za co je nabyć.
Rozpraszał Leon swój kapitał serca, i przyszła chwila, w któréj mu się zdało, że zbankrutował. Daremnie panna R. błyskała na niego czarnemi oczyma; daremnie pani W., śmiejąc się srebrnym śmiechem, pokazywała mu białe ząbki, i przy powitaniu miękką dłoń długo na jego opierała ręce; daremnie pani S. starała się odkrywać mu wszystkie skarby swojéj ogólnie za wyższą przyznanéj inteligencyi. On zimno patrzał na oczy i ząbki, bez wzruszenia dotykał miękkiej rączki, bez podziwu, a nawet bez uwagi, słuchał szumnych słów wyższéj inteligencyi. I przez czas jakiś nie było mu źle z tym spokojem; mimowoli zapytywał siebie, czy już nigdy nie pokocha nikogo? i sam ze swego pytania ironicznie się uśmiechał. Alboż nie dość mu już było miłości? W głębi, w dalekiej głębi jego serca, odzywał się wówczas głos, że to, czego doświadczał dotąd, nie było miłością; że były to tylko miłostki, a miłość prawdziwa może przyjdzie kiedyś... Ale głos ten był cichy i słaby, pod grubą warstwą spraw codziennych zagrzebany na samém dnie piersi, jak zwykle wszystkie głosy dobre, wszystkie głosy białych aniołów ludzkiego życia. Taki był stan jego serca.
W jakim stanie mogła być myśl wśród tego istnienia, złożonego z uwielbień, pochwał i miłostek, odurzających niby opium? Jako doktor, wykształcony był specyalnie i gruntownie; pojęcie miał żywe; wszystko, co prawdziwe i piękne, kochał i czcił. Ale, rzucony w wir blasku i zabawy, nie zdołał nabyć przyzwyczajenia do ciągłéj, systematycznéj pracy, która się staje potrzebą, rozkoszą — a nieraz celem życia; nie zdołał rozmiłować się w owych cichych a pracowitych godzinach, w których człowiek, pochylony nad księgą lub piórem, całą istotę swoję skupia w jednę władzę myślenia, zapomina, że jest samotny — bo przed nim nieskończony, przejasny, ze swemi nieznurtowanemi głębiami, roztacza się świat wiedzy. Ukochać pracę i naukę całą potęgą serca, stworzyć sobie z niéj cel istnienia i bodziec do wszystkiego co dobre... Leon nie mógł; nie miał on na to czasu, nie miał może w naturze swojéj téj iskry zapału, która wznieca bohaterskie i wytrwałe miłości dla idei lub nauki. Wiele umiał, wiele wiedział, jasno patrzał na rzeczy, szacował rozum i widział w nim jedyną nadzieję, jedyną przyszłość ludzkości; ale na tém wszystkiém nie mógł sobie osnuć całéj tkaniny życia.
Mijały dnie za dniami. Leon był ciągle spokojny, zadowolony, świetny, uwielbiany; aż niespodzianie, pewnego poranku poczuł, że mu czegoś w życiu braknie; poczuł, że mu nie jest zupełnie dobrze na świecie. Cóż się stało? dlaczego czuł ten niesmak? Przecież w mieszkaniu jego axamitne meble były zawsze miękkie i piękne; Bouquerelle coraz lepsze dawał obiady; towarzystwa warszawskie coraz bardziéj się rozbawiały, a on był ciągle bohaterem tych towarzystw... Czegóż mu więc niedostawać mogło?
Młody doktor dotknął swego pulsu, sądząc, że go jakaś fizyczna słabość niepokoi; ale przekonał się, ze puls był zupełnie spokojny i zwykły. Podszedł do źwierciadła, spojrzał na swoję cerę, ujrzał ją zdrową i rozpromienioną rumieńcem dobrobytu. Zaczął więc chodzić po swoim gabinecie i spowiadać głąb' swego ducha. Po godzinnéj przechadzce wzdłuż i wszerz pokoju, zostało mu, jako wynik téj spowiedzi, tajemne wewnętrzne zeznanie: że, jest znudzony.
Znudzony? — czém i jak? Znudzony życiem — znudzony głęboko. Wszystkiego dotknął, wszystkiego użył, i świat nic dla niego nie miał nowego; przesyciła go miłość (a przynajmniéj to, co zwał miłością), i przesyciły obiady Bouquerella. Czytał książki, ale one nie przykuwały do siebie całéj jego istoty; czytał je dlatego, że tak już przywykł, że nie pojmował, by mógł być jaki oświecony człowiek, który-by nie czytywał; leczył chorych, boć na to był doktorem, aby leczyć; leczył nawet biednych, — z litości, bezpłatnie, — ale dziękczynień ich tyle przez lat kilka słyszał, że wolał już ich niesłyszéć; myśl, że czyni dobrze, stała mu się tak zwyczajną, tak niepocieszającą i niebawiącą, jak tużurek, który miał na sobie.
W salonach rozmawiał wiele i zawsze świetniał dowcipem i niezrównaną łatwością obejścia się; ale w słowach jego nie było zapału ni przekonania. Srebrne i płynne, dźwięczały one, niby spadające perły, o których wartości nie wiedział, ani się chciał o nią troszczyć. Życie jego coraz podobniejszém się stawało do życia automatu. Codziennie o jednéj godzinie wstawał, czytał książkę, wyjeżdżał do chorych, jadł obiad, czytał dzienniki, bywał w teatrze, na balu lub wieczorku u swoich intimes; kładł się spać, a nazajutrz tę samę pieśń życia powtarzał da capo — i tak w nieskończoność. I przyszła chwila, w któréj skinął pogardliwie ręką na świat i ludzi, na uczucia i ideę — i wyrzekł, ziewając: — wszystko mi jedno! — Odtąd nudził się!...
Często ludzie rozmyślają nad tém: czy ów stan bierny znudzenia, apatyi, jest cierpieniem, czy negacyą wszelkiego szczęścia i cierpienia? Są tacy, którzy dowodzą, że w owém bierném znalezieniu się odnośnie do zewnętrznego świata — leży spokój, szczyt dobrego. Mniemanie to zdaje się być stwierdzane starém przysłowiem: najszczęśliwsi głupi; boć przecie głupota najbliżéj bierności. Ale każdy, kto ceni zacność i działalność natury człowieka, wzdrygnie się, na widok owego ujemnego spokoju. Nikt, kto cokolwiek na świecie choćby z największym bólem miłuje, nie odda téj miłości i tego bólu swego za martwe, trupie, czy ślimacze uspokojenie.
Owo znudzenie, owo apatyczne ciągnięcie lamki życia, jest klęską, gangrenującą młode pokolenie. Najlepsze materyały, dotknięte kałem łatwych rozkoszy, marnieją w objęciu nudy; siły młode, myśli zdolne ślimaczeją, kamienieją — aż z człowieka wylęga się na świat automat, jedzący, mówiący, czytający z przyzwyczajenia, a tylko poziewający z zamiłowania. Straszny to, smutny widok człowieka, który słońcu i miłości, wiośnie i wzniosłéj idei, za cały głos swojéj istoty posłać może tylko ziewnięcie.
Pewnego dnia do pana Leona X. przyszedł przyjaciel jego, Ksawery Z., i powiedział:
— Jeżeli chcesz, Leosiu, możesz świetną partyą zrobić.
— Któż-to ta partya? — zapytał doktor, składając dziennik i zapalając cygaro.
— Państwo Bogaccy przyjechali do Warszawy i przywieźli z sobą najmłodszą córkę. Śliczna dziewczyna, słowo honoru, i 500,000 złp. posagu. A jakie stosunki!
— I w czém-że to wszystko stosuje się do mnie — zapytał znów Leon, nie wyjmując z ust cygara i z głębi fotelu obojętnie patrząc na Ksawerego.
— Ale znasz przecie swoje dyabelskie szczęście do kobiet. Pokaż się tylko, a powiész jak Cezar: veni, vidi, vici.
— Jakiś ty uczony, Ksawerku — z lekkiém ziewnięciem rzekł znowu pan Leon. — Wiész nawet, co Cezar mówił!
I na tém skończyła się rozmowa dwóch przyjaciół o maryażu. Ale nazajutrz Leon był wezwany do państwa Bogackich, dla ratowania nerwów saméj pani, i po zapisaniu recepty miał już wyjść z salonu, gdy weszła wystrojona panna Lola Bogacka, a prezentowana przez mamę, ukłoniła się konwencyonalnym ukłonem, i zarumieniła się konwencyonalnym rumieńcem. Leon odkłonił się jéj téż konwencyonalnie i, nie spojrzawszy na twarz młodéj panny, brał za kapelusz.
— Spodziewam się — rzekła pani Bogacka, — że pan zechce nam zrobić przyjemność powiększenia u nas koła znajomych w każdy czwartek wieczorem.
Pan Leon jeszcze konwencyonalniéj się ukłonił i powiedział:
— Jeśli mu czas pozwoli (u doktorów czas tak jest zajęty, doktorowie od siebie nie zależą), miło mi będzie korzystać z zaprosin. — Co rzekłszy, naciągnął na lewą rękę liliową rękawiczkę, w prawą ujął lśniący kapelusz i wyszedł. Ale kiedy odpowiadał na zaprosiny mamy, jakoś wypadkiem spojrzał na córkę i zobaczył bardzo piękny wzrost i bardzo piękną twarzyczkę. Gdy był za drzwiami, przyszły mu na myśl słowa Ksawerka. Uśmiechnął się z razu, ale potém pomyślał. — A cóż gdyby się ożenić! 500,000 to niezła rzecz i familia dobra! Zobaczymy! — Tego samego dnia Ksawerek, siedząc obok Leona w teatrze, pytał.
— Cóż? nie zakochałeś się w pannie Bogackiéj?
Doktor rozśmiał się tak głośno, że aż sąsiedzi się na niego oburzyli, że im słuchać muzyki przeszkadza.
— Szczególna-by to była kobieta, mój Ksawerku, — rzekł — która-by mogła we mnie miłość obudzić. Taka nie istnieje, mój drogi. — Gdy tych słów domawiał, otworzyła się loża piérwszego piętra i do niéj weszli państwo Bogaccy.
W przerwie między aktami, pan Leon stał w owéj loży piérwszego piętra; jednę rękę złożył na poręczy krzesła panny Loli, drugą, białą i błyskającą brylantowym pierścieniem, usuwał z czoła opadające gęste włosy, a nieco schylony patrzał w twarz dziewczyny i mówił jéj zwyczajne, salonowe złote słówka, które w jego ustach dziwny wdzięk miały dla kobiet. Co w owéj chwili było w jego sercu? — ironia i znudzenie.
Państwo Bogaccy mieszkali na Krakowskiém Przedmieściu, i z ich-to domu, po dziesiątéj czy dwunastéj wizycie, wychodził Leon, gdy przyszła mu myśl posłuchać muzyki orkiestry, dla zabicia czasu.
Dnia tego, więcéj niż kiedy, poczuł on brak nieokreślony w życiu, owę próżnią i nudę, która go w coraz silniejszy pochwytywała uścisk. Kiedy słuchał zalotnego szczebiotania panny Loli, jéj sentymentalnego śpiewu i gry „fortissimo” na fortepianie, wówczas zniechęcony myślą, rachował, ile już przez lat kilka znał podobnych jéj lalek. Pod gładkiém, białém, ocienioném kędziorami czarnych włosów czołem dziewczyny, cóż było? Myśl płocha, próżna, samolubna; biegła znajomość francuzczyzny, a głębokie lekceważenie lub nieświadomość wszystkiego, co poważne. Pod błękitną, jedwabną, zdobną białemi koronkami suknią, jakie biło serce? Rozkochane w błyskotkach i hołdach, marzące o wspaniałych powozach, pysznych salonach, podróżach, w celu błyśnięcia odbytych, a przytém wszystkiém — o mężu, jak o dodatku. A jeśli myśl panny Loli była płochą i serce jéj zimne; dlaczegóż w oczach miała tyle ognia, na ustach uśmiech, co zdawał się obiecywać światy miłości, a w mowie szlachetne i pełne, zda się, zapału wyrazy?
Ogień w oczach panny Loli był to prosty wynik fizycznéj młodości i siły, uśmiechem stroiła swoje usta, jak magazynier stroi sklep swój szyldem piękniejszym od towarów, które posiada; słowa szlachetne i gorące powtarzała jak papuga, aby niemi wabić tych, w których piersi grały szlachetne i gorące uczucia.
Tak pannę Lolę analizował młody doktor, siedząc naprzeciw niéj, gdy grała — i, jakby przejęta poczuciem sztuki, duże błyszczące oczy wznosiła aż ku złotym szlaczkom obicia, obiegającym ściany pod sufitem. Tak analizował ją, rozdzielając niby anatomicznym skalpelem wszystkie zwoje jéj ciasnego mózgu i wszystkie fibry jéj ciasnego serca. A gdy grać przestała, zbliżył się do niéj i rzekł: że grała prześlicznie, a z cicha dodał: że wyglądała czarownie. Na twarzy panny znowu ukazał się konwencyonalny rumieniec, a medyk podniósł ku oczom sonatę Beethovena, niby się przypatrując gotyckim literom napisu, a w istocie pokrywając ziewnięcie, które, nieposkromione największym wysiłkiem, rozdzierało mu usta.
Wyszedł od państwa Bogackich niezadowolony z siebie i ze świata, z tym wewnętrznym nieokreślonym gniewem, który właśnie dlatego najdolegliwiéj wjada się w piersi, że człowiek niezdolny jest wyraźnie pojąć, na co i na kogo się gniewa. Świat i ludzie nie uczynili mu nic złego; on sam nie popełnił żadnéj zbrodni, ani cienia nawet występku nie miał na sobie; a przecież patrzał na świat i ludzi z nieopisaną niechęcią i znudzeniem, w siebie — nieledwie z pogardą.
W głębi tego przykrego uczucia w sercu Leona odzywał się jeszcze cichy głos tęsknoty. Za czém? tego także nie określał sobie jasno. Czegóż-by mógł pragnąć i za czém tęsknić? Zdaje się, że miał wszystko, co tworzy łatwe i spokojne istnienie. Instynkt jakiś mówił mu z cicha, że przecież życie jego nie może spełznąć całe na téj ślimaczéj drodze, na której się zatrzymał; jakieś resztki kapitału serca dopominały się o użycie, ale słabo, niewyraźnie.
Z takiém usposobieniem wszedł do sali koncertowéj. W głębi, na tle oświetlonéj ściany, wybitnie rysowała się postać dyrektora orkiestry, w czarnym fraku i białéj kamizelce, zwracającego się w różne strony i wywijającego laseczką. Muzykanci, jak rój czarnych istot, różnemi brzęczących głosami, siedzieli u stóp dyrektora, a daléj całą salę zalewało światło, spływające z licznych wielkich świeczników, i zapełniało najróżnorodniejsze towarzystwo.
Już się był koncert zaczął; gdy Leon wchodził, grano jakąś szumną uwerturę. Młody człowiek obejrzał się wkoło i, przeszedłszy całą salę, usiadł w samym jéj końcu, jak najdaléj od orkiestry w miejscu nieco osamotnioném.
Postawił obok siebie kapelusz, włożył szkiełko w oko, oparł się o poręcz krzesła i założył ręce na piersi. W téj postawie począł słuchać muzyki. Kochał on i pojmował sztukę; tylko piękna muzyka wyprowadzała go niekiedy ze stanu apatycznego uśpienia, rozbudzała jakąś choć słabą iskrę ciepła, w wyziębłéj, jak się zdawało, jego piersi.
Skończyła się uwertura i orkiestra zagrała śliczne, ciche a rzewne, marzenie Schumana. Leon pochylił głowę i słuchał, a im bardziéj słuchał, tém wyraźniéj w piersi jego odzywał się głos jakiéjś niewypowiedzianéj tęsknoty za czémś, jakiegoś po czémś żalu. Tony łagodne rozlewały się po sali falami melodyi i w myślach młodego człowieka rozsnuwały nicie obrazów, nieokreślonych dobrze, niewyraźnych. Znikły mu z pamięci świetne salony, w których tak często królował, piękne jego pacyentki i wystrojona panna Lola; a natomiast gdzieś w oddali — w oddali, po-za mgłą długich i pełnych wrzawy lat, ujrzał cichy dom wiejski, szumem lasów owiany, na wzgórzu bielą błyszczący — cichy dom swój rodzinny. Szkiełko wypadło mu z oka, wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń, jak człowiek, który patrzy, nie widząc, a melodya płynęła coraz rzewniejsza, coraz cichsza, coraz słodsza. I w cichym owym domu zobaczył siebie młodzieńcem, pełnym życia i zapału, pełnym pragnień i nadziei, rwącym się w świat daleki ze skarbami uczuć w sercu. I zobaczył swoję poważną i bladą matkę, która już dawno spała cichym snem śmierci. A obok tego obrazu, ujrzał teraźniejszość, świetną, bogatą, pełną blasku i konfortu, a taką jałową, taką próżną, taką bezcelową! I zdało mu się, że przyszłość roztoczyła się przed nim, niby galerya, długa, bogata, ale równa, gładka, jednostajna, zapełniona jednako ustrojonemi lalkami. A w końcu, w głębi téj galeryi, była gruba, głęboka ciemność.
Któż odgadnie, kto pojmie wszystkie tajnie człowieczéj piersi? Czas leci i życie huczy burzami, człowiek raduje się, cierpi, walczy, uspakaja się i zda się usypiać, i zda się wszystkie uczucia już odczuł, wszystkie rozkosze zużył, wszystkie burze przetrwał; a jednak — tam gdzieś w głębi — na dnie jego istoty leży jeszcze jedna nieporuszona struna, jest jeszcze coś, co może rozpalić się, jak iskra. Chwilka tylko, a struna jęknie lub zaśpiewa; jeden powiew, a iskra się rozpłomieni. W ostudzonéj błyskotkami i rozkoszami świata piersi Leona był słaby płomyk, pod popiołem płonący; była, niema wprawdzie, ale drgająca słabo, jakby do dźwięku rwąca się, struna.
Skończono grać marzenie Schumana — ucichła muzyka, nastała półgodzinna przerwa. Leon siedział nieruchomie, myślą patrząc w siebie tylko, a nic i nikogo wkoło nie widząc.
Obok niego, tuż obok, ozwał się głos kobiecy:
— O czém tak myślisz, Helenko?
Leon usłyszał te słowa, jak człowiek, który słucha i nie słyszy.
— Takie to było piękne, Natalio! — odpowiedział drugi głos kobiecy, młody, nieco stłumiony, a jednak srebrny.
Ten głos i te słowa Leon usłyszał wyraźnie. Było coś niewypowiedzianie wdzięcznego w tych kilku prostych wyrazach — był w nich dźwięk świeży pełnéj młodego ciepła duszy.
Usłyszał, ale się nie obejrzał — nie spojrzał na kobietę, obok niego mówiącą, a tylko pomyślał: śliczny głosik!
— O czémże tak głęboko myślałaś? — powtórzył głos piérwszéj kobiety.
— O czém myślałam?... o czém myślałam? — zwolna odrzekła druga, zawsze tym samym miękkim a srebrnym dźwiękiem — trudno niekiedy powiązać nici naszych myśli i jeden z nich wyraźny a jasny stworzyć obraz. Tworzyłam idylle, Natalio — dodała tonem, w którym drgał uśmiech.
— Jakie idylle?
— Słuchając téj pięknéj muzyki, myślałam o duecie życia, zaśpiewanym we dwoje zgodnemi słowami.
— A jakże ci się przedstawiał ten duet życia?
— Osnuty na poważnéj a użytecznéj pracy i na poważnéj a gorącéj miłości.
Była chwila milczenia. Leon słuchał z zajęciem rozmowy, nie oglądając się jednak.
— Przedstawiałam sobie — mówiła daléj ta, którą towarzyszka zwała Heleną — jakby to cudnie było niekiedy wieczorem słuchać takiéj pięknéj muzyki, z ukochanym człowiekiem. Przedstawiałam sobie, że cały dzień pracowali-byśmy oboje, wiedzeni jednym celem, jedném dążeniem i jedną ideą; a potém on-by mi podał rękę, a ja, wsparta na jego ramieniu, rozpromieniona wewnętrzném zadowoleniem, weszła-bym do téj sali, aby z nim razem spocząć wśród światła i muzyki. Myślałam, jak wielkiém, jak gorącém jest szczęściem, zlanie się dwóch istnień, zgodnych z sobą w miłości i pojęciach, i jaki to piękny duet: rozmowa dwojga ludzi, których serca rwą się do siebie, a myśli, niby siostry, razem w świat daleki biegną.
— Marzycielko! marzycielko! — jakby z wyrzutem rzekła Natalia.
— Ja marzycielka? — z lekkiém podniesieniem głowy odpowiedziała Helena — nie nazywaj mię tak, Natalio, nie rób mi téj krzywdy. Marzycielem jest człowiek, który pragnie tego, co niemożebne, i zapatrzony w dalekie niebo, nierozważnie depce najpiękniejsze kwiaty ziemskie. Ja nie marzę, ale myślę i pragnę. To, o czém myślałam, istnieje na ziemi, bywa innych udziałem; czemuż-bym ja tego pragnąć nie mogła? ja, która czuję w sobie tyle sił, uczucia i myśli, że one mogły-by starczyć wielu istotom, spotykanym na Bożym świecie codziennie. Jeżeli nie spełnią się pragnienia moje, pójdę w życie dalsze, jak dotąd idę, samotna i odważna; nie będę się skarżyć i nie upadnę w tęsknocie i jękach. Ale pragnąć szczęścia, ale snuć myślą wyśnione jego obrazy, któż mi zabroni?
— Myśli takie osłabiają hart twój, którego ci tak bardzo potrzeba.
— Nie, one mię wzmacniają, one mi pomagają dźwigać krzyż samotnéj doli.
Ostatnie wyrazy wymówiła z nieopisanym wyrazem smutku w głosie. Gdy je kończyła, pan Leon piérwszy raz na nią spojrzał.
Spojrzał i zobaczył obok siebie drobną i delikatną kobietę, w ciemnéj wełnianéj, ale pełnéj smaku, sukni. Wyglądała na lat 20, twarz jéj była blada, jednolita, bez śladu rumieńca; oczy miała duże, ciemne i błyszczące, a z pod czarnego, zdobnego popielatém piórkiem, kapelusika, spływały grube czarne warkocze.
Siedziała oblana światłem gazu, spokojna i jakby zimna, i kto słów jéj przed chwilą nie słyszał, nie odgadł-by pod tą poważną i tchnącą pokojem postacią, ani gorących pragnień, ani rzewnéj tęsknoty. Rękę drobną, ociągniętą ciemną rękawiczką, złożyła na małym futrzanym rękawku, i spojrzeniem myślącém, spokojném, a jednak pełném blasku, obiegała salę. Obok niéj siedziała średnich lat i surowéj twarzy osoba, ale nie widział jéj Leon, bo ciekawemi oczyma wpatrzył się w bladą twarz sąsiadki, przebiegając wzrokiem gładkie i jakby dumne czoło, usta okolone wyrazem dobroci, i całą, spokojną, a dziwnie wdzięczną, i dziwnie słodką, jéj postać.
— Nie jest piękna — pomyślał — ale niezmiernie zajmująca; dźwięk głosu szczególniéj miły i oczy śliczne!
Ale więcéj, niż piękne oczy i głos miły nieznajoméj, zajęła go jéj rozmowa.
— Jakim dziwnym trafem — myślał — ta kobieta usiadła przy mnie, aby mówić o szczęściu w chwili gdym ja patrzał w przyszłość moję, pytając ją, co mi przynosi i w głębi jéj widząc tylko pustkę i cienie? Dla czego ona mówiła o pragnieniach obok mnie, który przestałem już pragnąć; mówiła o miłości obok mnie, któremu niepodobna już kochać? A ze słów jéj piękną znać naturę, świeżą, młodzieńczą, kochającą! To nie Lola! — i zaśmiał się do siebie, na myśl o pięknéj i strojnéj pannie salonowéj.
Wiele i długo jeszcze grano; ale młody doktor nie mógłby powiedziéć, jakich mistrzów muzycznych utwory słuchało zebranie owego wieczora. Pogrążony w myślach, wpatrywał się ciągle w bladą twarz nieznajoméj i, w przestankach muzycznych, chwytał uchem dźwięki jéj głosu.
Gdy koncert miał się ku końcowi, sąsiadki Leona powstały i zwolna przechodziły salę.
Leon téż powstał i poszedł za niemi.
Razem wyszli na ulicę; one szły szybko i śmiałym krokiem, jak idą tylko te kobiety, które nie przywykły wspierać się na czyjémś ramieniu.
Leon szedł za niemi.
Dlaczego szedł za niemi? nie myślał o tém; jakaś nieokreślona siła pociągała go za bladą kobietą. Czyżby nie był jeszcze całkiem bankrutem serca?
Kobiety przeszły Krakowskie-Przedmieście i zwróciły się na Ś-to Krzyzką ulicę. Gdy były w większéj jéj połowie, Leon przypomniał sobie, że mieszka na Nowym Świecie, że mu więc zdaleka wracać przyjdzie i, zaśmiawszy się z siebie półgłosem, wrócił.
Wrócił, ale, uszedłszy kilkanaście kroków, obejrzał się. Kobiety, zmęczone snadź nieco, szły trochę wolniéj; zwróciły się na ulicę Jasną i pod światłem latarni mignął blady, o ściągłych rysach i dużych spuszczonych oczach profil nieznajoméj; mignął szybko i dwie kobiece postacie zniknęły za murami domów.
Leon uczuł coś jakby żal, jakby pragnienie dowiedzenia się: kto była nieznajoma kobieta?
Zapragnął przecież czegoś! o dziwo! tak dawno niczego nie pragnął!
Zaśmiał się znowu. Co za niedorzeczność! pomyślał i otuliwszy się futrem, szybko poszedł do domu.
Tego wieczora elegancki jego gabinet wydał mu się sztywniejszym i bardziéj bezdusznym niż zawsze; on sam zaś gniewny był jakiś, jakby smutny, ale nie znudzony.
Nazajutrz, gdy otworzył oczy, zdało się mu, że, za zieloną firanką, zasłaniającą okno, błysnęła blada twarz nieznajoméj, a w myśli pojawiły mu się słowa: „pragnąć szczęścia, snuć myślą wyśnione jego obrazy, któż mi zabroni?” Tego dnia Leon trzy razy ścigał na ulicy czarny kapelusz z popielatém piórkiem i trzy razy się zawiódł. Wieczorem wszedł do koncertowéj sali, rozglądał się po niéj, ale się znowu zawiódł. Ani pod żadnym z kapelusików, ani pod światłem gazu, cię zobaczył bladéj twarzy nieznajoméj. Śmiał się z siebie i dziwił się sobie, a jednak nie było mu tak, jak zwykle: było mu lepiéj; czuł, że czegoś pragnął.
Wyraźnie nie był jeszcze całkiem bankrutem serca.



II.

Tydzień upłynął. W wyobraźni pana Leona zatarła się blada twarz nieznajoméj kobiety; z myśli jego zniknęło wspomnienie zasłyszanych jéj słów. Na świecie wieczór był ciemny i zimny; śnieg padał, wiatr silny świstał gwałtownie; mnóztwo sań z głuchym lub jasnym odgłosem dzwoneczków mijało się jak błyskawice; na chodnikach, pod światłem rzadkich latarni, ludzie przesuwali się, rysując na murach domów roje niewyraźnych cieni.
Około godziny 10-téj, z mieszkania zawsze rzęsiście oświetlonego państwa Bogackich, wyszło dwóch mężczyzn, otulonych w futra przed zimnem.
— Winszuję ci, Leonie — rzekł jeden z nich, gdy odeszli kilka kroków od bramy — winszuję ci; świetną partyą robisz.
— A to jak? — zapytał doktor.
— No! — odrzekł Ksawery Z. — cały świat wié przecież, że się żenisz z panną Bogacką.
— Oprócz mnie jednego — odpowiedział z uśmiechem Leon.
— Albożeś się nie oświadczył?
— Anim o tém myślał.
— Czy ci się panna nie podoba?
— Podoba mi się tak, jak wszystkie inne na świecie — rzekł z roztargnieniem, jakby o czém inném myśląc, młody człowiek.
— Otóż powiem ci, mój drogi, to, co wiem o tém; wczoraj u państwa S. spotkałem pana R., jak ci wiadomo, wuja panny Loli. Wiedząc zapewnie, iż jestem twoim kolegą i przyjacielem, począł się niezmiernie szeroko rozwodzić przede mną o twoich zaletach. „Rzadki chłopiec — mówił — co za rozum, jakie znalezienie się, jaka sztuka i umiejętność życia i zdobywania sobie pozycyi!” A po tém wszystkiém dodał: „gdybym miał córkę jedynaczkę, milionową, oddał-bym mu ją z radością”. Ja, niby w kształcie zarzutu, a w istocie dla lepszego wybadania go, rzekłem: iż nie jesteś bogaty, iż byt zdobywasz sobie lekarskim zawodem. Pan R. oburzył się na to. Co to niebogaty! — zawołał — ale będzie bogaty, niezawodnie będzie! Karyera go nie minie, przed nim jest przyszłość, a on ją sobie zdobędzie. Słuchaj, panie Ksawery — dodał — dziś młodzieży mało; panny więdną, jak róże w jesieni, obficie ręką bożą zasiane; taki chłopak, to rzadkość prawdziwa, i mówię ci: że gdybym miał córkę, z radością bym mu ją oddał, a takie jest o nim zdanie wszystkich rodziców dorosłych panien. A samych panien? — spytałem. — No, no — rozśmiał się p. R. — alboż nie wiész, że ten szczęśliwiec ma u kobiet powodzenie, jakby Don Juan jaki. Panny szaleją za nim. — Na tém skończyła się rozmowa, na któréj przekazanie, tobie p. R. wyraźnie obrał mię za narzędzie. Ja zaś czułem się w obowiązku wiernie ci ją powtórzyć, a teraz rób, jak chcesz, i buona notte!
To mówiąc, pan Ksawery podał rękę Leonowi i wszedł do domu, w którym miał przepędzić resztę wieczoru, a młody doktor poszedł daléj. Szedł i myślał o tém, co mu powiedział pan Ksawery. Widział przed sobą możność świetnego ożenienia się, któremu, prócz znacznego posagu i licznych w wysokiéj sferze stosunków, przynieść jeszcze mogło pewną zmianę w życiu, pewną przerwę w jednostajności nudnéj i bezmyślnéj, któréj ciężar czuł mimowoli i co chwila. Lola była piękną; była typem i wzorem kobiety, umiejącéj postawić dom przyszłego męża na arystokratycznéj i niezmiernie dystyngowanéj stopie; mogącéj pięknością i dowcipem błyszczéć nawet między najświetniejszemi. Leon miał lat 28, a kto wié, czy się nie mogło zmienić w przyszłości szczęście jego w zyskiwaniu serc kobiecych, i potém nigdy już może nie przedstawi się mu sposobność do tak świetnego maryażu. Wprawdzie nie czuł on do panny Bogackiej żadnego pociągu serca, ale mógł-że go czuć do kogokolwiek? Ot tak dawna wszystkie kobiety obojętne mu były i sądził, że również spokojnie a obojętnie poszedł-by do ołtarza z panną Maryą, Zofią, Klementyną i t. d., jak z panną Lolą, gdyby posiadały również korzystne warunki majątku, urodzenia i światowej ogłady.
— Ha, więc ożenię się — szepnął do siebie w końcu tych wszystkich rozmyślań — trzeba się jutro oświadczyć, a potém zapalę pochodnią hymenu.
I uśmiechnął się ironicznym uśmiechem, takim, jaki od pewnego czasu najczęściéj mu osiadał na ustach. Ale w téj saméj chwili, przez dziwny jakiś kaprys wyobraźni, błysnęła mu przed oczyma blada twarz nieznajoméj kobiety, ujrzanéj przed tygodniem na koncercie, i w myśli ozwały się słowa, wymówione jéj miękkim i srebrnym głosem: „Duet życia, zaśpiewany dwoma zgodnemi głosami”. Zdziwił się niepomału p. Leon temu niespodzianemu przypomnieniu i znowu uśmiechnął się, ale tym razem nie ironicznie, lecz smutno jakoś. W piersi jego znowu zadrgała struna milcząca, w głębi błysnęła iskierka, śpiąca pod popiołem.
Gdy tak rozmyślał, idąc bez celu, minął Krakowskie-Przedmieście i wszedł na Św. Krzyzką ulicę. Przed nim szła kobieta; szła spokojna, poważna i śmiała, pewne kroki stawiając na ślizkim chodniku i zręcznie omijając tłoczących się przechodniów. Leon nie zważał na nią; zanadto zajęty był swemi myślami, aby cokolwiek wkoło siebie widziéć. Ale gdy doszedł środka ulicy Św. Krzyzkiéj, zapytał siebie, dokąd idzie i pomyślał o koledze, który zaprosił go na ten wieczór do siebie. Przyśpieszył więc kroku, a że chodnik w tém miejscu był wązki, spostrzegł, iż musi minąć idącą przed nim kobietę. Zszedł trochę na stronę i gdy się obok niej znalazł, mimowoli, machinalnie na nią spojrzał.
Byli wtedy pod oknami bogatego magazynu; światło gazu spłynęło na kobietę, ukazując czarny kapelusik z popielatém piórkiém i profil bladéj, zamyślonéj twarzy, z łagodnemi usty i dużemi, w zadumie spuszczonemi oczyma.
Leon drgnął lekko; zdało mu się, że serce jego silniéj uderzyło; poznał swoję nieznajomą na koncercie sąsiadkę. Nie wyprzedził już kobiety, cofnął się o parę kroków i szedł za nią i patrzał na postać jéj spokojną i poważną, na chód jéj lekki, pewny, zgrabny, i uczuł, że przypatrywanie się to przyjemność mu sprawiało. Kto ona jest? — myślał. — O tej porze sama jedna idzie ulicą! I znowu ironiczny uśmiech przebiegł mu usta; snadź myśl jakaś niezbyt jasna pojawiła mu się w głowie. Nie, to być nie może! — odpowiedział sam téj tajemnéj myśli swojéj — ona nie wygląda na to! I rzeczywiście, choć nieznajoma szła przez ulicę w spóźnionéj porze, sama jedna; w postaci jéj i kroku była powaga i spokój królowéj, a z bladego profilu jéj twarzy zdawał się strzelać jakiś nieokreślony promień świętości i czystéj, głębokiéj zadumy.
Tak szli jedno za drugiém; wiatr coraz się wzmagał, śnieg sypał mgłą gęstą, a sanie jak szalone przelatywały z szumem i dzwonkami. Niekiedy, gdy płonące gazem okna magazynów rozświecały postać kobiety, Leon dostrzegał grube, czarne warkocze, wymykające się z pod kapelusza i lśniące pod lamp promieniem. Parę razy śpieszący w swoję drogę i nieuważni przechodnie silnie ją potrącili, tak, że zachwiała się i musiała zatrzymać na chwilę, ale szybko odzyskiwała równowagę i znowu szła daléj spokojnie, a śmiało. Leona ogarniała jakaś złość na owych ludzi nierozważnych, biegnących przed siebie na oślep i nieumniejących poszanować słabości kobiety, bez wsparcia idącéj ciasnym i ślizkim chodnikiem. Poczuł, że z radością podał-by jéj swe ramię, gdyby miał do tego prawo; poczuł, że z rozkoszą było-by dla niego silnego zaopiekować się silną może duchem, ale zawsze słabą ciałem, a tak jakoś dziwnie zajmującą, dziwnie uroczą istotą.
I po raz piérwszy oddawna zapragnął w dłoń swoję ująć rękę kobiety.
Naprzeciw Szkolnéj ulicy nieznajoma stanęła i, oglądając się, czekała, aby ustał cokolwiek ruch przejeżdżających, wyraźnie chcąc przejść na przeciwny chodnik. Leon usunął się w cień i stanął także. Wybrawszy chwilę, w któréj nie widać było żadnych pędzących sań, kobieta zeszła z chodnika i jednostajnym, spokojnym krokiem, przechodziła wszerz ulicę. Ale zaledwie doszła jéj środka, gdy z bocznéj ulicy wybiegły sanie, pędzące z całą gwałtownością pary spienionych koni i biegły prosto na nią. Woźnica wołał: na bok! ona chciała szybko przebiedz, ale poślizgnęła się, pochyliła i uklękła. Woźnica wołał natarczywym głosem, lecz nie wstrzymywał nadbiegających koni.
Leon krzyknął; jednym skokiem stanął obok kobiety, objął ją wpół silném ramieniem i, gdy sanie były już o parę kroków, cofnął ją i wniósł prawie na chodnik.
Nieznajoma była bardzo blada, zdawało się, że drżała trochę; przez chwilę stała, jakby zbierając myśli, aż zwróciła się do młodego człowieka i głosem, który tak dźwięcznie i słodko brzmiał w jego uszach, rzekła: dziękuję panu! Leon się skłonił, lecz nie znalazł słowa odpowiedzi; on, taki śmiały i dowcipny w salonach, bał się rozpoczęciem rozmowy obrazić nieznajomą kobietę.
Odeszła, ale nie tym pewnym i spokojnym krokiem, jakim szła pierwéj; wyraźnie chwiała się i poślizgnęła nawet parę razy. Leon patrzał za odchodzącą, wahał się, co ma zrobić; wreszcie, jakby powziąwszy postanowienie, przyśpieszył kroku, stanął obok niéj i rzekł:
— Przepraszam panią za śmiałość moję! nieznajomy, nie odważył-bym się nigdy przemówić do niéj, lecz widzę, żeś pani przestraszona wypadkiem; ślizko jest, sań mnóztwo jedzie ciągle i drugi podobny może się zdarzyć. Pozwól pani podać sobie rękę.
W głosie jego było tak głębokie uszanowanie, taka prawda i szczerość jakaś serdeczna, że kobieta stanęła. Spojrzeli na siebie pod światłem latarni. Ona podniosła na niego pełne dobroci, a zarazem jakiéjś poważnej, spokojnéj godności spojrzenie; on patrzał na nią z zajęciem i głębokim szacunkiem. Przyjęła ramię, które jéj podawał, i przez chwilę szli, milcząc.
— Wyratowałeś mię pan od śmierci, winnam panu wdzięczność — zadźwięczał miękki, srebrny głos nieznajoméj.
Leon przez wrodzoną delikatność i znajomość świata czuł, że każde grzeczne słowo, jakie-by jéj powiedział, było-by w położeniu, w którém znajdowali się, obrazą i niegrzecznością.
— Przykro pani być musi — rzekł po krótkiém milczeniu — przechodzić ulicę w tak złą pogodę i saméj jednéj.
— Jest to koniecznością dla kobiety, niemającéj ramienia, na którém-by się mogła wesprzéć w wędrówce przez życie i przez miasto — dodała ze smutnym uśmiechem.
— Pani nie masz rodziny? — nieśmiało spytał Leon.
— Matka moja umarła przed dwoma laty. Ojciec daleko ode mnie, rodzeństwa nie mam, jestem sama.
Mówiła to cicho i smutno, a gdy wymawiała ostatni wyraz, głos jéj był jakiś łzawy.
W tej chwili stanęli u bramy wysokiego domu.
Kobieta podała rękę Leonowi i rzekła:
— Raz jeszcze dziękuję panu, bardzo dziękuję!
— Pani tu mieszka? — spytał młody człowiek, dotykając jéj palców i chcąc choćby na chwilę przedłużyć rozmowę.
— Tutaj — odpowiedziała i zniknęła w bramie.
Leon stał pod bramą zamyślony, jakby smutny; zdawało mu się, że w jego piersi odzywa się głos jakiś nowy, a raczéj od dawna znany, ale zapomniany; czuł na ręku dotknięcie palców nieznajoméj, a w uszach mu brzmiał miękkim i łzawym dźwiękiem, wymówiony wyraz: „Jestem sama!”
Spojrzał w górę. Po-nad rzędami ciemnych okien wysokiego domu, w okienku na facyatce, drgnęło światełko i zapłonęło w mroku jak blada gwiazdka. Młody człowiek patrzał na nie przez chwilę i na tle drobnych szyb ujrzał postać i profil kobiety.
Dlaczego ona stanęła u okna? Czy smutném okiem wpatrywała się w szare i zasępione, jak jéj dola, niebo? czy myślą ścigała młodego człowieka, który jéj podał męzkie ramię wsparcia, w chwili przestrachu i upadku?



III.

Nazajutrz był wielki wieczór u państwa Bogackich. W salonie, wrzącym rozmową i muzyką fortepianu, pan Leon siedział obok panny Loli. Piękna dziewczyna, ubrana w białą kaszmirową suknią, trzymała w rączce, ociągniętéj jasną rękawiczką, połyskującéj kosztowną bransoletą, wonny wachlarz, a oczyma, pełnemi wabnego wyrazu, patrzała na młodego doktora.
On był jakoś roztargniony dnia tego i mniéj dowcipny, i mniéj swobodny, niż zwykle; chwilami lekkie chmury przebiegały mu czoło, a wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń, jakby myślą gonił za czémś dalekiém, dalekiém.
— Zajęty mną najpewniéj! — myślała panna Bogacka.
— Zakochany w Loli! — szeptała jéj matka do swego brata, pana R., owego wielbiciela Leona, o którym mówił Ksawery.
— Oświadczy się dziś pewnie — odszepnął wuj Loli.
— Szczęśliwiec z tego Leona! — mówił w drugim końcu salonu Henryk W., wielbiciel panny Loli, do dwóch towarzyszy, i wszyscy zwrócili spojrzenia na piękną parę. — Szczęśliwiec! — powtórzył Henryk — weźmie pannę, jak swoję, piękną i bogatą. W czépku się urodził!
— Pewno się oświadcza teraz, bo żywo rozmawiają z sobą — zauważył jeden z młodych ludzi.
W téj chwili Leon pytał Loli:
— Czy znasz pani jaką młodą osobę, imieniem Helena?
Piękna panna ze zdziwieniem spojrzała na niego i rzekła:
— Znam i niejednę: hrabianka W., panna R., panna Z. i moja starsza siostra nosi to imię.
— Ale czy nie znasz pani jakiéj biednéj panny, albo pani, z takiém imieniem?
— Żadnej biednéj panny ani pani nie znam — odrzekła Lola z niezadowoleniem, bo wolała-by inny zwrot nadać rozmowie. — Ale cóż to imię ma dla pana tak bardzo zajmującego? — dodała z uśmiechem.
— Tak, lubię to imię — odpowiedział młody człowiek i, jakby znudzony rozmową, wstał i odszedł.
Lola, zarumieniona od gniewu i żalu, że rozmowa, na któréj spodziewała się usłyszéć ostateczne wyznanie czułych sentymentów powabnego doktora, tak prędko się skończyła, wstała także i przeszła do kółka gwarzących towarzyszek.
W drugim pokoju pan Ksawery pochwycił ramię Leona.
— Cóż, oświadczyłeś się? — zapytał żywo.
— Jeszcze nie — odpowiedział.
— A oświadczaj-że się, nareszcie, mój drogi! — zawołał przyjaciel. — Słowo honoru, nie rozumiem cię: szczęście do rąk ci lézie, a ty korzystać nie umiész.
— Ksawery prawdę mówi — rzeki p. Józef N., stryjeczny brat doktora, kładąc rękę na jego ramieniu. — Pora ci już się ożenić, a równie pięknéj sposobności chyba nigdy już nie znajdziesz.
— A toście się uwzięli na mnie! — rzekł z tłumioném ziewnięciem i ironicznym uśmiechem Leon. — No, oświadczę się, oświadczę, bo i sam o tém myślę, ale nie dziś jeszcze.
— Dlaczegoż nie dziś? — zawołali towarzysze.
— Ot tak, nie mam ochoty... spać mi się chce; dobranoc.
I, wziąwszy kapelusz, nie pożegnał nikogo i wyszedł.
Po kilku chwilach znalazł się na Szkolnéj ulicy pod bramą, do któréj wczoraj weszła nieznajoma.
Stróż domu zamiatał śnieg z chodnika.
— Słuchaj, mój drogi — rzekł lowelas warszawski, zbliżywszy się do zajętego pracą człowieka — bądź łaskaw, powiedz mi, kto mieszka tam na facyatce? — i wskazał ręką na błyszczące w górze bladawém światełkiem okno.
Stróż oparł narzędzie swoje o ziemię, spojrzał na pytającego, spojrzał potém na okienko i odpowiedział:
— A no, panna Helena.
— Ale jak się panna Helena nazywa? — spytał znów Leon.
— A kto tam, proszę pana, wié, jakie jéj przezwisko. Ludziska ją nazywają panną Heleną, przez niczego; a już bez dwa lata jak tutaj mieszka. Pono to biedactwo rodziców nie ma, a takie to dobre i miłe, jakby jaka święta, proszę pana.
— A biedna ona bardzo? — spytał się młody człowiek.
— A zwyczajnie, proszę pana, jak sierota. Żona moja chodzi tam do niéj, to powiada, że czasami biedactwo takie smutne i takie spracowane, że ci żal patrzéć. Dyć to jeszcze dziecina.
Po tych słowach, stróż poprawił czapkę i wziął się do roboty, a Leon, wsunąwszy pieniądz w jego rękę, odszedł.
Odszedł kilka kroków i obejrzał się, i spojrzał w górę. Jakaś nieokreślona siła ciągnęła wzrok jego ku temu okienku, które bladém światełkiem, przyćmioném zamarzłemi szybami, jakby smutne, załzawione oko, zdawało się patrzéć na niego.
Przyszedłszy do swego mieszkania, młody doktor długo chodził po pięknym gabinecie; w myśli jego nieustannie stawały obok siebie dwie postacie: panny Loli Bogackiéj i nieznajoméj bladéj kobiety. Ironiczny uśmiech przesuwał się ciągle po jego ustach, ale niekiedy i zmarszczka jakby głębokiego zniechęcenia zsuwała mu brwi i rysowała czoło.
— Co za głupstwo! — zawołał nareszcie do siebie, rzucając się na miękką kozetkę — nie myślałem, żebym mógł być takim nierozsądnym marzycielem. I cóż mię ta kobieta obchodzi? Czemu myślę o niéj? Jakaś biedna i kto wié jaka dziewczyna! A tu, dobrze mówią Ksawery i Józef, że szczęście mi do rąk idzie. Lola piękna, bogata i świetnie wychowana; ożenienie się z nią może nadzwyczajnie podnieść moję towarzyską pozycyą i ułatwić mi dalszą karyerę. Jutro oświadczę się; wiem, że będę przyjęty.
To mówiąc, położył się na kozetce i zapalił cygaro, ale tak był zamyślony, że mu zgasło niezadługo.
— Mogłoż-by to być prawdą — szepnął znowu do siebie — to, o czém mówią mi marzyciele, z których zawsze się śmiałem, iż są na ziemi niewidzialne nici, pociągające dwoje ludzi ku sobie tak, że gdy się je zrywa, pęka w piersi z bólem struna żywota?
Byłoż-by to prawdą, że twarz, oblana wyrazem uczucia i myśli, że kilka słów, wyrzeczonych srebrnym dźwiękiem, grających tętnami młodości i ciepła, mogą wzbudzić miłość w sercu, nawet w sercu wyziębłém?
Miłość! ha, ha, ha, to zjawisko fizyologiczne, to fakt czysto naturalny, dwie siły, pociągające się wzajemnie w moc prawa przyrody. Głupcy ci, którzy dociekają jéj esencyi. Alfa i Omega tego magicznego słowa jest użycie. Jaką tu rolę gra myśl i to, co marzyciele zwą duchem? Żadnéj! Widzisz kobietę piękną, a więc kochasz; myśl zaś schowaj do dyssertacyi z uczonymi i do czytania książek. A jednak, mówił znowu po chwili milczenia, dlaczego ona mię tak zajęła? dla czego dwa razy szedłem za nią i dziś stałem u jéj bramy i patrzałem na jéj okno? Przyznać muszę, że nie jest klasycznie piękną; Lola ma i wzrost okazalszy, i nosek zgrabniejszy, i usta świeższe. A przecież co za różnica między wpływem, jaki te dwie kobiety wywierają na mnie! Każde słowo tamtéj pamiętam, każdy odcień jéj bladéj i wyraźnie zmęczonéj twarzy zdaję się widzieć. Jak ona mówiła ten wyraz: jestem sama! łzy były w jéj głosie, biedna!
Pochylił głowę młody doktor i myślą pobiegł w przeszłość swoję. I znów stanęły przed nim młodzieńcze lata, świeże, niepokalane, pełne pragnień i wiary; a przy wspomnieniach tych, westchnienie ciężkie, bolesne, westchnienie po utraconym świętym ogniu młodości, wydarło mu się z piersi.
Gdy usypiał, uśmiech szyderstwa z własnych poczuć miał na ustach, a w głowie myśl: jutro oświadczę się Loli.



IV.

Tegoż wieczora, gdy Leon, powróciwszy od państwa Bogackich, rozmyślał i usypiał, na Szkolnéj ulicy na facyatce wysokiego domu, bladém światełkiem błyskało okno. Po-za niém, w małéj i ubogiéj izdebce, nad stolikiem pełnym robót i książek, siedziała ciemno ubrana i bardzo blada kobiéta. Światło małéj lampy srebrem oblewało jéj czarne włosy, które w grubych warkoczach, z wszelkich uwolnionych więzów, spływały długie i lśniące. Twarz miała bardzo zmęczoną i usta nawet blade. Z piórem w ręce pochylona nad stołem, szybko pisała, zmieniając kartki jedna po drugiej; czasem tylko podnosiła na chwilę głowę, i jakby rozpędzając myśli, które przeszkadzały jéj pracować, przesuwała dłoń po czole.
Dziewiąta, godzinę biły miejskie zegary, gdy u drzwi izdebki ozwało się lekkie pukanie.
Kobieta szybko powstała i, podszedłszy ku drzwiom, spytała z cicha:
— Natalia?
— Tak, to ja jestem, — odpowiedziano, i kobieta drzwi otworzyła. Wchodząca śpiesznie zdjęła kapelusz i futro, podała obie ręce bladéj kobiecie, i obie powitały się milczącym uściskiem. Usiadły przy stole.
— Przez dwa dni nie miałam czasu przyjść do ciebie, Heleno, — rzekła przybyła, — a tak chciałam cię widziéć, że choć już późno, przyszłam tu na chwilę.
— Dziękuję ci, — odpowiedziała Helena, — zawsze mi lepiéj, gdy przyjdziesz rozerwać moję tęsknotę.
— Daj pokój tęsknocie, moja droga, — rzekła uśmiechając się, z pewną przymuszoną wesołością. Natalia; — co tu mówić o tęsknocie w porze roku, wabiącéj do zabaw! Sama myśl o nich powinna cię inaczéj nastroić. Patrz na mnie: nic mnie radośnego nie spotkało, a śmieję się. To wpływ tego, co się na świecie dzieje; bom właśnie była teraz na ulicy, widziałam ruch, gwar, blask, aż miło. A ty jakąś smutną mi się wydajesz i znękaną? Czemu choć oknem na świat nie wyjrzysz? oderwij się cokolwiek od męczącéj cię pracy. Nie ucieknie ci.
— O! moja droga, — rzekła Helena, — rozumiem cię doskonale; udajesz radość, by mię wyrwać z méj zadumy; udajesz zadowolenie, jakiém-byś mnie pragnęła widzieć przejętą; wiész przecie, żem się już wyrzekła nadziei spotkania go kiedyś. Dziś, jak i oddawna, głucha cisza, głęboka samotność wkoło mnie i we mnie. Zamknięta w tych ciasnych i cichych ścianach, słucham, jaki tam na świecie gwar szumi i wre. Potrąca on mnie, gdy wyjdę, a widzę go téż, wyjrzawszy przez drobne szyby mego okienka; widzę tłum, goniący za zabawą, miłością i wesołością; patrzę, na przesuwające się powozy. Wytworni panowie i piękne panie wracają może z teatru, albo na bale jadą. Głowy ich strojne w kwiaty, suknie mają jedwabne, a w dłoniach ich powiewają lśniące wachlarze. Jadą może słuchać muzyki, jaśniéć wśród świateł, spojrzeniem i uśmiechem wabić do siebie młodzieńców, szepcących im złote słowa miłości i uwielbienia. Bóg z nimi... niech się bawią; niech będą szczęśliwi. Nie zazdroszczę im, wiész, Natalio, o tém; ale wiész także, że to, co je cieszy, nie dla mnie. Jam sierota, sama jedna, drobna kropla, zagubiona w morzu, miliardami kropel wrzących zapełnioném; ciemna suknia mnie odziewa, i we włosy nie wplatam kwiatów od czasu, gdym je siać poczęła na grobie mojéj matki! A uśmiech! Natalio, kiedyż on gościł na ustach moich, kiedy gościła radość w mém sercu? nie pomnę; dawno to już być musiało! A miłość? czyż wolno myśleć o niéj biednéj kobiecie, któréj całém istnieniem praca? Nie mówmy o tém, Natalio, to nie dla mnie.
Mówiąc to, ręce miała złożone i oparte na stole, głowę schyloną, jakby pod ciężarem bolesnych myśli.
— Odwagi! odwagi, dziecię! — poważnie wyrzekła Natalia. — Skargi i jęki z twych ust nie wychodzą, ale to jeszcze mało; i ducha wzmódz należy, śród ciężkiéj doli walczyć jak człowiek; z siłą i godnością.
— Natalio, — odrzekła Helena, podnosząc głowę; — wszak nie wyrzekam nigdy, i ty sama nawet nie wiész nieraz, co się we mnie dzieje; czasem tylko, ot, jak dziś, jakby wyzwana przez ciebie, wypowiadam gorycz, jaka, przez długie godziny i długie dnie kropla po kropli zbiera się w mojém sercu. Bóg widzi, Natalio, że nie pragnę blasku ni bogactwa, że szczęśliwym kobietom, które codzień widuję, nie zazdroszczę ich bogatych sukien i pięknych powozów. Ale w sercu mojém jest, nieugaszone najsilniejszą wolą, bezgraniczne pragnienie ukochania i utulenia się pod czyjąś opieką. Tyś silniejsza i zimniejsza ode mnie, przeniosłaś całe życie samotności odważnie i spokojnie. Ja mam inną naturę, kochającą i miękką; mnie zapasy z życiem męczą. Pragnę, staram się być silną i samoistną, ale czuję nieopisaną potrzebę wsparcia i zaufania komuś bez granic. Łzy i skargi panują nad wolą moją przez krótkie chwile, których się wstydzę i których się strzegę; ale cierpienie i tęsknota, to ciągły stan mego serca.
— Natalio, — mówiła daléj po chwili milczenia, — jest w mowie ludzkiéj wyraz jeden, krótki, ale który, jeśli zacięży nad głową kobiety, to już zamknie w sobie cały świat bólu, całe morze tęsknoty. Wyraz ten: sama. Po rozlicznych drogach życia idą ludzie różni, a każdy kogoś sercem kocha, na czyjémś ramieniu się wspiera. Biédna ta, któréj żadne łono nie przytuli z pieszczotą serdeczną, do któréj żadna dłoń się nie zwraca z uściskiem miłości i wsparcia. Gdyby to ludzie mogli pojąć wszystkie gorące a pełne goryczy pragnienia, wszystkie chwile tęsknoty, zwątpienia, zmęczenia i rozpaczy owéj biednéj, drobniuchnéj kropelki, która, śród tłumów niepostrzeżona, przesuwa się przez świat, z ciągłém poczuciem sieroctwa swojego! Gdyby to ludzie mogli pojąć, jak boleśnie jest patrzeć na szczęśliwych, skoro piersi łez pełne; patrzeć na miłość, gdy wszystkie twarze obce; widziéć uśmiechy, a nie módz się śmiać; słyszéć muzykę i każdemu jéj tonowi jękiem wewnętrznym wtórować! O, gdyby to wszystko ludzie odgadli i pojęli, otoczyliby biedną, samotną istotę uściskiem bratniéj, serdecznéj miłości; bo przecież trudno nie kochać tego, kto tak wiele cierpi.
Blada twarz Heleny oblała się żywym rumieńcem, oczy jéj błyszczały, i pod srebrném światłem lampy stała ze spuszczonemi na ciemną suknią rękoma, z warkoczami, wijącemi się po ramionach, niby węże.
Na przeciw niéj, zamyślona i poważna, siedziała Natalia. Surowy profil jéj twarzy wielkim cieniem rysował się po-za nią na ścianie; ręce skrzyżowała na piersi, oczy, pełne surowego smutku, utkwiła w twarz dziewczyny.
— I ja byłam młodą, — odezwała się po chwili milczenia cichym i poważnym głosem, — i ja cierpiałam, i ja pragnęłam, Heleno! A jak świat szeroki i wielki byłam sama! Rodzice zmarli, braci nie miałam... Obejrzałam się wkoło siebie i nie ujrzałam nic, prócz niedoli, prócz biedy i sieroctwa. Zachwiałam się, i łzy obfitemi potokami wydzierały mi się z piersi. Wtedy przyszła do mnie twoja matka, biedna ale szczęśliwa, bo kochająca i kochana kobieta; ze współczuciem ujęła moję rękę i rzekła: „Bądź mężna!” wsparta na jéj rozumnéj przyjaźni dźwignęłam się, poczęłam walczyć z sobą, z własną słabością... i zwyciężyłam, i stałam się silną, silną do pracy i do boleści wszelkich. Utworzyłam sobie świat mój wewnętrzny, świat własnych myśli, miłości i wiary. Ile razy życie zewnętrzne zrzuciło mi na ramiona cały ciężar trudów i trosk, tyle razy zamykałam się w tym światku moim, i ztamtąd czerpałam moc i pociechę. Co uczyniła rozumna i dobra matka twoja dla mnie, pragnę ci oddać. W chwili, gdy walczysz i uginasz się pod ciężarem pracy i samotności, przychodzę do ciebie i mówię ci: „bądź mężna”. Nie sztuka przejść przez życie, gdy wszystko sprzyja, gdy ramię silne osłania, a kochająca ręka chmury z czoła ściera; ale iść saméj po ślizkiéj i trudnéj drodze, a nie upaść; dźwigać saméj ciężar życia, a nie ugiąć się, miéć piersi łez pełne, a światu i ludziom ukazywać zawsze oko suche i jasne, czoło pogodne i usta uśmiechnięte... to zasługa i moc prawdziwa. Słuchaj, Heleno! przede mną mów wszystko, skarż się, to ci ulży; ale w samotnych chwilach strzeż się oddawać tęsknocie twojéj i cierpieniu, a przed ludźmi... o! przed ludźmi niech nigdy się nie ukaże najmniejsza cząstka tego, co czujesz. Zostaw użalanie się i błaganie o współczucie tym, które mają przy sobie miękką rękę matki, męzkie ramię ojca lub brata, albo kochające serce i silną dłoń męża. My samotne, same wszystkiém jesteśmy i powinnyśmy być dla siebie. I dumne być możemy, i chwała nam, jeśli mężne, prawe a czyste przejdziemy drogę naszego ciężkiego życia; jeśli nikt w oku naszém nigdy łzy nie zobaczy. Heleno, wierz mi, dola nasza smutna, ale i piękna; zewnątrz niéj żałoba, ale treść ma szczytną i pełną powagi. A jeśli gdzieś, tam wysoko, rachują cnoty i grzechy ludzkiego istnienia, toć koleje kobiety, która, śród trudnych dla niéj spraw społecznych, przez tłumy się przeciśnie, drogę życia przejdzie mężna, prawa i czysta — toć koleje takiéj kobiety zapiszą się tam jasnemi zgłoskami męczeństwa i świętości.
Natalia była wzruszona; gdy tych słów domawiała, głos jéj drżał; znać w niéj było kobietę, która wiele cierpiała, wiele walczyła, nim zdobyła sobie męztwo, i która wreszcie dumną była z ciężko i boleśnie przebytéj drogi swojéj. O! bo zaprawdę, jeśli cokolwiek może słusznie uczynić człowieka dumnym i wznieść go we własnych oczach, to pamięć wielkich cierpień, przebytych mężnie, i ciężkich prac, dokonanych samotnie. Kto, przechodząc przez świat z bólem w piersi i troską w myśli, nie ukazał ludziom łez swoich i skarg, i nie uniżył się prośbą o litość; kto śmiały i mężny dźwigał swój krzyż bez pomocy i bez słabości; ten wart jest szacunku. A jeśli tym cierpiącym w dumie i milczeniu jest kobieta, słaba ciałem, skrępowana społecznemi ustawami, na każdym kroku spotykająca trudności, podejrzenia, potwarze... o! taka kobieta podnieść może czoło z wysokiém uznaniem swojéj godności.
Helena słuchała mowy towarzyszki z oczyma w jéj twarz utkwionemi. Gdy skończyła mówić, zbliżyła się do niéj, pocałowała ją w czoło i rzekła:
— O! moja droga, jakże ci dziękuję, jak miło mi usłyszeć cię i siłę czerpać z ciebie.
— Jakie gorące masz usta i ręce, — rzekła Natalia, z niepokojem, patrząc w twarz Heleny, — zmieniona jesteś, co ci jest?
— Niezupełnie dobrze się czuję, — odpowiedziała dziewczyna, — głowa mię boli, zimno mi... ale to nic, to przejdzie. Wczoraj, wracając z lekcyi od panien S., przeziębłam i zlękłam się, bo sanie omal mnie nie przejechały. To musiało mi trochę zaszkodzić. Duch silny, ale ciało słabe, — dodała z uśmiechem.
Po chwili Natalia wyszła z cichéj izdebki, a Helena zbliżyła się do okna. W dole, nizko na ulicy, rzędem czerwonych światełek błyskały latarnie; w górze, na rozpogodzoném niebie, jaśniały złote gwiazdy. Dziewczyna blada, ze skrzyżowanemi na piersi rękoma, stała u okna, przenosząc wzrok od cieniów ulicy ku światłom niebieskim, aż osunęła się na kolana, ręce złożyła jak do modlitwy i, wspierając je na oknie, wyszeptała:
— O matko moja! z jasnych krain, z niewidzialnych nam światów, w których przebywasz, powiedz mi słowo pociechy i nadziei, powiedz, czy będę kiedy kochana, szczęśliwa?
Chwile biegły ciche, milczące, lampa zwolna gasła, gasła, aż skonała; ruch ustawał na ulicach. Noc była późna, a Helena klęczała przed oknem, z czołem na dłoniach opartém; klęczała, pogrążona w myślach, nieruchoma, tylko niekiedy dreszcz jakiś febryczny wstrząsał jéj ciałem. Klęczała otoczona ciszą, tylko niekiedy przerywaną coraz rzadszemi dźwiękami ludzkich głosów, dochodzących z dala... ze świata.



V.

Nareszcie, do domu państwa Bogackich wstąpiła wielka radość, do serca panny Loli wielki tryumf — pan Leon oświadczył się i został przyjęty. Rodzice z przyjemnością myśleli, że wydają córkę za człowieka niebogatego wprawdzie, tylko... doktora, ale stojącego na drodze do świetnego położenia, ale młodego i umiejącego sobie wyrobić piękne towarzyskie stanowisko. Wreszcie brak młodzieży był wielki, a oni mieli jeszcze kilka córek. Panny Loli serduszko rozpływało się na myśl, że ów lew, niezwyciężony dotąd, ów Don Juan sławny i okrutny, przed którym tyle piękności upadło w uwielbieniu, który tylu sercami wzgardził... przed nią, przed nią piérwszą, przed nią jedną zgiął harde czoło, do jéj stóp schylił się, błagając o jéj białą rączkę. A przytém Lola była młodą, i jakkolwiek ci, którzy ją wychowywali, robili wszystko, co mogli, aby z niéj uczynić lalkę, uderzyło przecież w jéj piersi tętno człowiecze. Główka zamarzyła; i jeśli takie lekkie westchnienie i takie zamarzenie może się nazwać miłością... Lola kochała młodego doktora, który był już jéj narzeczonym.
Oświadczyny odbyły się rano; o zmroku zaś u drzwi panny Loli pojawił się posłaniec, przynoszący jéj od narzeczonego ogromny bukiet białych kamelij i olbrzymie pudło Loursowskich cukrów. Pan Leon był światowym człowiekiem, i strzegł pilnie konwenansów... a wiedział, iż konwenans nakazuje ofiarować ukochanéj, czy niby ukochanéj, podarki z kwiatów, cukrów i etc. Dar, pochodzący z ręki miłego człowieka, ma w istocie cenę nieskończoną. Szczęśliwi ci, którzy zamiast cukrowych pomadek Lourse'a, mają do oddania młodéj narzeczonéj słodycz prawdziwéj miłości; zamiast kwiatów, wzrosłych w sztucznéj atmosferze cieplarni, śliczne kwiaty jasnéj myśli i świeżego serca! Niejedna biedna dziewczyna jest stokroć szczęśliwszą, biorąc z rąk kochanka drobny biały kwiatek, zerwany gdzieś na łące lub polu i ogrzany tchnieniem jego gorącém, niż bogata i świetna panna salonów, trzymająca bukiet cennych kamelii, owiany chłodem wyziębłéj piersi i konwenansów.
Wieczór ów postanowił młody doktor spędzić w salonie tych, których miał wkrótce nazwać rodzicami. Jak zwykle, tak i tego wieczora, wiele tam znalazł zebranych gości. Lola powitała go z rumieńcem na białéj twarzy, i z kamelją, wyjętą z jego bukietu, w ciemnych włosach. Wszyscy wiedzieli już o zaszłych zaręczynach; młodzi ludzie zazdrościli Leonowi, młode panny zazdrościły Loli. Szczęśliwi! szeptano ogólniej patrząc na piękną parę. I w istocie, wszystkie pozory szczęścia tam były: piękność, młodość, bogactwo, znaczenie, niby miłość.
Ale w twarzy narzeczonego nie znać było szczęścia. Częściéj niż kiedy, sarkatyczny uśmiech osiadał na jego ustach, a zmarszczka, co tak pięknie zdobiła jego miałe i gładkie zresztą czoło, głębszą jakoś była dnia tego... surowszą.
Żenił się on tak, jak się żeni wielu, dlatego, że przecie trzeba było ożenić się kiedykolwiek, dla rozrywki w nudach, dla ułatwienia sobie drogi życia posagiem i stosunkami kobiety.
Żenił się, myśląc, że narzeczona jego, to lalka salonów, piękna ale próżna, nie czując szacunku dla niéj, ani pociągu do niéj.
Żenił się, poziewając...
W głębi jego piersi, w saméj najskrytszéj głębi drgała z cicha, ale ciągle, owa struna, nie rozstrojona jeszcze życiem; owa struna, co wewnętrzną pieśnią swoją przywodziła mu przed wyobraźnią młodzieńczą przeszłość jego, i wysoko bladém światełkiem błyskające okienko.
Przyjaciele i koledzy zbliżali się do niego z uściskiem dłoni, z powinszowaniem.
— O! szczęśliwy synu Eskulapa, — wołał pan Henryk, — bierzesz jak swoję śliczną Lolę, a ja, nieszczęśliwy, ledwiem nie zwaryował z miłości dla niéj.
— Zuch jesteś, chłopcze, — mówił pan Józef, zadowolony z kuzynka.
— Mnie podziękuj, — rzekł Ksawerek, — jam ci piérwszą myśl podał.
Jeden tylko ze wszystkich, pan Wiktor H. poważnie ujął ramię doktora, i wyszli razem do innego, pustego w téj chwili, salonu.
Pan Wiktor miał lat 40, twarz myślącą i poważną, ale razem i rozświeconą wewnętrzném ciepłem; znać było, że życie serca tego człowieka nie ostudziło.
— Słuchaj, kochany Leonie, — rzekł, gdy znaleźli się, sami, — mam prawo do twojéj ufności, bo byłem przyjacielem twego ojca i twoim jestem serdecznie. Powiedz mi prawdę: co cię powoduje do żenienia się z tą panną Lolą, którą ja-bym nazwał panną Lalą.
— Mój drogi i szanowny przyjacielu, — odpowiedział, ze swoim sarkatycznym uśmiechem, Leon, — mówiąc tak, zapominasz, że prawa honoru każą mi za te słowa wyzwać cię na pojedynek.
— Daj pokój żartom, — rzekł znów pan Wiktor, — pytam cię o to, bo źle ci coś z oczu patrzy. Nie podoba mi się narzeczony z takim Bajronowskim uśmiechem na ustach, jak twój, i z takim, wybacz że powiem, wyrazem znudzenia w oczach. Ty jéj nie kochasz, Leonie.
Doktor wybuchnął głośnym śmiechem.
— A! szanowny, nieoceniony jesteś! — zawołał, — nie lubisz mego Bajronowskiego uśmiechu, a zadajesz mi Werterowskie pytanie. Gdybym nie patrzał na ciebie, myślał-bym, że obok mnie stoi jaki Filon albo Medor ze złotych pasterskich wieków. O! jeśli trzeba cię co do mego losu zaspokoić, to powiem ci słowami Adama: kocham, ach kocham, po sto razy wołam!
Mówiąc to, z nieopisanym wyrazem ironii w twarzy, stanął przed przyjacielem w tragicznéj postawie. Pan Wiktor ujął go za rękę z łagodnością i powagą, i rzekł:
— Źle jest z tobą, Leonie. Życie i powodzenie zepsuło cię. Gdybyś był zły albo głupi, albo gdybyś miał naturę biedną i ślimaczą, jaką ma wielu, nie bał-bym się o ciebie, bo wiedział-bym, że popełzniesz sobie po cichu przez życie, i nic ci się złego nie stanie. Ale ja znam cię od dzieciństwa, przypatrywałem ci się ciągle i wiem, że naturę masz bogatszą od innych i piękną, tylko nieco oziębioną i zepsutą. Sam ten nawet Bajronowski uśmiech twój mówi, że nie lekko i bezmyślnie patrzysz na świat. I dlatego właśnie, że cię tak dobrze znam, powtórzę: źle jest z tobą, Leonie. Z całym zapasem myśli i poczciwych poczuć nie stworzyłeś sobie nic, coby celem twojego życia się stało; nic nie umiłowałeś i nic nie oszacowałeś wysoko. Próżnia stała się w twojéj piersi, i ożenieniem się próżnią tę chcesz zapełnić. Ale nie każdy kocha, kto chce kochać, mój drogi; i ty twojéj narzeczonéj nie kochasz, bierzesz ją dla rozrywki i dla posagu. Pobierzecie się i okażecie światu widok jeszcze jednéj pary roztrojonéj, znudzonéj, zniechęconéj ku sobie, i nie pomogą ani bogactwa, ani wpływy; teraz się nudzisz, a potém zaśniesz na wieki; umrzesz dla wszystkiego, co świat ma dobrego i pięknego. Żona twoja będzie stroić się, kokietować i jeździć za granicę, a ty będziesz spać na aksamitnéj kanapie. Nie takie życie, mój drogi, godne jest twego szlachetnego serca i światłéj myśli.
— Więc cóż mam robić? — zapytał Leon wpółpoważnie, wpół z ironią, patrząc na przyjaciela.
— Nie żenić się z kobietą, któréj nie kochasz, a czekać, dopóki prawdziwe uczucie nie zstąpi ci do serca; prawdziwe tylko uczucie rozpędzi ten obłok znudzenia, który zaćmił przed tobą świat, rozgrzeje cię, ożywi i wróci ci siły do życia, czynu, energii i pracy. Oto życie, któregoś wart, i do którego jesteś zdolny.
— Ale czy-m ja zdolny do prawdziwego uczucia? — rzekł Leon, — ty nie wiész, jak życie uczyniło mię zimnym.
— Przebiegnij myślą wszystkie znajome ci kobiety: czyż żadna z nich nie wzbudza w tobie jakiéjś serdeczniejszéj sympatyi, jakiegoś żywszego uczucia?
Leon chciał odpowiedziéć: żadna, ale przypomniał sobie bladą nieznajomą, i na chwilę zamyślił się, a ironiczny jego uśmiech posmutniał.
— Nie mówmy o tém, — rzekł wreszcie, ściskając rękę Wiktora, — stało się! jestem już zaręczony i obowiązany kochać moję narzeczoną. Dziękuję ci, zacny mój przyjacielu, za poczciwe twoje słowa, ale los mój już postanowiony. Kilka lat się bawiłem, a resztę życia przyjdzie mi poziewać i spać; dobrze więc przynajmniéj, że spocznę sobie na aksamitnéj kanapie i u stóp pięknéj Omfalii.
Pan Wiktor ścisnął mu rękę jakby z politowaniem i odszedł, a Leon, wróciwszy do salonu, gdzie towarzystwo było zebrane, oparł się o konsolę, skrzyżował ręce na piersi i zamyślił się głęboko.
Wkoło niego grano, śpiewano, śmiano się i rozmawiano, a jemu ruch ten cały i gwar wydawał się brzęczeniem roju owadów, w którym nie rozróżniał ani głosów, ani słów.
Myślał o słowach, pana Wiktora, czuł ich słuszność; zląkł się przyszłości, zły był na siebie, na świat, na wszystko, i gniewnie zsunął brwi i schyli wzrok ku ziemi.
— Jaki on zakochany! — mówiła uszczęśliwiona pani Bogacka do swojego brata.
— Don Juan zamienił się w Wertera! — szepnął jeden z młodych ludzi.
— Co to mogą 500,000, — zachychotał drugi.
— I wujaszek hrabia, i ciocia księżna, i kuzynek bogaty jak Rotszyld, — dodał trzeci.
— O czém pan tak myśli? — zabrzmiał obok Leona głosik panny Loli, i zarazem młody człowiek poczuł na ręku dotknięcie jéj miękkiego, ze śnieżnych piórek, wachlarza.
Podniósł na nią zimne, ironiczne, prawie wyzywające spojrzenie; w téj chwili uczuł wstręt do swojéj narzeczonéj.
— Myślałem o tém, — rzekł zwolna, — że nie wszystko złoto, co się świéci; nie każdy błyszczący meteor jest gwiazdą, nie zawsze jest szczęściem to, co się niém wydaje.
Lola nie zrozumiała znaczenia słów; zdziwiło ją tylko spojrzenie i dźwięk mowy narzeczonego, ostry sarkastyczny, a zimny.
— Nie rozumiem pana, — odrzekła, strojąc usta w najpiękniejszy uśmiéch.
— Przebacz pani, że nie będę jéj tłómaczył słów moich. Wszak nie jest to bynajmniéj konieczném, abyśmy się rozumieli, nie prawdaż? — A gdy coraz bardziéj zdziwiona Lola patrzała na niego, nie znajdując odpowiedzi, skłonił się przed nią i rzekł:
— Dobranoc pani.
— Pan już wychodzi... tak wcześnie! — zawołała dziewczyna.
— Tak pani, wychodzę, choć jest tak wcześnie, — odpowiedział młody człowiek.
Dziwne, kapryśne jakieś znalezienie się narzeczonego rozdraźniło nerwy pięknéj panny; zarumieniła się mocno, łzy jéj nabiegły do oczu. Szybkim ruchem wyjęła z włosów białą, nieco już zżółkłą kamelią i podała ją Leonowi. W téj chwili była poetyczną! Doktor wziął kwiat, skłonił się raz jeszcze i wychodził. Lola patrzała za nim. Na progu salonu żegnał się z przyjaciołmi, i piękna panna ujrzała, jak biała kamelia wypadła mu z ręki. Sądziła, że ją podejmie, do ust poniesie i przy sercu schowa; ale doktor nie spojrzał nawet na kwiat, leżący na posadzce, i zdeptał go, wychodząc.
Lola podbiegła, podjęła kwiat i konwulsyjnie poszarpała jego listki.
Leon, wróciwszy do siebie, długo chodził po pokoju zły i gniewny; myśli plątały mu się jakoś bezładnie, różne obrazy przesuwały się przed oczyma... czuł, że cierpiał. Lola usypiała ze spłakanemi oczyma, z rozdrażnioném serduszkiem; długo w noc widziała przez sen swoję białą kamelją rzuconą i zdeptaną.
Goście, wychodząc od państwa Bogackich, szeptali między sobą, że dziwnie jakoś wygląda para narzeczonych. On jakby się gniewał i ciągle śmiał ze wszystkiego, ona w końcu wieczora miała łzy w oczach i, może dla rozrywki, zaczęła kokietować ze swym adoratorem, panem Henrykiem.
— Widziałaś historyą kamelii? — spytała ze śmiechem panna R. panią W.
— Jakże nie miałam widzieć? obserwowałam ich ciągle; widziałam i wiem teraz najpewniéj, że on żeni się z nią tylko dla posagu.
— Ach, — mówiła panna R., — ja-bym tego nie zniosła! ja-bym zrekuzowała.
Tak więc dwoje młodych i pięknych ludzi piérwszy dzień swojego, nieuświęconego jeszcze nawet ślubami kościoła, związku, kończyli jedno w złości, drugie we łzach. A wkoło nich brzęczącym rojem, unosiły się już plotki, niezbędnie towarzyszące przez życie całe każdemu małżeństwu, połączonemu tylko konwenansem lub interesem.


VI.

Nazajutrz wcześnie, wcześniéj niż zwykle, pan Leon był już na ulicy. Trapiła go niespokojność; czuł, że wczorajsze znalezienie się jego z narzeczoną było niewłaściwe i obrażające; piérwszy raz w życiu ubliżył kobiecie, a tą kobiétą była przyszła jego żona. A jednak, lubo starał się wzbudzać w sobie ku niéj żywsze, niż miał dotąd, uczucia, z większą coraz trudnością myślał o nieodwołalnych z nią związkach. Wprzódy była mu ona obojętną; po zaręczynach nie lubił jéj prawie. Wyrachowanie zwyciężało jeszcze wprawdzie; ale wewnętrzne poczucie, z którego nawet nie mógł sobie zdać dokładnéj sprawy, coraz żywiéj opierało się ułożonym zimną rachubą planom. Piérwszy raz oddawna cierpiał; przejmował go rodzaj obawy, niezadowolenie z siebie i jakaś nieokreślona gorycz. Wszedł do księgarni, wybrał kilka najnowszych i bogato oprawnych książek, kilkanaście sztuk muzycznych najmodniejszych i najwięcéj cenionych, i odesłał to pannie Loli, postanawiając sobie iść za parę godzin samemu do niéj, i grzecznością wynagrodzić jéj wczorajszy kapryśny wyskok. Nie pragnął wcale okazać się jéj zakochanym i czułym; czuł, że i bez tego dobrze będzie przyjęty; a przecie sama myśl przepędzenia z nią kilku godzin sprawiała mu nieopisaną przykrość. Wszakże pragnął się zwyciężyć i myślał sobie: to marzycielstwo tylko, kaprysy! Czegoż mogę więcéj od losu wymagać? Przykrość, jakiéj doświadczam, jest chwilowa; to pewno tylko żal za złotą wolnością, to przejdzie; zresztą klamka już zapadła — jestem zaręczony, odwrotu niéma.
Wyszedłszy z księgarni, szedł powoli ulicą, pogrążony w myślach i ze schyloną głową, gdy poczuł dotknięcie czyjeś na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył za sobą pana Szlacheckiego, niemłodego i ogólnie poważanego doktora.
— A chwała Bogu, że cię spotykam, poczciwy koleżko! — rzekł, podając mu rękę pan Szlachecki, — mam do ciebie bardzo pilny interes.
— Cóż takiego? — spytał, zatrzymując się Leon, — gotów jestem na usługi pana.
— Oto widzisz: — mówił stary doktor, — wczoraj wezwano mię do biednéj choréj dziewczyny, którą znam od dzieciństwa. Przeziębiło się to biédactwo, wracając późno w wieczór z lekcyi, które daje na mieście, dla zapracowania sobie na życie — i gorączka rozwinęła się mocno. Dziś stan się znacznie pogorszył, i chciał-bym zrobić konsylium, bo to zawsze lepiéj, gdy ktoś, mniéj sercem związany z chorym, stan jego rozezna. Tylko, że tam... bywam jako przyjaciel — bo uboga... Wolno jakoś szedłeś, kolego i pomyślałem, że może znajdziesz chwilkę czasu...
To mówiąc, patrzał jakby z prośbą na Leona.
— Służę panu, — odpowiedział Leon — czy zaraz pójdziemy?
— Pójdźmy zaraz, bo choroba czasem nie żartuje i nie czeka.
— A więc idźmy — rzekł Leon.
Byli wtedy na Nowym-Świecie; pan Szlachecki ujął pod ramię młodego kolegę i poszli daléj.
Weszli na Śto-Krzyzką ulicę, przeszli ją i zwrócili się na Szkolną. Rozmowa toczyła się o rzeczach obojętnych, gdy nagle pan Szlachecki zawołał:
A propos! winszuję ci, panie Leonie! żenisz się podobno.
Leon zmarszczył brwi.
— Dziękuję, — odpowiedział, — tak, żenię się.
— Tu jest chora — rzekł stary doktor, pokazując Leonowi wysoki dom. Leon spojrzał, i zobaczył, że to ten sam dom, w którym mieszkała jego blada nieznajoma; mimowoli spojrzał w górę, ku okienku na facyatce, i wszedł z kolegą w bramę.
Po chwili otwierały się przed dwoma doktorami drzwi na 4-tém piętrze, i narzeczony panny Bogackiéj znalazł się w izdebce kobiéty, za którą dwa razy szedł przez miasto — i któréj postać ciągle stawała w jego wyobraźni obok postaci pięknéj panny.
Dzień był mroźny, pogodny i słoneczny; do małego pokoju przez ciemną sztorę, zasłaniającą okno, wdzierał się złotą nitką promień słońca. Po-za nim, w cieniu, na czystém lecz ubogiém łóżeczku, leżała Helena. Nie była już bladą, bo twarz jéj pałała gorączką; tylko czoło jéj biało i smutno jakoś jaśniało między gęstemi zwojami czarnych, splątanych włosów. Z ust jéj wychodziły bezładne słowa; była nieprzytomna.
Obok niéj, milcząca, smutna, ale zawsze surowa i poważna, siedziała Natalia.
Leon poszedł do łóżka, wziął rękę choréj i wparzył się w jéj twarz z nieopisanym wyrazem współczucia i sympatyi.
Po kilku chwilach, dwaj doktorowie byli już na ulicy.
— Istotnie, kolego, jak mówiłeś, nic niéma zastraszającego, — rzekł Leon — za kilka dni gorączka całkiem przejdzie. Słuchaj, szanowny kolego, ustąp mi tę pacyentkę; to łatwa kuracya, będę ją sam leczył, trudu mi to nie zrobi, mam chorego obok.
— I owszem, — odpowiedział p. Szlachecki, — lecz i sam zajrzę od czasu do czasu, boć chora zajmuje mię bardzo: byłem w przyjaźni z jéj ojcem, a ją znam od dzieciństwa. Ale codziennie chodzić do niéj, przyznam ci się, że za wysoko na moje stare nogi, i w tych dniach mam mnóztwo pacyentów, więc i czasu mało. Wprawdzie nie zbogacisz się tą praktyką.
— A któż tam-by o tém myślał wobec takiéj biedy! — przerwał Leon. — Zresztą, wiész pan przecie, że się bogato żenię, — dodał z sarkastycznym swoim uśmiechem; — mam więc bogactwo gotowe, a i na bogatych pacyentach mi nie zbywa.
Szli przez kilka chwil w milczeniu, nareszcie znaleźli się przed bramą mieszkania państwa Bogackich.
P. Leon pożegnał towarzysza, który wszedł do innego domu, i spojrzał na okna narzeczonéj. Zbliżył się do bramy; lecz, jakby odepchnięty od niéj jakąś niewidzialną siłą, nie wszedł, i szybko zwrócił się w inną stronę.
Tego wieczora panna Lola daremnie oczekiwała narzeczonego — nie przyszedł. Tylko bogato oprawne książki, które przysłał jéj z rana, leżały na stoliku, a nuty rozkładały się na pulpicie fortepianu.
Piękna panna zrazu dąsała się i niepokoiła, ale gdy przyszedł pan Henryk, postanowiła się pocieszyć, i w końcu wieczora rozmawiała i śmiała się z nim wesoło.
Tydzień upłynął, i w ciągu siedmiu jego dni pan Leon dwa razy tylko ukazał się w domu narzeczonéj; ukazał się roztargniony, smutny, jakby sercem i myślą był gdzieindziéj. Gdy wymawiano mu długą nieobecność, składał się chorobą, zajęciem, wzrastającą liczbą pacyentów; smutek jego i roztargnienie rodzice panny Loli brali za symptomata miłości ku niéj; ona sama niekiedy gniewała się i niepokoiła, ale po chwili, lekka i bezmyślna, dla nowéj sukni, dla klejnotu zwiększającego wyprawę, zapominała o smutnéj twarzy narzeczonego, o jego długiéj nieobecności, a marzeniem biegła w szczęśliwą przyszłość, w któréj, strojna w aksamitną suknią, pyszną karetą, pojedzie z wizytami, a wspaniale liberyowany lokaj, roznosić będzie jéj bilety litografowane: Mme Pola X. — née Bogacka. Biédne dziecię, ze zwichniętym umysłem i skrzywioném sercem nie rozumiało przyszłości bez aksamitów, powozów i biletów, wylitografowanych po francuzku.
Tymczasem przez tydzień ów cały p. Leon codziennym był gościem w małym pokoiku, w domu na Szkolnéj ulicy. Piérwszego zaraz dnia poznał dobrze Natalią; zdrowy rozum i serdeczne jéj do Heleny przywiązanie natchnęły go szacunkiem dla kobiéty o surowej twarzy i pomarszczoném długą troską czole. Oboje schyleni nad łóżkiem choréj, z cicha mówili o niéj. Natalia opowiadała młodemu doktorowi szczegóły życia dziewczyny, a on z coraz silniejszém rozrzewnieniem wpatrywał się w twarz Heleny, rozognioną gorączką, ale, mimo choroby, zawsze łagodną i jakby smutnie zamyśloną. Raz wszedłszy do izdebki, poczuł zimno; zbliżywszy się do łóżka, nie zobaczył lekarstwa przepisanego wczoraj; o powód jednego i drugiego spytał Natalią. Milczała, czoło jéj tylko głębszemi zarysowało się zmarszczkami; chciała coś powiedziéć, ale zawahała się. Młody człowiek pojął wszystko; szybko wyjął pugilares, wyjął z coś z niego i położył na stole.
— Nie weźmiesz mi pani za złe, — rzekł, biorąc rękę Natalii, — jeśli cię prosić będę o przyjęcie mojéj pomocy. Jesteście kobiéty słabe i same, nie wstyd więc wam, jeśli przyjmiecie podaną rękę silniejszego, tém bardziej, gdy ona jest ręką przyjaciela.
— W innym razie, — rzekła Natalia, ściskając dłoń doktora, — nie przyjęły-byśmy żadnéj i niczyjéj pomocy; przywykłyśmy ufać własnym siłom i własnéj pracy, i choć jesteśmy same, nie jesteśmy, jak pan mówisz, słabe, bo idziemy przecież przez życie, bez wsparcia wprawdzie, ale i bez skarg. Ale dziś życie Heleny jest zagrożone, a ratować ją bez materyalnych środków trudno; więc w jéj imieniu przyjmuje, pomoc pana, a przyjaźń jego w jéj i mojém.
Gorączka Heleny trwała dni kilka, w których końcu przytomność jéj wróciła.
Gdy piérwszy raz podniosła wzrok już przytomny, wieczór był; lampka słabo paliła się pod zasłoną; przy stole, z igłą w ręku, siedziała Natalia, a przy łóżku stał Leon. Helena długo patrzyła to na młodego człowieka, to na Natalią; wzniosła w górę spojrzenie, jakby sobie coś przypominała, i po chwili z cicha wyrzekła; — Ja znam pana... tam... w ten wieczór...
I wyciągnęła drżącą i słabą jeszcze dłoń.
Leon ujął gorącą rękę, schylił się i w milczeniu złożył na niéj długi pocałunek. W téj chwili zdało mu się, że się przeniósł w najwcześniejsze lata swojéj młodości; długie dnie gwaru i blasku, i próżnych hałasów, zniknęły mu z pamięci i z serca, a w piersi pełnemi tony ozwała się, cicho dotąd wśród znudzenia i próżni drgająca, struna, jakby radośnym hymnem zmartwychwstania. Od tego dnia siły szybko poczęły wracać choréj, a Leon czuł, że inaczéj zaczyna żyć, niż żył dotąd. Uczucie, jakie zrodziło się w nim dla Heleny, całkiem niepodobne było do przeszłych jego miłości, a raczéj miłostek. Nie mówił on sobie, że ją kocha, zaśmiał-by się nawet z myśli podobnéj, gdyby ona mu przyszła; bo przywykł był do przekonania, że kochać już nie może. Ale wiedział, iż żadnéj kobiéty dotąd nie uszanował tak wysoko. Z rodzajem milczącego uwielbienia patrzał na twarz jéj, pełną serdecznéj dobroci, a zmęczoną i zbladłą w pracy i w chorobie. Piérwszy raz w życiu był przyjacielem młodéj kobiéty, bez wstecznéj myśli; zapomniał o sobie, a myślał tylko o niéj, o tém, jakby jéj byt ułatwić i uprzyjemnić. Znudzenie dalekiém już było od niego. Codziennie kilka godzin przepędzał z dwiema kobiétami; a gdy wychodził z małego, cichego ich mieszkania, dziwnie mu było jakoś zdrowo w myśli i lekko na sercu. Sam się dziwił, że w tych cichych i ubogich ścianach czuł się spokojniejszym, weselszym nawet, niż w świetnych zebraniach, w których wiele mówił, błyszczał, królował; a w gruncie nudził się.
I nie dziw, że tak było, bo gdy natura wleje w piersi człowiecze skarby poczciwych uczuć, toć trudno, bardzo trudno zmarnować i stracić je całkiem. Wśród błyszczących, hałaśliwych próżności życia, usną niekiedy na chwilę te dobre anioły duszy; ale prędzéj czy późniéj przychodzi czas, w którym się budzą i wołają człowieka do jego istotnych celów, do zacności i myśli poważnéj. Są wprawdzie i tacy, są nieszczęśliwi, których dobre instynkta na zawsze milkną, stłumione wrzawą i kałem istnienia; tacy, jak rozbitki, idą w świat z próżném sercem i pustą głową, za życia jeszcze umarli.
Upłynął tydzień od dnia, w którym p. Szlachecki zaprowadził młodego kolegę do pacjyentki swojéj. U państwa Bogackich był tygodniowy, czwartkowy wieczór. Salony się oświeciły; panna Lola, w jasnéj jedwabnéj sukni, z kwiatami we włosach, usiadła przy fortepianie i zaczęła grać szumne kompozycye, a pana Leona nie było; goście zaczęli się schodzić liczne towarzystwo się zebrało, a pana Leona nie było. Wuj pięknéj panny, pan R., szeptał coś z niezadowoleniem do pani Bogackiéj; młoda narzeczona ciągle się na drzwi oglądała; goście uśmiechali się i zapytywali z cicha: i gdzież jest narzeczony? gdzie jest młody doktor? Pan Henryk, korzystając z jego nieobecności, zawzięcie asystował pannie Loli, a pan Wiktor H. znacząco jakoś i jakby z zadowoleniem się uśmiechał. Zabawa nie szła, goście wcześnie się rozeszli. Pan Leon wcale się nie ukazał.
— Dziwny narzeczony z tego Leona! — mówili ze śmiechem młodzi ludzie, schodząc ze wschodów.
— Dziwny narzeczony Loli! — mówiła pani Bogacka do swojego brata po odejściu gości. — Przez tydzień cały był tylko dwa razy, i dziś nie przyszedł. Jak myślisz, co to może znaczyć?
Pan R. wzruszył ramionami.
— Nie wiem, — odpowiedział, — co to być może; ale wiem, że trzeba ślub przyśpieszyć, bo rzecz stała się głośną, i gdyby wypadkiem jakim się rozchwiała, była-by kompromitacya dla Loli.
— Może on jéj nie kocha? — z lekkim niepokojem rzekła matka.
— At, dziwaczne ci przychodzą myśli — odparł pan R; — czemu-by nie miał jéj kochać? młoda przecież i śliczna dziewczyna, a że nie przychodzi często, nic dziwnego: zajęty pewnie, może chory, a może wreszcie i korzysta z ostatnich dni wolności. Trzeba tylko ślub przyśpieszyć, koniecznie przyśpieszyć!
— A jeśli on jéj nie kocha? — raz jeszcze ozwało się serce matki.
— A że téż u was kobiét wiecznie na ustach musi być ten wyraz: kocha! — zawołał pozytywny i praktyczny wuj Loli; — zapomnij o sielankach, moja droga, a pamiętaj, że masz kilka córek, i że choć one majętne są i ładne, trudno je będzie za mąż wydać przy dzisiejszym braku młodzieży. A pan Leon jest jednym z najporządniejszych ludzi, jakich znam.
W ów czwartkowy wieczór, w małym pokoiku na Szkolnéj ulicy, jak zwykle paliła się lampka, jak zwykle było cicho, ale Helena już nie leżała. Siedziała ona na wygodnym, przysłanym jéj przez Natalią, fotelu, głową oparta o miękką poręcz, i po ciemnem jéj ubraniu, jak zwykle, gdy wyjść nie miała, wiły się, długie sploty warkoczy. Twarz miała bardzo bladą, ale razem rozpromienioną jakąś wewnętrzną radością. Naprzeciw niéj siedział Leon, Natalia wyszła na parę godzin za koniecznemi sprawami.
— Podziwiam panią! — mówił Leon, prowadząc daléj rozpoczętą rozmowę; — przetrwać dwa długie lata w ciągłéj samotności, w pracy i smutku!.. jak pani sił nie zabrakło?
Smutnie uśmiechnęła się Helena.
— Gdzie jest konieczność, tam jest i siła na trud fizyczny, — odrzekła, — w trudzie moralnym wspierały mię rady Natalii, która życie całe przebyła w samotności, biédzie i pracy, i wspierała mię pamięć mojéj matki. O! moja matka, panie, to był dobry anioł mojego życia! Ona mię nauczyła pracować, ona stworzyła mi w sercu i myśli świat wewnętrzny, pełen skarbów i pociech, którego nic na ziemi odebrać mi nie może, do którego się uciekałam w najboleśniejszych chwilach goryczy i sieroctwa. Spójrz pan na tę twarz, — dodała wskazując portret pięknéj i poważnéj kobiéty, wiszący nad łóżkiem; — ile razy chwiałam się i upadałam, ile razy wola własna mi nie wystarczała, patrzałam na twarz tę, na którą od kolebki przywykłam patrzéć z miłością, z wiarą i czcią bez granic. A ona, jak święta, jak anioł stróż, dawała mi natchnienia dobre, zdawała się mówić mi: „pracuj i bądź odważna.”
To mówiąc, Helena, wzniosła pełne nieopisanéj miłości spojrzenie na portret, a Leon pomyślał o swojéj matce, dobréj téż i rozumnéj, którą, téż czcił i kochał niegdyś. I tak dusze dwojga młodych ludzi, w pierwszéj dłuższéj ich rozmowie, zlały się, w jedném świętém i najpiękniejszém uczuciu: uwielbienia i wdzięczności dla drogich, a już umarłych.
Najświętsze są, najczystsze i najgłębsze związki ludzi takie, których piérwszym akordem jest zjednoczenie się w jednéj jakiéj myśli poważnéj, w jedném głębokiém i gorącém uczuciu.
— Domyślam się, jak pani byłaś nieszczęśliwą, gdyś straciła matkę — rzekł Leon, myśląc o dniu, w którym sam niegdyś, z dziewiczém jeszcze sercem i nieskalaną myślą, pełen żalu i boleści, stał nad trumną swojéj matki.
— Chwila, w któréj straciłam moję matkę, — odpowiedziała Helena, — była chwilą, w któréj straciłam wszystko inne kochane i potrzebne: ojca, byt, opiekę. Ojciec mój nie był bogaty, ale pracował, i praca jego wystarczała nam na życie ciche, bez zbytku, ale dostatnie i bez trosk. Od dzieciństwa nie znałam biédy, osłoniona kochającą opieką rodziców. Uczyłam się wiele i dnie spędzałam spokojne, pełne pożytku dla serca i umysłu. Gdym liczyła lat ośmnaście, dziwne jeszcze miałam marzenia: zdawało mi się, że na zawsze zostanę spokojną, i co dziwniejsza, miałam przeczucie wielkiego szczęścia. Niebo, ziemia i wszystko na świecie obiecywało mi życie takie. O teraźniejszość się nie troszczyłam, bo czułam nad sobą opiekuńcze dłonie; a przyszłość złociły mi nadzieje, nieokreślone wyraźnie, ale urocze i gorące. Doszłam tak do dwudziestego roku życia, i wtedy zaciężyła nade mną surowa ręka losu. Matka moja umarła. Nędza mię otoczyła, więc ujrzałam się zmuszoną być sama sobie wszystkiém. Straszna to chwila, w któréj człowiek, obejrzawszy się wokoło, spojrzawszy na niebo i ziemię, na ludzi i świat cały, powié sobie: wszystko mię zawiodło! a do nadziei, które poprzednio kołysały, woła: pocoście kłamały!... Śród szerokiego świata, człowiek staje sam jeden; po zanim, nic. Wszystkie uciechy znikły, wszystkie żywsze serca uderzenia zesłabły, jak złudne widoki na stepowych, piaskach. Kto sam kiedykolwiek doznał takiéj chwili, ten wié, że trudno w niéj nie pochylić się duchem i nie jęknąć. I jam się téż pochyliła, skarga z ust mi wypłynęła, i uczułam się bezsilną. Wtedy podała mi rękę Natalia; wsparta jéj radą, poczęłam stawiać piérwsze sieroce kroki; szybko dojrzałam wśród cierpienia, i pójdę daléj, walcząc z życiem. Mam niejakie środki do pracy, chęci mi do niéj nie brak, i choć to mozolne, jednak nie nad moje siły. Stworzyłam sobie ubogi, ale cichy i niezależny byt. Aż wreszcie — dodała z wesołym uśmiechem, który dziwnie sympatyczną słodyczą twarz jéj zalewał, — zaziębiłam się, zachorowałam, i... znasz pan dalszy ciąg historyi.
Gdy Helena mówiła, Leon patrzał na nią z wyrazem najwyższego zajęcia; nie zauważyła tego, zwracając sama najczęściéj oczy, to ku drzwiom, jakby chciała, by się coprędzéj dla Natalii otworzyły, to ku wizerunkowi matki, jakby błagała ją, aby zstąpiła ku niéj. Skończywszy, zwróciła wzrok na Leona, i spotkała się z jego wejrzeniem. Szybki rumieniec zalał jéj bladą twarz, i uniosła się z krzesła, jakby uciec chciała; ale była to jedna kruciuchna chwilka nagłego popędu, po któréj znowu stała się spokojną i poważną, jak zwykle. Leon spostrzegł ten rumieniec i ten ruch, zrozumiał je i pojął, że do niego należało wyrwać Helenę z przykrego pewnie dla niéj położenia; czuł, że powinien odejść. Ale czuł zarazem, że jakaś niewidzialna siła pociągała go do téj kobiéty, inaczéj, niż przyciągany bywał dotąd do wielu kobiét, które spotykał na swéj drodze. Sypnął im parę garści złotych słówek, powdzięczył się trochę... oto wszystko prawie, na co się mógł zdobyć dla nich. Przy Helenie ani pomyślał nawet o czémś podobném; jéj sieroctwo i poważny spokój osłaniały ją, jakby, nietykalną jakąś świętość przed obrazą zwykłych tém obraźliwszych, gdy gorących, frazesów; na czole jéj leżała dziewicza czystość i duma, wobec których i dla których salonowiec warszawski stał się pełnym szacunku i czci człowiekiem.
Natalia weszła. Leon spojrzał na zegarek.
— Dziewiąta godzina! — zawołał, wstając, — jakże szybko przeszedł wieczór!
— Nie spodziewałam się tu pana spotkać dzisiaj, — rzekła, — sądziłam, że się pan bawisz gdzie w weselszém miejscu, niż nasza cicha izdebka.
— O! upewniam panie, — odpowiedział z wyrazem szczerości Leon, — że nigdzie mi nie jest miléj, jak tu w téj cichéj izdebce.
— Dziękujemy panu za jego dla nas przyjaźń, — mówiła znowu Natalia, — ale trudno w to uwierzyć, aby, tam, gdzieś na świecie, nie było jakiéjś pary pięknych ocząt, pociągających pana.
W téj chwili Leon spotkał się ze spojrzeniem Heleny, jakby pytająco przywiązaném do jego twarzy.
— Niema żadnéj takiéj pary ocząt, tam, na świecie, — odpowiedział żywo. Ale mówiąc to, przypomniał sobie Lolę.
Jakże mógł to powiedzieć? przecie był narzeczonym. Więc skłamał? Nie, nie skłamał; oczy panny Loli nie pociągały go więcej, jak p. Maryi, Zuzanny, Klary i t. d... a jednak był narzeczonym!
Ołowiem myśl ta zaciężyła mu na sercu i skłoniła go do naglejszego wyjścia z izdebki.
Gdy się drzwi za nim zamknęły, Helena w milczeniu wyciągnęła ręce do Natalii, objęła ją, przytuliła się do niéj i rzekła: Natalko, szczęśliwa jestem!
Poważnie Natalia spojrzała w twarz swéj towarzyszki, i zdziwiła się, ujrzawszy niezwyczajny jéj wyraz. Było to jakby rozpromienienie, jakby rozkwit lica. Wszystkie odcienia radosnéj nadziei zalały oczy i otoczyły usta Heleny. Twarz kobiety taką jest wtedy tylko, gdy do jéj serca wstępuje gość potężny; — wielka miłość. Natalia pocałowała gorące czoło Heleny i odpowiedziała z cicha.
— Daj ci Boże szczęście, któregoś warta.
Ale wyraźny niepokój twarz jéj zachmurzył: słyszała, że pan Leon był sławnym bałamutem; wiedziała, iż modni i salonowi panowie może się i szczerze czasem zalecają ubogim kobiétom, ale nie żenią się z niemi. Helena taka spragniona serdecznego życia, taka ufna!... Natalia mimowolnie zadrżała, przypominając sobie słowa poety.
„Serce i potok ostrzegać daremnie.“


VII.

„Serce i potok ostrzegać daremnie!” Słowa te sprawdziły się na panu Leonie. Daremnie zimna rachuba mówiła mu, że źle robi, zaniedbując pięknéj swéj narzeczonéj; że naraża się na utracenie świetnéj partyi. Daremnie przesąd i pycha szeptały mu, że Helena była biedną dziewczyną, córką nizkiego jakiegoś urzędnika z nazwiskiem prostém i nieznaném; daremnie kilka razy na dzień postanawiał sobie iść do państwa Bogackich, a nigdy już nie zajrzéć na Szkolną ulicę; daremnie było to wszystko. Od bramy mieszkania panny Loli odchodził najczęściéj, nie przestąpiwszy jéj progu, odepchnięty jakąś niewidzialną siłą; a do cichego pokoiku Heleny jakoś codzień zabłądził. Wmawiał w siebie, że tam śpieszy przez poczucie dobrowolnie na siebie przyjętego obowiązku lekarza; a czuł, że wiedziony tam jest pociągiem, którego zwyciężyć nie mógł.
Poczuł, że nie był bankrutem serca; że zostało mu jeszcze dosyć uczucia, aby wielbić i ukochać kobietę, może nie tyle piękną, jak inne, ale dla niego tém piękniejszą, że żyła sercem a kierowała się rozumem, — że wreszcie była jedną z cierpiących nie z urojeń, nie z kaprysów, ale z powodów od niéj niezależnych. Bał się jednak Leon zajrzéć w głąb’ swoich myśli; instynktownie pojmował trudność swojego położenia. Dla człowieka, który zrósł się z blaskiem i trudnością, dla wypieszczonego ulubieńca salonów i modnych piękności, pokochanie dziewczyny nieznanéj, bez posagu i głośnego imienia, musiało koniecznie wydać się nieszczęściem, tém bardziéj, że przed niewielu dniami, wśród wrzawy, oklasków i powinszowań, został narzeczonym jednéj z najjaśniejszych gwiazd społecznego horyzontu. W innym razie Leon umiał-by może, z pospolitym cynizmem ludzi przywykłych do łatwych zwycięztw, pogodzić te rzeczy; ale Helena była taką czystą, taką jakoś poważną a ufną razem, taką dobrą a nieszczęśliwą, że Leon nie śmiał najskrytszą nawet myślą grzeszną splamić jéj bladego czoła, które, wśród cierpień i sieroctwa, potrafiło zostać dla świata dumném i pogodném. Zresztą uczucie jego dla niéj nie miało w sobie tego, co stanowiło treść przeszłych jego miłosnych przywidzeń; dziewicza postać Heleny budziła w nim uwielbienie, cześć głęboką, i razem rodzaj słodkiego rozrzewnienia. W rozmowie z nią czas mu zbiegał szybko i mile; czuł, że z taką kobietą życie musiałoby popłynąć spokojnie i rozkosznie, ozłocone promieniem myśli, ubarwione ciepłem żywego uczucia.
Nie patrzał w przyszłość, bał się wpatrywać w siebie; czuł, że nowe życie napłynęło mu do piersi i stał się młodszym, świeższym, lepszym. I dobrze mu z tém było; a co będzie potém? nie chciał pytać losów. Jakby we mgle przyszłości widział przed sobą ołtarz, a obok siebie, z pierścionkiem żony na palcu, Lolę; a za sobą słyszał mnóztwo głosów, powtarzających: szczęśliwy, szczęśliwy! Ironicznie uśmiechał się do tego obrazu swojéj przyszłości, przywoływał przed wyobraźnią słodką, piękną twarz Heleny — i zapominał o wszystkiém na świecie.
Znowu minął tydzień, i znowu przez długie jego siedm dni Leon dwa razy tylko był u państwa Bogackich, a coraz zimniejszy, coraz bardziéj chmurny. Matka niepokoiła się tém trochę, ale uspakajał ją praktyczny p. R.
A Lola? och! Lola w owym tygodniu nie miała czasu myśléć o narzeczonym i smucić się jego obojętnością... tyle miała pilnego zajęcia! Od rana do wieczora jeździła z matką do magazynów, kupowała suknie, koronki, kapelusze, wstążki, wachlarze; całe godziny spędzała na naradach z modniarkami i krawcami; a gdy usypiała, myśl jéj zapełniały pytania tak dla niéj ważne, jak Hamletowskie: Być, czy nie być? — pytania: jaki kolor materyi stosowniejszy na wizytową suknią: mexyk czy hawanna? w hawannie jest bardziéj do twarzy, ale mexyk modniejszy! Jakie wstążki lepiéj ozdobią czarny axamitny kapelusik: saumon czy sang de boeuf? sang de boeuf ładniejsze, ale saumon bardziéj dystyngowane. Wśród tylu więc trosk i niepewności, kiedyż miała czas myśléć o narzeczonym? przesuwał się on wprawdzie niekiedy przed jéj wyobraźnią, ale niewyraźnie — wśród stubarwnéj mgły przeróżnych materyi, wstążek i szali.
Takie, skupione i pełne poważnych rozmyślań, przygotowanie się do ślubu młodych osób, nazywa się: robieniem wyprawy. Nie uczy ono wprawdzie przyszłéj drogi życia, nie daje zdrowych myśli i serdecznych poczciwych natchnień; ale pocóż te wszystkie mrzonki i próżne exaltacye? Trzeba rzeczy brać poważnie i z praktycznéj strony; a dla Loli i wielu jéj podobnych, w wigilią ślubu, wyprawa jest gruntem, wspierającym wszystkie marzenia i pragnienia. I dziwią się potém ludzie, że życie domowe młodych małżeństw pozornie tylko świeci spokojem, jak dyament fałszywy blaskiem kłamanym; że szczęście ich rozdziera się łatwo, jak przezroczysta koronka! Jaki grunt, taka budowa!
Tymczasem Leon całkiem inaczéj przepędzał czas, niż piękna jego narzeczona. I on także daleki był od niéj sercem; ale gdy ona była coraz lżejszą i bardziéj rozkochaną w błyskotkach, on stawał się coraz poważniejszym, a zarazem — smutniejszym. Tydzień cały, wyłącznie prawie przepędzony z Heleną, dał mu ją poznać zupełnie, dał mu zajrzéć w najskrytsze głębie serca jéj i myśli. I nie dziw, że tak było.
Pod nierozsądną, choć troskliwą opieką, żyjące ciągle kobiety, mają czas wdziewać na siebie maski rozliczne, studyować przed zwierciadłami twarze swoje, aby je oblać takim wyrazem, jaki im w danych okolicznościach najkorzystniejszym być może. Wesołe lub smutne, słodkie lub energiczne, pseudo sawantki lub naiwne, są one takiemi, jakiemi być chcą; nastrajają się do kamertonu instrumentu, na jakim zagrać im przychodzi. Kobieta, żyjąca samoistnie i samodzielnie, dźwigająca ciężar życia, ukazuje się taką, jaką jest; do udawania, do maskowania się, nie ma ani czasu, ani sił, bo je obracać musi na stworzenie sobie warunków istnienia, o których nikt za nią nie myśli. Życie jéj już jest czynem, przedstawiającym ją w rzeczywistém świetle; ono samo rękojmią i świadectwem jéj wewnętrznéj istoty.
Helena miała naturę przezroczystą, do któréj głębi zajrzéć było można, jak do wnętrza kryształowego odłamu. W każdém słowie jéj, w spojrzeniu, w uśmiechu była prawda, drgało tętno wewnętrznego życia.
Raz wśród rozmowy, Leon, jakby wiedziony zażyłém lekceważeniem, do którego upoważniły go niejako spotykane przez niego kobiety, a może ciekawością, kryjącą głębszy, bezpośredni interes, przyczém i wspomnienie podsłuchanéj na koncercie rozmowy przyszło mu do pamięci — zapytał się Heleny:
— Czy nigdy pani nie kochałaś?
Spojrzała na niego długiém spojrzeniem swoich ciemnych oczu i odpowiedziała z prostotą, tym dowodem niewinnéj ufności:
— Nigdy. Kiedym miała rodziców, byłam zamłoda na to, zanadto marząca jeszcze; uczyłam się, i miłość znałam tylko z książek, jakie czytałam, i z nieokreślonych przeczuć serca. Potém musiałam ciągle pracować, więc nie miałam czasu o tém myśleć — dodała z żartobliwym uśmiechem — i zresztą nie znałam nikogo, oprócz dzieci, które uczyłam, i ich rodziców.
— Więc pani nie wiész, co to jest kochać? — rzekł znowu młody człowiek, któremu słowa, na koncercie posłyszane, uporczywie brzmiały w uszach srebrnym głosem Heleny.
— Nie kochałam nigdy, — odpowiedziała dziewczyna, — ale wyobrażam sobie, że miłość jest to wiara bez granic w człowieka, którego się kocha; jest to rozkosz oparcia się z ufnością na jego ramieniu; jest to związek wszystkich drgnięć serca i myśli z drganiem jego serca i z jego myślą — słowem, jest to szczęście!
Mówiła to zarumieniona, ze spuszczonym wzrokiem; a Leon myślą zapytywał się sam siebie: czy ta kobieta, nieznająca miłości, a przeczuwająca ją tylko, mogła by go kochać takiém uczuciem? Zdawało mu się, że mógłby być tak szczęśliwy, — bo co do niego, to czuł, że wstało w nim pragnienie takiéj miłości, i chwilami zdawało mu się, że niedaleko może ją znaleźć — że ją znalazł już może.
Myślał o tém — i ona coś podobnego myślała, przecież nie powiedzieli sobie tego słowami. Ale ileż jest odbłysków miłości w spojrzeniu, w uśmiechu, w uścisku ręki — dla tych, którzy się kochają, a nie chcą lub nie mogą powiedziéć sobie o tém!
Leon nader troskliwym był dla Heleny lekarzem. Zdawało się, że już odzyskała zdrowie zupełnie, jeśli jeszcze nie siły dawniejsze, on jednak codziennie przychodził i coraz dłużéj przesiadywał. O zdrowiu Heleny nie było już prawie co mówić, o miłości nie mówili; a jakoś czas im schodził, przemieniał się dla nich w rój złotych chwilek. Raz do wychodzącego Leona rzekła Helena:
— W téj tu cichéj samotni niéma nic, coby pana zająć mogło; tu tylko pracować — a wreszcie istne nudy.
— Nie; ja się tu bawię wybornie, bo szczęśliwy jestem — odpowiedział.
Przyniósł jéj raz bukiet kamelii białych. Nic naturalniejszego dla dziewczyny, jak ozdobić włosy kwiatkiem. Helena nie miewała kwiatów zimą — więc zaraz jednę z kamelii we włosy włożyła.
— Pierwszy to raz, — rzekła — od śmierci mojéj matki wplatam kwiat we włosy, ale czynię to dlatego, żeby panu dowieść, że ze zdrowiem i swoboda myśli mi wróciła — dodała z nieopisanym uśmiechem. Wychodząc, Leon prosił ją, aby mu oddała tę kamelją, przeniknioną już tą swobodą myśli, któréj on taką czuje potrzebę. Bez niewdzięczności nie mogła mu tego odmówić; a on téż nie chciał zostać dłużnym, i, w zamian za nadwiędły kwiatek, zostawił pocałowanie na ręce Heleny. — Piérwsze dla niéj... i jeszcze od niego!...
Któżby zdołał pochwytać wszelkie owe drobniuchne objawy wzajemnéj dwojga serc sympatyi? któżby je zdołał przełożyć na wyrazy, o których powiedział poeta że „w ustach wietrzeją — na powietrzu stygną?”
I wyrazami da się coś wypowiedziéć, szczególniéj gdy to coś poprzedzone było owemi objawami sympatyi.
— Życie moje bez celu było i bez barwy, — mówił raz Leon do Heleny, przypominając sobie apatyą, w któréj był przed jéj poznaniem — znudził mię świat i ludzie znudzili. Znajomość z panią nowém światłem oblała dla mię wszystko, co mnie otacza; przyjaźń dla pani ogrzała mi życie.
I mówiąc to, patrzał na nią spojrzeniem, w którém było coś nieskończenie żywszego nad przyjaźń. Oczy także wiele mówić mogą.
— Życie człowieka zacnego i rozumnego, jakim pan jesteś, — odpowiedziała — nie powinno być bez celu i bez barwy. Myśl stwarza cel, wskazując sposoby stania się użytecznym na świecie; serce uczuciem ubarwia i ogrzewa wszystko. Pojmuję cierpienie, bo sama cierpiałam; ale znudzenia nie rozumiem, i dla tego sądzę, że ono u pana było stanem przechodnim tylko.
Leon myślał, że, gdyby z nią był zawsze, w istocie nie nudził-by się nigdy; że za wsparcie męzkiego ramienia, jakie-by dać jéj mógł, ona-by mu dała moralne wsparcie swojéj świeżéj i gorącéj duszy.
I pomyślał, że przecie oboje byli wolni — i mogliby zostać na zawsze razem z sobą.
Ale przypomniał sobie, że jest już narzeczonym innéj; zły jakiś demon szeptał mu, że Helena była biedną i nieznaną dziewczyną. Coby ludzie powiedzieli, coby świat cały powiedział, gdyby on dla niéj porzucił świetną i bogatą pannę Lolę! Ożenić się z Heleną, czuł, że było-by to szczęście i zbawienie dla niego; ale był-by to téż mezalians, była-by to śmieszność, a on się tak bał śmieszności! — i wiedział, co to za straszna hydra. Prawie się nie wahał w postanowieniu pojęcia Loli za żonę; ale nim postanowienie to spełni, dużo jeszcze może wody upłynąć. Jemu nie pilno, pewnie i jéj także — więc poco sobie truć życie przed czasem myślami; lepiéj używać złotych chwil, póki można.
Pewnego dnia jednak szedł ulicą chmurny i gniewny jakoś. Był przed chwilą u państwa Bogackich, rodzice Loli oświadczyli mu, że ślub jego z ich córką ma się odbyć ósmego Stycznia, a że było to ósmego Grudnia, miesiąc więc tylko dzielił go od dnia, w którym wiecznemi węzły złączy się z kobietą, mającą mu dać 500,000 zamiast miłości, i arystokratyczne stosunki zamiast szczęścia domowego. Czuł, że pora było wybierać; pora było rozstać się z Heleną, albo z Lolą. Do piérwszéj ciągnęło go poczciwe i ciepłe uczucie; druga wabiła pewnością dostatku i ulubionego konfortu, i blaskiem wszelkich łechcących próżność błyskotek.
W myślach jego toczyła się walka; stanął na rozstajnych drogach.
Bywają chwile, w których wędrowcy tego świata widzą przed sobą, rozchodzące się ścieżki — czują, że ta, którą wybiorą, ma ich wieść przez całe już życie. I niepewni — stają, patrząc w prawo i w lewo; i tu i tam, jest coś, co ich nęci, jest coś, co ich odtrąca. Szczęśliwy ten, kto wśród dróg rozstajnych potrafi najlepszą sobie wybrać ścieżkę!
Szedł powoli ze schyloną głową i rozmyślał. Chwilami postanawiał porzucić Lolę, ale demon szeptał mu zaraz do ucha: co za głupstwo! robić skandal, łamać dane dobrowolnie słowo, tracić taką świetną partyą! — a gdzież honor? gdzie rozum? coby na to ludzie powiedzieli!
Więc porzucić Helenę? Ależ jemu z nią tak dobrze! ona tak piękna, dobra, myśląca! — I owa struna, która sama jedna została mu po wszystkich zerwanych strunach serca, śpiewała w piersi jego pieśnią cichą: nie wyrzekaj się miłości, nie zrywaj jedynéj nici, która cię zbawić może od ożenienia się z posagiem, a potém od wiekuistego poziewania!... W takich pogrążony myślach, znalazł się przed bramą domu, w którym mieszkała Helena. Zdziwił się, stanął, zawahał się przez chwilę. Wstąpić, czy nie?... choćby ten ostatni raz... Potém szybko postąpił i wszedł na schody.
Helena była dnia tego zupełnie już zdrową. Ubrana w ciemną sukienkę, blada była, jak zwykle, pod koroną swoich czarnych warkoczy, oplatających jéj czoło i spływających na ramiona. Ale w bladości téj był jakiś żywy koloryt, jakby wewnętrznego rozpromienienia. Oczy jéj błyszczały jakby z pod powłoki rozkosznego marzenia; na ustach zawisł uśmiech nadziei.
Z tém marzącém spojrzeniem i słodkim uśmiechem spotkała Leona, podała mu rękę, którą on długo zatrzymał w swéj dłoni, i wymówiła proste: „dzień dobry” głosem, w którym młody człowiek cały świat uczuć dosłyszał.
— Czy szanowny konsyljarz — rzekła po chwili, śmiejąc się swobodnie — pozwoli mi dzisiaj wyjść na miasto?
— Dziś jeszcze nie — odpowiedział Leon, z zachwytem patrząc w jéj twarz. — Dzień jest chmurny i mglisty, wilgoć mogła-by pani zaszkodzić; jeżeli jutro będzie sucho i słońce zaświeci, sam poradzę pani krótką przechadzkę. — Helena spojrzała w okno.
— Prawda — rzekła, — że dziś pochmurno i dżdżysto, a dziwna rzecz — dodała znowu z uśmiechem, — od rana zdawało mi się ciągle, że słońce świeci.
Dnia tego ani przez chwilę słońce nie jaśniało na niebie; ale było ono w sercu dziewczyny, i cały świat wydał się jéj opromienionym i ciepłym.
Po chwili Leon wyszedł z mieszkania Heleny, smutniejszy jeszcze i bardziéj zamyślony, niż był wprzódy. Nigdy nie wydała mu się ona równie powabną i wdzięczną, jak w dniu owym; całą mocą, wszystkiemi władzami swojéj istoty zapragnął jéj. Ale z drugiéj strony stawała mu w myśli Lola, z którą związany już był słowem daném, wobec całego świata. Lola bogata, świetna; zerwanie z nią, ożenienie się z ubogą Heleną, ukazywało mu się w ciemnéj barwie śmieszności i upokorzenia przed tymi, którzy mu dotychczas zazdrościli pomyślności i blasku.
Uczucie z rachubą i próżnością toczyło w nim walkę; szala zwycięztwa przechylała się to na jednę, to na drugą stronę; gniewał się na własną słabość, samym sobą pogardzał. Chwilami coś postanawiał i znowu wpadał w niepewność. Nieszczęśliwy ulubieniec salonów, dziécię zepsute powodzeniem, miękkości życia i cackami; nie miał dość mocy, aby wyrzec się stanowczo: albo kobiéty, którą prawdziwie pokochał, albo cacek, łechcących jego próżność.




VIII.

Nazajutrz po dniu, w którym Helena, pomimo chmur zakrywających niebo, widziała słońce, dzień rzeczywiście już jasny i pogodny zstąpił na świat. Lekki przymrozek osuszył ulice miasta; słoneczne promienie łamały się w szybach magazynów i złotemi nićmi błyszczały na śniegu, który lekką warstwą przykrył ziemię. O południu, mnóztwo przechodniów zapełniało szeroką ulicę Krakowskiego-Przedmieścia; a między nimi; otulona małém futerkiem, w swoim czarnym kapelusiku z popielatém piórkiem, szła wolno chodnikiem Helena. Twarz miała pogodną, i niekiedy po ustach jéj przebiegał uśmiech, jakby się śmiała do jakiéjś myśli swojéj. Szła powoli, pewnym i lekkim krokiem; patrzała wkoło jasném spojrzeniem, ale znać było, że nie zajmowała się tém, co ją otaczało, a wzrokiem duszy biegła gdzieindziéj.
Z jednego z najbogatszych magazynów wyszły dwie strojne panie. Starsza z nich wsiadła do pięknéj karety, młodsza stała jeszcze przez chwilę na schodkach, wydając jakieś rozporządzenia słuchającemu jéj z uszanowaniem subjektowi handlowemu. Helena, która w téj chwili przechodziła obok magazynu, spojrzała na młodą i śliczną kobiétę w sobolowéj szubce i fijoletowym aksamitnym kapeluszu, i jakby zdziwiona a zarazem uradowana, zatrzymała się i patrzyła. Strojna pani ukłoniła się lekko i z wysoka kupcowi, i miała wsiąść do karety, ale mimowolnie téż spojrzała na Helenę; stanęła, popatrzyła w nią, poczém podbiegła szybko kilka kroków i zawołała:
— Helena!
— Lola! — zawołała także Helena i obie podały sobie ręce ze szczerym uściskiem.
Przed kilku, laty panna Bogacka była na pensyi z Heleną. Koleżeństwo zaciera różnicę majątków i rodu; bogata panna lubiła dobrą i rozumną towarzyszkę, która pomagała jéj nieraz w naukach. Helena uwielbiała piękność Loli, i ze zwyczajną sobie słodyczą stała się najlepszą przyjaciółką téj, któréj inne koleżanki zazdrościły strojnych sukien, częstych przysmaczków i bogato oprawnych książek. Niedługo wprawdzie były one razem; bo państwo Bogaccy, znalazłszy niedostatecznie świetném wychowanie córki na pensyi, w któréj ją z razu umieścili, wzięli ją do siebie i otoczyli cudzoziemskiemi guwernantkami i metrami. Odtąd nie spotykały się ze sobą dwie towarzyszki; ale Helena zachowała o Loli miłe wspomnienie, a panna Bogacka, ujrzawszy przyjaciółkę dziecinnych lat, zapomniała o swojém kłopotliwém zajęciu około wyprawy, nie spojrzała nawet na strój téj, z którą się witała, i wiedziona dobrym instynktem młodości, podała jéj obie ręce.
— Poznałaś mię, Heleno! — mówiła Lola; — tak dawnośmy się nie widziały.
— Zawsze śliczna jesteś, Lolciu, — odpowiedziała Helena, ze szczerym zachwytem patrząc na jaśniejącą świeżością twarz pięknéj panny.
— Ah, ma chérie, zmizerniałam w tych dniach strasznie! ale tyle mam zajęcia, tyle kłopotów, że sobie nie wystawisz — szczebiotała Lola. — Robię sobie wyprawę, a to nie mała rzecz; figurez-vous, o niczém nie zapomniéć, wszystko dobrze wybrać, zastosować każdą rzecz i do mody, i do twarzy...
— Więc idziesz za mąż? — spytała Helena.
Mais ovi, ma chérie, i to prędko, Ósmego Stycznia będzie mój ślub, musisz być na nim. O, już téż będziemy się często widywały z sobą, nie prawdaż? pojedziemy kiedy razem do teatru, na spacer. Pojutrze będzie prześliczny koncert, tout le monde y sera, może i ty będziesz?
— Nie, Lolciu, — odpowiedziała z uśmiechem Helena, — ja nie bywam ani w teatrze, ani na koncertach. Ale powiédz mi co o swoim narzeczonym. Cóż? piękny, rozumny? dobry?
— Oh, beau comme un Apollon, śliczną ma manierę, niezmiernie grzeczny i miły w towarzystwie; możesz się domyślić, że jest zupełnie comme il faut.
— A kocha cię bardzo? — pytała Helena.
Je crois que oui, — odpowiedziała piękna panna, spuszczając oczy, bo ostatnia jéj guwernantka Mlle Zélie, nauczyła ją, że trzeba zawsze spuszczać oczy, gdy mowa o miłości. To tak urocze w młodéj osobie!
— A więc z serca życzę ci szczęścia, — rzekła Helena, podając dłoń dawnéj towarzyszce.
W téj chwili dał się słyszéć głos z karety:
— Lola, Lola, viens donc, j'ai froid, czekając na ciebie!
Adieu, ma chérie, Mama czeka! — zawołała Lola i zwróciła się ku karecie.
Helena ją zatrzymała. — Powiédz-że mi, moja droga, jak się nazywa twój narzeczony, — rzekła, — abym wiedziała, jak się ty nazywać będziesz? Słysząc twe nazwisko, będę wiedziała, że o tobie mowa.
— Mój narzeczony jest pan Leon X., doktor, — odpowiedziała szybko, ścisnęła raz jeszcze rękę dziewczyny i wskoczyła do karety, która potoczyła się po śniegu z głuchym turkotem. Ale turkotu tego nie słyszała już Helena. W oczach jéj zrobiło się ciemno, nogi zadrżały pod nią; wkoło niéj wszystkie przedmioty zaczęły się kręcić wirem. O uszy jéj obijał się gwar i szum przepływających falami ludzi i powozów, ale nie rozróżniła w nim żadnych osobnych dźwięków, bo wszystko zlało się dla niéj w nierozwikłany zamęt. Oparła się o mur domu, przy którym rozmawiała z Lolą i tak stała przez długą chwilę, śmiertelnie blada, z półzamkniętemi oczyma, ze ściętemi i zbladłemi usty. Zdawało się, że cała krew z twarzy zbiegła jéj do serca, które uderzało gwałtownie, jakby się miało wnet rozerwać w piersi.
Zwolna wracała do przytomności, do świadomości miejsca i położenia, w jakiém się znalazła.
Na niebie słońce świeciło jasno śród pogodnego błękitu, ale ona go już nie widziała i dla niéj wszystko już było teraz ciemne, pochmurne.
— Ach, pęknie mi serce! — wyszeptała z cicha, przyciskając rękę do piersi, i myślała: — On! jéj narzeczony! — I myśląc o tém, nie miała łez w oczach; i owszem, na usta jéj wybiegł uśmiech, prawda, że gorzki, taki, jakim się śmieje głęboka rozpacz, ale zawsze to uśmiech. Można płakać z radości, czemuż-by się nie śmiać z rozpaczy?
Przechodnie, szybko sunący po chodniku, potrącali niemyślącą o świecie Helenę. Powolnym, automatycznym ruchem, z oczyma w jeden punkt utkwionemi, podniosła z ziemi zarękawek, który jéj przed chwilą z ręki wypadł, i powolnym także, automatycznym krokiem poszła w stronę swojego mieszkania.
— A więc on mnie nie kocha, nigdy mnie nie kochał, kiedy jest jéj narzeczonym — myślała idąc; — pocóż więc kłamał spojrzeniem, uśmiechem, wszystkiém? — I przez chwilę zaćmiła się przed nią postać człowieka, którego w swych myślach oblała jasnością ideału.
— Nie, — myślała potém — dziwna jestem, szalona! Alboż kiedy powiedział mi, że mię kocha? Przyjaźń, szacunek jego dla mnie, brałam za miłość, a teraz go obwiniam. On szlachetny taki i dobry! nie mógł kłamać! jam się sama łudziła, kochając go. I cóż dziwnego, że on kocha Lolę? Ona piękniejsza sto razy ode mnie, świetna, strojna, bogata! — I szła tak, myśląc; wzrok miała szklany, jakby w jeden, niewidomy nikomu i sunący przed nią, punkt utkwiony. I czego nikt nie widział, dostrzegło jéj oko w owym punkcie. To on — dobry, szlachetny, czuły, wysypywał skarby swéj pięknéj duszy przed Lolą, która po nich deptała, nie poznając się na nich. A oto idzie para dorodna: kobieta ładna i z wdziękiem ubrana, wspiera się na ramieniu mężczyzny, o szlachetném, myślącém obliczu; rozmawiają z sobą żywo, a z twarzy ich radość bije promienna. To on i ona.! — Helena odwróciła spojrzenie, w głowie jéj zawirowało. Chciała uciec przedtém zjawiskiem, a ono wyprzedzało jéj oczy, gdziekolwiek je zwróciła — zawisło na promieniu jéj wzroku i w mózg się jéj wżarło; zamknęła oczy, a niemniéj jasno widziała prześladowcze widmo. Uciekała myślą, a ciałem posuwała się, jak automat, poruszany sprężynami. Jak długo szła i którędy — nie wiedziała; straciła pojęcie miejsca, a czas nietylko dla szczęśliwych prędko biegnie — rozpaczający go także nie mierzą. Ale doszła nakoniec do domu, w którym mieszkała; machinalnie, powoli wstąpiła po wschodach na górę, machinalnie otworzyła drzwi swego pokoiku, i również bezwiednie zdjęła futro, kapelusz — i stanęła u okna. Promień słońca ozłacał szyby i wił się po posadzce. Ta smuga światła, przeszywająca cień, izdebkę napełniający, niosła znów na sobie ścigające ją na ulicy widmo pary szczęśliwéj.
— Ach! i tutaj jeszcze! — szepnęła z cicha i opuściła sztorę. Spadając, sztora wytrąciła ze szklanki, stojącéj na oknie, wpółzwiędły już bukiet białych kamelii; kwiaty upadły do stóp Heleny. Pochyliła się zwolna i podjęła je. — Kwiaty! — rzekła znowu cicho — to kwiaty od niego! — I, patrząc na nie, myślała: — zwiędłyście, i ja tak zwiędnę! — Wyjęła z bukietu jednę kamelią, zbliżyła się do źwierciadła i włożyła ją we włosy; chwilę stała przed lustrem, patrząc nie na siebie, ale na kwiat, który wpółzżółkłą białością jaśniał w jéj czarnych warkoczach. I zaśmiała się głośnym, spazmatycznym śmiechem; gwałtownie wyrwała z włosów kamelią, rzuciła ja daleko od siebie i, opuszczając ręce, rzekła: Wszystko skończone!
Nagle wzrok jéj spotkał się z portretem matki. Malowane oczy kobiéty zdawały się patrzéć na nią ze słodyczą i miłością; promień słońca, przekradając się się bokiem sztory, tworzył w górze obrazu jasną aureolę. Helena długo patrzała na portret, usta jéj roztworzyły się westchnieniem piérwszém, głębokiém; wzrok stawał się coraz mniéj suchym, mniéj szklanym — aż postąpiła szybko kilka kroków, a stanąwszy przed portretem, złożyła ręce jak do modlitwy i mówiła cicho: Matko moja, czemuż teraz nie jesteś ze mną! Potém osunęła się na kolana, czołem uderzyła o zimną posadzkę, i głośne łkania wydobyły się z jéj piersi a potoki łez z oczu. Tém łkaniem, tym potokiem łez zestraszone widmo promiennéj pary uciekło — a słodki obraz matki zastąpił jego miejsce.
Zmrok zaczął zapadać, kiedy Helena powstała, otarła łzy, westchnęła za ojcem, za Natalią potém — i usiadła przy oknie, a podnosząc nieco ręką spuszczoną sztorę, wpatrzyła się w czerwony blask zapalających się na ulicy latarni; może tamtędy nadejdzie który z przyzywanych myślą przyjaciół.
Tegoż dnia przed zmrokiem Leon przyszedł do państwa Bogackich, chmurny i dziwny, tak jak zwykle tam bywał. Przez pół godziny rozmowa wlokła się bez znaczenia i z przymusem, aż Lola zawołała:
— A propos! muszę téż panu powiedzieć, że miałam dziś miłą niespodziankę.
— Czy nowy transport materyi przybył z Paryża do Kwiatkowskiego? — zapytał Leon z powagą, z pod któréj tryskał sarkazm.
Mais non — odrzekła piękna panna, nie dostrzegając sarkazmu; — spotkałam dziś dawną moję znajomą, une amie d'enfance, vous savez, ça tient toujours au coeur — dodała sentymentalnie.
— A i któż to taki? — spytał znów młody człowiek, rad, że znalazł się przedmiot rozmowy, która mu zawsze trudno jakoś szła z narzeczoną.
— Córka jakiegoś urzędnika, je ne sais, biedne snadź stworzenie; byłam z nią parę lat na pensyi. Ach! pytałeś się mnie pan niedawno, czy nie znam jakiéj Heleny? zapomniałam wówczas, że ta moja znajomość zwie się: Helena. Je vous le dis, i nazwisko pardessus le marché, quoique je n'avais rien d'interessant. Nazywa się Helena B.
Leon drgnął widocznie; szkiełko, którém się machinalnie bawił, wypadło mu z ręki.
— Helena B.! — zawołał z ożywieniem twarzy, jakiego dotąd Lola w nim nie widziała — to pani ją znasz?
— I cóż w tém dziwnego? — rzekła; — a pan znasz ją także?
— Tak... trochę — odrzekł, miarkując się Leon; — czyś pani mówiła jéj o wszystkiém — dodał z coraz wzrastającém wzruszeniem.
— O czém? — spytała Lola nieco obrażona i zaniepokojona.
— O tém, żeśmy narzeczeni.
— Dlaczegoż bym nie miała powiedziéć? — odrzekła; — mówiłam i prosiłam ją na nasz ślub.
Leon czuł, że zbladł; usta mu drżały; zwyciężył się jednak, mówił coś jeszcze obojętnego, ale niezadługo powstał, by się pożegnać z paniami.
— Myślałam, że pan z nami wieczór przepędzi? — rzekła z wymówką pani Bogacka.
— Nie mogę pani, — odpowiedział stłumionym głosem doktor — mam ważne sprawy na mieście.
Lola nic nie mówiła, obrażona; końcem paluszków ledwie raczyła dotknąć dłoni narzeczonego, a gdy wyszedł, cała zarumieniona, rzekła do matki:
Maman, pan Leon jest bardzo dziwny; zdaje mi się, że nie tak powinien postępować ze mną.
— I mnie się tak zdaje — odpowiedziała matka. Chciała coś jeszcze mówić, ale lokaj oznajmił, że posłańcy z magazynów czekają w jadalnéj sali.
— Niech tu przyjdą, — rzekła żywo pani Bogacka — musieli przynieść i twój fioletowy aksamit, Lolciu.
— Ciekawam téż — zawołała rozpromieniona już narzeczona — czy Lesser przysłał mi wachlarz bois de senteur, który obiecał mi na dziś sprowadzić.
I wszystkie chmury dwóch dam pierzchnęły przed urokiem fioletowego aksamitu, i powiewem wachlarza bois de senteur.
— A Leon? — Leon nie szedł, ale biegł przez ulicę; głowę paliła mu myśl, że Helena wié o tém, iż on jest narzeczonym innéj, i myśli pewnie, że on inną kocha.
Wprawnemu jego oku nie mogło ujść spostrzeżenie, że biedna dziewczyna go kochała; był tego pewnym. Ale dotychczas nie myślał nigdy o tém, na jakie cierpienia uczucie to narazić ją może; nie nawykł myśleć, czy kto cierpi z jego powodu, bo mu się téż zdawało, że nikogo na cierpienia nie narażał. Tak i teraz: używał miłych chwil, spędzanych przy Helenie; a choć rozkosz tę mącił obraz niedalekiéj, czekającéj go przyszłości, to usuwał go z myśli, ile mógł. Ale teraz się opatrzył; straszném mu było przypuszczenie, że ona cierpi przez niego, że go pewnie posądza o kłamstwo, o udawanie; że pogardza nim może! Chciałby był miéć skrzydła, aby prędzéj stanąć przy niéj, spojrzéć na nią — i w twarzy jéj zobaczyć ten sam spokój, tę samą miłość, jakie widział dotąd. Zmrok zaczynał szarzeć, gdy, szybko przybiegłszy przed dobrze znajomą bramę na Szkólnéj ulicy, miał ją już otworzyć. Nagle zatrzymał się. Demon próżności i słabości raz jeszcze szepnął mu: co robisz? pomyśl, że jeśli w téj chwili tam wejdziesz — musisz wyjść ztamtąd związanym na zawsze z Heleną. Istotnie Leon czuł, że się już nie powstrzyma, i powié Helenie, że ją kocha; a gdy to powié — to byłby najnikczemniejszym z ludzi, gdyby, nieodepchnięty, nie został jednak jéj mężem. Może-by lepiej nigdy tam już nie wchodzić! — szeptał demon. — Ożenić się z taką biedną dziewczyną! śmieszność! co ludzie powiedzą!
Ale na ten raz walka krótko już trwała; dobre natchnienie, poczciwe i silne uczucie — zwyciężyły. Szybko wszedł w bramę, i w parę sekund był przed drzwiami pokoju Heleny.
Zapukał lekko do drzwi. — Proszę wejść — odezwał się czysty i srebrny głosik dziewczyny.
Młody człowiek wszedł i znalazł się w zupełnie prawie ciemnym pokoju. Spuszczona sztora nie dopuszczała nawet skąpych światełek z latarni ulicznych. Z razu, nic nie widząc, zatrzymał się przez chwilę u drzwi; potém zobaczył przy oknie postać kobiety.
Helena postąpiła kilka kroków. — Dobry wieczór panu — rzekła, podając mu rękę, jakby z nawyknienia, jakby nic w jéj sercu nie zaszło. Głos jéj nie był wcale zmieniony, ale ręka bardzo zimna.
— Jak tu ciemno, mówiła — jakby dopiéro w téj chwili spostrzegła zmrok — zaraz zapalę lampę.
Leon czekał w milczeniu; Helena, odwrócona od niego, zapalała lampę, a po chwili, już ze światłem w ręku, zwróciła się twarzą ku niemu i postawiła je na stole.
Piękna była wtedy, pięknością wielkiéj — wiecznéj boleści. Twarz miała bardzo bladą i blade, w półrozwarte, usta; na oczach jéj nie było już śladu łez, ale zapadły one, sine koła je otoczyły, i palił się w nich jakiś smutny blask. W bolesném jéj przed chwilą przejściu, kilka drobnych zwojów czarnych włosów osunęło się na jéj czoło, i tak zostały, nieusunięte ręką, rzucając cień na blade skronie. Leon obrzucił ją jedném spojrzeniem, dojrzał bolesną zmianę w jéj twarzy. Wszystkie dobre instynkta natury drgnęły w jego piersi, uczucie ozwało się z całą siłą. Żywo się ku niéj zwrócił.
— Pani widziałaś dziś pannę Bogacką — rzekł stłumionym głosem, zbliżając się do dziewczyny.
— Tak, spotkałyśmy się dzisiaj, — odpowiedziała spokojnie — to dawna towarzyszka moja z pensyi.
— I ona mówiła pani....
— Mówiła mi, — przerwała Helena — że jesteście państwo zaręczeni z sobą, i że ślub wasz będzie za miesiąc. Niech pan przyjmie najszczersze życzenia szczęścia — dodała, podając rękę Leonowi.
Gdy mówiła ostatnie wyrazy, usta jéj drżały, ale głos i twarz cała były spokojne; patrzała na Leona śmiało i poważnie. Siła woli, poczucie godności kobiecéj, zwyciężały jęk, co się wyrywał z jéj piersi, i nie dawały wyjść na jaw boleści.
Leon pochwycił ją za rękę.
— I pani myślisz, że ja ją kocham! — zawołał.
Powoli wysunęła rękę z jego dłoni, oparła ją o poręcz krzesła i rzekła poważnie:
— Ja myślę, panie Leonie, że człowiek zacny i rozumny nie może być narzeczonym kobiety, nie kochając jéj.
— A jednak ja jéj nie kocham! — wymówił stanowczo.
— Więc żenisz się pan z nią dla posagu — zawsze spokojnie odrzekła kobieta — albo dla innych nie wiem jakich tam, powodów; w takim razie nie wart pan jesteś szacunku.
— Heleno! nie wymawiaj tych słów — zawołał Leon, cały drżący, biorąc znowu jéj rękę; — nie odmawiaj mi swego szacunku, nie pogardzaj mną! Kiedym się z nią zaręczał, byłem słaby, zepsuty, bezrozumny; teraz przejrzałem, rozum twój mię podniósł, miłość dla ciebie mię ochrzciła. Ja ciebie i tylko ciebie jednę, ciebie piérwszą, i ciebie ostatnią prawdziwie kocham.
Dziewczyna znowu wyrwała dłoń swoję z palącego uścisku młodego doktora, cofnęła się parę kroków, ręce założyła na piersi, i z dumnym wyrzutem na niego spojrzała. Przez chwilę trwało milczenie, rumieniec coraz silniejszy wstępował na bladą twarz Heleny, aż odezwała się powoli, spokojnym ale stanowczym głosem:
— Panie X., jestem sama jedna na świecie, nie mam nikogo, ktoby mię osłaniał, i ktoby się ujął za mną; ale sama mam poczucie własnéj godności i wyrobioną cierpieniem moc, która umié stłumić choćby najsilniejsze uczucie, jeśli tego zacność moja wymaga. Dla każdego człowieka, mającego w sobie choć iskrę szlachetności, kobieta w mojém położeniu jest świętością, z któréj żartować się nie godzi. Kto i co dało panu prawo mówienia do mnie w ten sposób wtedy, gdy słowem i postanowieniem własném związany jesteś z inną kobietą?
— Co mi dało to prawo? — zawołał Leon — miłość moja dla ciebie, która zrobiła mię innym, niż byłem, człowiekiem, dla któréj wyrzeknę się z radością próżności, pociągających mię dotąd. Nie jestem związany z tamtą węzłami, których rozwiązać nie można; nie za późno cię spotkałem. Jesteś moim zbawczym aniołem, i musisz uwierzyć, że cię kocham. Ale może ty mnie nie kochasz? — dodał, biorąc obie ręce Heleny i patrząc w jéj twarz.
Dziewczyna spojrzała na niego spojrzeniem przeciągłém, badawczém, które zimném pragnęła uczynić; ale powoli łzawa obsłona wzrok jéj zasuwała, pierś się wzniosła i dwie łzy popłynęły po twarzy.
— A! kochasz mię!, — zawołał Leon — ale nie wierzysz w moję miłość! A więc chodź przed ten twój ołtarz, który i moim niech w téj chwili będzie.
I pociągnął ją ku portretowi matki.
— Wobec Boga i wobec cienia twojéj matki — mówił, trzymając silnie ręce jéj w swoich dłoniach; — wobec wszystkiego, co jest najświętszém na niebie na ziemi, od téj chwili jestem twoim mężem, Heleno!
Zgiął kolano i pociągnął za sobą Helenę; uklękła prawie mimowolnie, cała drżąca, zalana łzami nagłego, niespodziewanego już, nieopisanego, choć nie bezwątpliwości, szczęścia; pochyliła czoło; Leon chciał złożyć na niém pocałunek, dotykał go już prawie ustami, ale się nagle powściągnął.
— Dopóki nie odejdziemy od ołtarza, — rzekł, powstając — nie pocałuję nawet twojéj ręki; abyś wierzyła, że cześć, jaką mam dla ciebie, wyższą jest jeszcze od mojéj miłości.
W téj chwili otworzyły się drzwi i weszła Natalia. Spojrzała na dwoje młodych ludzi, wzruszonych i trzymających się za ręce; a twarz jéj, zwykle surowa, bardziéj jeszcze się zachmurzyła.
Chciała coś mówić, ale Leon szybko postąpił ku niéj, trzymając za rękę Helenę, i rzekł:
— Jako najlepszą przyjaciółkę Heleny, proszę panią, abyś nam podała rękę z serdeczném życzeniem. Od téj chwili jesteśmy zaręczeni.
Słysząc te słowa, Natalia cofnęła się o parę kroków; gniewny wyraz zalał jéj twarz i rzekła z ironią:
— Ileż pan X. myśli miéć narzeczonych naraz? bo właśnie dziś się dowiedziałam, że za miesiąc ma się ożenić z panną Bogacką.
— Pani, — odpowiedział Leon, biorąc rękę Natali — nie obraża mię twój sarkazm, bom nań zasłużył. Byłem narzeczonym panny Bogackiéj przez próżność, przez interes, słabość, namowy ludzi; ale Helenę kocham i będę jéj mężem.
Rozjaśniła się twarz Natali wielką radością, obie dłonie podała młodemu człowiekowi, i całując w czoło Helenę, rzekła z rozrzewnieniem: bądź szczęśliwa!
Jak Helena była szczęśliwą w owéj chwili, któż opowié, albo opisze?
Owego wieczora, w oknie na facyatce domu Szkolnéj ulicy, długo drżało światełko. Dopiéro około północy wyszedł Leon. Niebo miał w sercu. Walka się skończyła i czuł się zwycięzcą; odzyskał szacunek dla siebie, a przed sobą widział jasną przyszłość z rozumną, dobrą, kochającą i ukochaną kobietą.



IX.

W parę dni potém cały piękny świat warszawski o niczém innem nie mówił, jak o zerwaniu zamierzonego małżeństwa doktora z panną Bogacką. Jedni się dziwili, inni się śmieli, a inni jeszcze najdziwaczniejsze tworzyli przypuszczenia. Mówiono z cicha, że młody człowiek zakochał się w jakiéjś baletniczce, czy śpiewaczce, czy subretce; że się z kimś żeni, niewiadomo z kim, z nieznajomą jakąś, podobno awanturnicą.
Słudzy i domowi państwa Bogackich przebąkiwali coś o długiéj rozmowie, jaką pan Leon miał z panną Lolą sam-na-sam, i o tém, że ona po téj rozmowie wyszła, cała zarumieniona i zapłakana, a naradziwszy się z matką, odesłała narzeczonemu pierścionek — poczém powiedziano im, że dla pana X. pań nigdy w domu nie będzie.
Przyjaciele domu państwa Bogackich głosili z uśmiechem, że piękna panna Lola dała doktorowi odkosza; ale ogólne przekonanie było, iż związek przez niego został zerwany.
Gdy wiadomość została zupełnie głośną i pewną, w mieszkaniu pana Leona zebrało się kilku najbliższych jego znajomych. Młody doktor spotkał ich spokojnie i grzecznie; twarz miał pogodną, a nawet lekko rozpromienioną, jakby wewnętrzném miłém wzruszeniem; z ust jego zniknął całkiem sarkastyczny uśmiech. Goście zasiedli, prowadząc potoczną rozmowę i paląc cygara; wszyscy oni przyszli tam z chęcią usłyszenia z ust samego bohatera szczegółów ciekawéj dla nich jego historyi. Ale, wobec spokojnéj, lekko zimnéj grzeczności Leona, nikt nie śmiał rozpocząć pytań o tym, jak im się zdawało, drażliwym dla niego przedmiocie. Mówili o wczorajszym teatrze, o nowo-przybyłéj artystce opery, o zawiązujących się téj zimy w Warszawie małżeństwach.
A propos — odezwał się najśmielszy i najpoufalszy z Leonem, p. Xawery; — powiedz téż nam, Leonie, czy to prawda, żeś zerwał z panną Bogacką?
— Ona zerwała ze mną; odmówiła mi; — odpowiedział spokojnie zapytany, wpół leżąc na kozetce i paląc cygaro.
— Ho, ho, wiemy, wiemy, jak to było! — zawołał Xawery; — powiedziałeś podobno pannie, że jéj nie kochasz, i że prosisz ją, aby, unikając dla siebie kompromitacyi, odmówiła ci. Ale pozwól sobie powiedziéć, żeś nierozważnie postąpił.
— Co to nierozważnie? — rzeki z zapałem pan Józef, kuzyn Leona, — co to nierozważnie! jako brat twój, powiem ci, żeś zrobił kapitalne głupstwo.
Leon milczał i uśmiechał się.
— Myślcie sobie, co chcecie, i mówcie, co chcecie — rzekł wreszcie, — mnie to wszystko jedno.
— No, a powiedz-że nam jeszcze, — mówił trzeci młody człowiek, — czy to prawda, że masz się żenić z kim innym?
— Prawda, — odpowiedział doktor, nie wyjmując z ust cygara.
— Z kimże? bo podobno z jakąś biédną dziewczyną?
— Z zupełnie biédną — również spokojnie, jak wprzódy, odparł Leon.
— A to już najkapitalniejsze głupstwo robisz! — zawołał zaperzony kuzynek Józef. — Nie spodziewałem się tego po tobie; myślałem, że jesteś praktyczny i realny chłopiec, a przekonałem się, żeś marzyciel i nierozważny.
— Brawo, brawo, Leonie! — ironicznie mówił jeden z gości; — jesteś bohaterem romantycznych wieków! I dla kogóż to poświeciłeś piękne oczy i pół miliona? Jestże to córka muz, jaka błędna rycerka, czy może pasterka, którą przed ślubem oddasz na rok do klasztoru, aby się nauczyła czytać?
Leon rzucił cygaro, wyprostował się i surowo spojrzał na otaczających.
— Panowie, — rzeki grzecznie, lecz zimno i z wyższością; — dopóki mówicie o mnie i śmiejecie się ze mnie, pozwalam wam mówić i śmiać się, jak się podoba, bo wasze żarty nie odbiorą mi szczęścia, jakie mam, i pewności, że dobrze robię. Ale o kobiécie, którą kocham i która wkrótce będzie moją żoną, proszę was na zawsze zamilczeć; bo choć nie jestem, jak się wyrażacie, rycerzem romantycznych wieków, potrafię jednak od żartu i najlżejszéj obelgi obronić tę, któréj odtąd winienem opiekę i cześć. Dla zaspokojenia zaś waszéj ciekawości, powiem wam tylko, że narzeczona moja jest równie piękna, jak panna Lola, i w rzeczywistém znaczeniu tego wyrazu, daleko lepiéj od niéj wychowana. Nie ma wprawdzie posagu, ale ma rozum, dobroć i miłość, któremi mię uszczęśliwi. Gdy zostanie moją żoną, poznacie ją, i wiem z pewnością, że nie będziecie mogli odmówić jéj szacunku i sympatyi, których jest warta.
Obecni zamilkli, a Leon, znowu z zaniedbaniem oparłszy się o kozetkę, dodał:
— Teraz mówcie sobie znowu o mnie i żartujcie ze mnie, ile i jak tylko chcecie.
Wtedy z pomiędzy otaczających powstał obecny tam a milczący, p. Wiktor H. i, zbliżywszy się, do Leona, podał mu rękę.
— Ja tyle powiem o tobie, Leonie, żeś szlachetny; i że jestem szczęśliwy, widząc między naszą młodzieżą człowieka takiego, jak ty. Byłeś dotknięty chorobą, tak częstą u nas, niestety! chorobą znudzenia i próżności. Widziałem cię blizkim zupełnego moralnego upadku; dobre instynkta twojéj natury, niestłumione jeszcze całkiem błędami młodości, zwyciężyły. Nie znam twojéj przyszłéj żony, ale wierzę, że godna ciebie, bo widzę, że ją szczerze kochasz; więc mówię że robisz dobrze, zacnie i że będziesz szczęśliwy. Parę tygodni temu inaczéj ci wróżyłem.
— Niech żyją sentymenta! — zawołał z ironią pan Józef. — A gdzież jesteśmy, w jakim kraju, w jakim wieku, abyśmy mieli całe szczęście, cały cel życia widziéć w miłości dla kobiéty?
— Miłość dla kobiéty, — poważnie odpowiedział p. Wiktor, — nie powinna być zapewne jedynym celem życia; ale jest ona niezawodnie bodźcem i wsparciem w dążeniu do innych w życiu społeczném celów. Wy, panowie, umiecie krzyczéć na sentymenta, ośmieszać je i odrzucać, osłaniając się wielkiemi słowami ogólnych pozytywnych dążeń i idei. Ale pokażcie mi, gdzie są takie idee i dążenia, którym-by poważna i szczera miłość przeszkodę stawiała? Jeżeli ideą tą jest dobro całéj ludzkości, wierzcie mi, że w kochającém i dobrém sercu kobiéty znajdziecie wiele natchnień, które wam rozświecą to, czego-byście sami nie dojrzeli. Jeżeli umysłową pracę kto wybierze, to kobiéta poważna i myśląca podzieli ją z nim. Jeżeli ideą i celem waszym jest życie rodzinne, na czém-że je oprzeć, jeżeli nie na miłości dla téj, z którą przyjdzie wam długie dni spędzić i która będzie matką waszych dzieci? A cokolwiek będzie zadaniem waszego życia, wszędzie was czekają walki i trudności, którym najczęściéj sami nie podołacie. Gdzież znajdziecie serdeczniejsze współczucie, gdzie myśl tém bystrzejszą, że przeniknioną miłością, gdzie poparcie dzielniejsze, gdzie pociechę i osłodę, jeśli nie w rozumnéj, pojmującéj was i kochającéj żonie? Ale żeby taką znaleźć kobiétę, nie trzeba szukać w niéj samego tylko cacka, ani parawana, ani kożucha na zimę, ani znów drugiéj ostateczności: anioła, bóztwa — słowem, nadziemskiéj istoty; tylko równego nam człowieka, mogącego nie bawić nas tylko, nie zachwycać tylko, ale i pracować, i myśléć z nami. Tak pojęta, miłość dla kobiéty, nie jest mrzonką, ani exaltacyą, ani próżnym sentymentem; jest ona pociechą, zachętą, słońcem życia. Leon pokochał biedną dziewczynę, żeni się z nią, a ja raz jeszcze powtórzę, że robi szlachetnie i rozumnie, i będzie szczęśliwym, jak wolno być człowiekowi szczęśliwym.
— Ależ, mój szanowny panie, — zarzucił pan Xawery, — alboż-to bogatéj panny kochać nie można? alboż majątek ma być hasłem potępienia dla niéj?
— Bynajmniéj — odpowiedział p. Wiktor; — nie ja to zapewne powiem, aby majątek stanowił przeszkodę do pokochania kobiéty, która go posiada. Sam mam żonę bogatą; a jaką ona jest, jak jestem z nią szczęśliwy, czuję to w każdéj chwili i wy wszyscy o tém wiecie, panowie. Żeby myślący i zacny człowiek mógł pokochać kobiétę, nie zależy to od tego, czy ona jest bogatą lub biedną; ale od tego, jak czuje i myśli, i jeszcze od téj niewidzialnéj siły, która mimowoli spaja lub odpycha dwoje ludzi. Kochasz pan i szacujesz kobiétę, bogatą czy ubogą, mniejsza o to, żeń się z nią; ale nie żeń się z bogatą, nie kochając jéj, bo będziesz mały i nizki; nie opuszczaj biednéj, którą kochasz, bo będziesz nikczemny i bezrozumny; w jednym i drugim przypadku stracisz dobrowolnie najlepszą cząstkę szczęścia w życiu. Ale już dosyć na ten temat, moi panowie, — rzekł, zwracając się mówiący do Leona, — bądź zdrów poczciwy, zacny Leonie.
— No, i ja cię już pożegnam, — rzekł pan Józef, nienawrócony słowami pana Wiktora; — powiadam ci, żeś głupstwo zrobił.
— A ja mówię, — dorzucił, żegnając się pan Henryk, — żeś wybornie zrobił; bo teraz ja mam nadzieję otrzymać łapkę panny Loli.
— Czego ci szczerze życzę — odpowiedział Leon; — ale nie zazdroszczę, — pomyślał w duszy.
Wyszli wszyscy. Młody doktor jął chodzić po pokoju, rozpromieniony lubemi myślami, z uśmiechem na ustach, nie z owym uśmiechem szyderstwa, który go nigdy prawie nie opuszczał, chyba ziewnięciem nudy spędzony, ale uśmiechem wewnętrznego zadowolenia. Nagle zatrzymał się przed stolikiem, wziął z niego małe pudełeczko, otworzył je i błysnął brylantowy pierścionek, który mu przed dwoma dniami odesłała panna Lola. Popatrzał przez chwilę na migocący ogniami żywemi dyament, i rzekł do siebie: Jak on pięknie zaświeci na jéj ślicznéj rączce! — Potém podniósł rękę do czoła i z nieopisanym wyrazem w twarzy wymówił: Szczęśliwy jestem!
Po chwili był już na wschodach i, szybko z nich zbiegłszy, poszedł ku Szkolnéj ulicy ......


∗             ∗

W miesiąc potém w jednym z kościołów warszawskich odbyły się dwa śluby: pana Leona X. z panną Heleną B. i pana Henryka W. z panną Lolą Bogacką.

Warszawa, 1866 roku.



KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.