Rozstajne drogi/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rozstajne drogi
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Nareszcie, do domu państwa Bogackich wstąpiła wielka radość, do serca panny Loli wielki tryumf — pan Leon oświadczył się i został przyjęty. Rodzice z przyjemnością myśleli, że wydają córkę za człowieka niebogatego wprawdzie, tylko... doktora, ale stojącego na drodze do świetnego położenia, ale młodego i umiejącego sobie wyrobić piękne towarzyskie stanowisko. Wreszcie brak młodzieży był wielki, a oni mieli jeszcze kilka córek. Panny Loli serduszko rozpływało się na myśl, że ów lew, niezwyciężony dotąd, ów Don Juan sławny i okrutny, przed którym tyle piękności upadło w uwielbieniu, który tylu sercami wzgardził... przed nią, przed nią piérwszą, przed nią jedną zgiął harde czoło, do jéj stóp schylił się, błagając o jéj białą rączkę. A przytém Lola była młodą, i jakkolwiek ci, którzy ją wychowywali, robili wszystko, co mogli, aby z niéj uczynić lalkę, uderzyło przecież w jéj piersi tętno człowiecze. Główka zamarzyła; i jeśli takie lekkie westchnienie i takie zamarzenie może się nazwać miłością... Lola kochała młodego doktora, który był już jéj narzeczonym.
Oświadczyny odbyły się rano; o zmroku zaś u drzwi panny Loli pojawił się posłaniec, przynoszący jéj od narzeczonego ogromny bukiet białych kamelij i olbrzymie pudło Loursowskich cukrów. Pan Leon był światowym człowiekiem, i strzegł pilnie konwenansów... a wiedział, iż konwenans nakazuje ofiarować ukochanéj, czy niby ukochanéj, podarki z kwiatów, cukrów i etc. Dar, pochodzący z ręki miłego człowieka, ma w istocie cenę nieskończoną. Szczęśliwi ci, którzy zamiast cukrowych pomadek Lourse'a, mają do oddania młodéj narzeczonéj słodycz prawdziwéj miłości; zamiast kwiatów, wzrosłych w sztucznéj atmosferze cieplarni, śliczne kwiaty jasnéj myśli i świeżego serca! Niejedna biedna dziewczyna jest stokroć szczęśliwszą, biorąc z rąk kochanka drobny biały kwiatek, zerwany gdzieś na łące lub polu i ogrzany tchnieniem jego gorącém, niż bogata i świetna panna salonów, trzymająca bukiet cennych kamelii, owiany chłodem wyziębłéj piersi i konwenansów.
Wieczór ów postanowił młody doktor spędzić w salonie tych, których miał wkrótce nazwać rodzicami. Jak zwykle, tak i tego wieczora, wiele tam znalazł zebranych gości. Lola powitała go z rumieńcem na białéj twarzy, i z kamelją, wyjętą z jego bukietu, w ciemnych włosach. Wszyscy wiedzieli już o zaszłych zaręczynach; młodzi ludzie zazdrościli Leonowi, młode panny zazdrościły Loli. Szczęśliwi! szeptano ogólniej patrząc na piękną parę. I w istocie, wszystkie pozory szczęścia tam były: piękność, młodość, bogactwo, znaczenie, niby miłość.
Ale w twarzy narzeczonego nie znać było szczęścia. Częściéj niż kiedy, sarkatyczny uśmiech osiadał na jego ustach, a zmarszczka, co tak pięknie zdobiła jego miałe i gładkie zresztą czoło, głębszą jakoś była dnia tego... surowszą.
Żenił się on tak, jak się żeni wielu, dlatego, że przecie trzeba było ożenić się kiedykolwiek, dla rozrywki w nudach, dla ułatwienia sobie drogi życia posagiem i stosunkami kobiety.
Żenił się, myśląc, że narzeczona jego, to lalka salonów, piękna ale próżna, nie czując szacunku dla niéj, ani pociągu do niéj.
Żenił się, poziewając...
W głębi jego piersi, w saméj najskrytszéj głębi drgała z cicha, ale ciągle, owa struna, nie rozstrojona jeszcze życiem; owa struna, co wewnętrzną pieśnią swoją przywodziła mu przed wyobraźnią młodzieńczą przeszłość jego, i wysoko bladém światełkiem błyskające okienko.
Przyjaciele i koledzy zbliżali się do niego z uściskiem dłoni, z powinszowaniem.
— O! szczęśliwy synu Eskulapa, — wołał pan Henryk, — bierzesz jak swoję śliczną Lolę, a ja, nieszczęśliwy, ledwiem nie zwaryował z miłości dla niéj.
— Zuch jesteś, chłopcze, — mówił pan Józef, zadowolony z kuzynka.
— Mnie podziękuj, — rzekł Ksawerek, — jam ci piérwszą myśl podał.
Jeden tylko ze wszystkich, pan Wiktor H. poważnie ujął ramię doktora, i wyszli razem do innego, pustego w téj chwili, salonu.
Pan Wiktor miał lat 40, twarz myślącą i poważną, ale razem i rozświeconą wewnętrzném ciepłem; znać było, że życie serca tego człowieka nie ostudziło.
— Słuchaj, kochany Leonie, — rzekł, gdy znaleźli się, sami, — mam prawo do twojéj ufności, bo byłem przyjacielem twego ojca i twoim jestem serdecznie. Powiedz mi prawdę: co cię powoduje do żenienia się z tą panną Lolą, którą ja-bym nazwał panną Lalą.
— Mój drogi i szanowny przyjacielu, — odpowiedział, ze swoim sarkatycznym uśmiechem, Leon, — mówiąc tak, zapominasz, że prawa honoru każą mi za te słowa wyzwać cię na pojedynek.
— Daj pokój żartom, — rzekł znów pan Wiktor, — pytam cię o to, bo źle ci coś z oczu patrzy. Nie podoba mi się narzeczony z takim Bajronowskim uśmiechem na ustach, jak twój, i z takim, wybacz że powiem, wyrazem znudzenia w oczach. Ty jéj nie kochasz, Leonie.
Doktor wybuchnął głośnym śmiechem.
— A! szanowny, nieoceniony jesteś! — zawołał, — nie lubisz mego Bajronowskiego uśmiechu, a zadajesz mi Werterowskie pytanie. Gdybym nie patrzał na ciebie, myślał-bym, że obok mnie stoi jaki Filon albo Medor ze złotych pasterskich wieków. O! jeśli trzeba cię co do mego losu zaspokoić, to powiem ci słowami Adama: kocham, ach kocham, po sto razy wołam!
Mówiąc to, z nieopisanym wyrazem ironii w twarzy, stanął przed przyjacielem w tragicznéj postawie. Pan Wiktor ujął go za rękę z łagodnością i powagą, i rzekł:
— Źle jest z tobą, Leonie. Życie i powodzenie zepsuło cię. Gdybyś był zły albo głupi, albo gdybyś miał naturę biedną i ślimaczą, jaką ma wielu, nie bał-bym się o ciebie, bo wiedział-bym, że popełzniesz sobie po cichu przez życie, i nic ci się złego nie stanie. Ale ja znam cię od dzieciństwa, przypatrywałem ci się ciągle i wiem, że naturę masz bogatszą od innych i piękną, tylko nieco oziębioną i zepsutą. Sam ten nawet Bajronowski uśmiech twój mówi, że nie lekko i bezmyślnie patrzysz na świat. I dlatego właśnie, że cię tak dobrze znam, powtórzę: źle jest z tobą, Leonie. Z całym zapasem myśli i poczciwych poczuć nie stworzyłeś sobie nic, coby celem twojego życia się stało; nic nie umiłowałeś i nic nie oszacowałeś wysoko. Próżnia stała się w twojéj piersi, i ożenieniem się próżnią tę chcesz zapełnić. Ale nie każdy kocha, kto chce kochać, mój drogi; i ty twojéj narzeczonéj nie kochasz, bierzesz ją dla rozrywki i dla posagu. Pobierzecie się i okażecie światu widok jeszcze jednéj pary roztrojonéj, znudzonéj, zniechęconéj ku sobie, i nie pomogą ani bogactwa, ani wpływy; teraz się nudzisz, a potém zaśniesz na wieki; umrzesz dla wszystkiego, co świat ma dobrego i pięknego. Żona twoja będzie stroić się, kokietować i jeździć za granicę, a ty będziesz spać na aksamitnéj kanapie. Nie takie życie, mój drogi, godne jest twego szlachetnego serca i światłéj myśli.
— Więc cóż mam robić? — zapytał Leon wpółpoważnie, wpół z ironią, patrząc na przyjaciela.
— Nie żenić się z kobietą, któréj nie kochasz, a czekać, dopóki prawdziwe uczucie nie zstąpi ci do serca; prawdziwe tylko uczucie rozpędzi ten obłok znudzenia, który zaćmił przed tobą świat, rozgrzeje cię, ożywi i wróci ci siły do życia, czynu, energii i pracy. Oto życie, któregoś wart, i do którego jesteś zdolny.
— Ale czy-m ja zdolny do prawdziwego uczucia? — rzekł Leon, — ty nie wiész, jak życie uczyniło mię zimnym.
— Przebiegnij myślą wszystkie znajome ci kobiety: czyż żadna z nich nie wzbudza w tobie jakiéjś serdeczniejszéj sympatyi, jakiegoś żywszego uczucia?
Leon chciał odpowiedziéć: żadna, ale przypomniał sobie bladą nieznajomą, i na chwilę zamyślił się, a ironiczny jego uśmiech posmutniał.
— Nie mówmy o tém, — rzekł wreszcie, ściskając rękę Wiktora, — stało się! jestem już zaręczony i obowiązany kochać moję narzeczoną. Dziękuję ci, zacny mój przyjacielu, za poczciwe twoje słowa, ale los mój już postanowiony. Kilka lat się bawiłem, a resztę życia przyjdzie mi poziewać i spać; dobrze więc przynajmniéj, że spocznę sobie na aksamitnéj kanapie i u stóp pięknéj Omfalii.
Pan Wiktor ścisnął mu rękę jakby z politowaniem i odszedł, a Leon, wróciwszy do salonu, gdzie towarzystwo było zebrane, oparł się o konsolę, skrzyżował ręce na piersi i zamyślił się głęboko.
Wkoło niego grano, śpiewano, śmiano się i rozmawiano, a jemu ruch ten cały i gwar wydawał się brzęczeniem roju owadów, w którym nie rozróżniał ani głosów, ani słów.
Myślał o słowach, pana Wiktora, czuł ich słuszność; zląkł się przyszłości, zły był na siebie, na świat, na wszystko, i gniewnie zsunął brwi i schyli wzrok ku ziemi.
— Jaki on zakochany! — mówiła uszczęśliwiona pani Bogacka do swojego brata.
— Don Juan zamienił się w Wertera! — szepnął jeden z młodych ludzi.
— Co to mogą 500,000, — zachychotał drugi.
— I wujaszek hrabia, i ciocia księżna, i kuzynek bogaty jak Rotszyld, — dodał trzeci.
— O czém pan tak myśli? — zabrzmiał obok Leona głosik panny Loli, i zarazem młody człowiek poczuł na ręku dotknięcie jéj miękkiego, ze śnieżnych piórek, wachlarza.
Podniósł na nią zimne, ironiczne, prawie wyzywające spojrzenie; w téj chwili uczuł wstręt do swojéj narzeczonéj.
— Myślałem o tém, — rzekł zwolna, — że nie wszystko złoto, co się świéci; nie każdy błyszczący meteor jest gwiazdą, nie zawsze jest szczęściem to, co się niém wydaje.
Lola nie zrozumiała znaczenia słów; zdziwiło ją tylko spojrzenie i dźwięk mowy narzeczonego, ostry sarkastyczny, a zimny.
— Nie rozumiem pana, — odrzekła, strojąc usta w najpiękniejszy uśmiéch.
— Przebacz pani, że nie będę jéj tłómaczył słów moich. Wszak nie jest to bynajmniéj konieczném, abyśmy się rozumieli, nie prawdaż? — A gdy coraz bardziéj zdziwiona Lola patrzała na niego, nie znajdując odpowiedzi, skłonił się przed nią i rzekł:
— Dobranoc pani.
— Pan już wychodzi... tak wcześnie! — zawołała dziewczyna.
— Tak pani, wychodzę, choć jest tak wcześnie, — odpowiedział młody człowiek.
Dziwne, kapryśne jakieś znalezienie się narzeczonego rozdraźniło nerwy pięknéj panny; zarumieniła się mocno, łzy jéj nabiegły do oczu. Szybkim ruchem wyjęła z włosów białą, nieco już zżółkłą kamelią i podała ją Leonowi. W téj chwili była poetyczną! Doktor wziął kwiat, skłonił się raz jeszcze i wychodził. Lola patrzała za nim. Na progu salonu żegnał się z przyjaciołmi, i piękna panna ujrzała, jak biała kamelia wypadła mu z ręki. Sądziła, że ją podejmie, do ust poniesie i przy sercu schowa; ale doktor nie spojrzał nawet na kwiat, leżący na posadzce, i zdeptał go, wychodząc.
Lola podbiegła, podjęła kwiat i konwulsyjnie poszarpała jego listki.
Leon, wróciwszy do siebie, długo chodził po pokoju zły i gniewny; myśli plątały mu się jakoś bezładnie, różne obrazy przesuwały się przed oczyma... czuł, że cierpiał. Lola usypiała ze spłakanemi oczyma, z rozdrażnioném serduszkiem; długo w noc widziała przez sen swoję białą kamelją rzuconą i zdeptaną.
Goście, wychodząc od państwa Bogackich, szeptali między sobą, że dziwnie jakoś wygląda para narzeczonych. On jakby się gniewał i ciągle śmiał ze wszystkiego, ona w końcu wieczora miała łzy w oczach i, może dla rozrywki, zaczęła kokietować ze swym adoratorem, panem Henrykiem.
— Widziałaś historyą kamelii? — spytała ze śmiechem panna R. panią W.
— Jakże nie miałam widzieć? obserwowałam ich ciągle; widziałam i wiem teraz najpewniéj, że on żeni się z nią tylko dla posagu.
— Ach, — mówiła panna R., — ja-bym tego nie zniosła! ja-bym zrekuzowała.
Tak więc dwoje młodych i pięknych ludzi piérwszy dzień swojego, nieuświęconego jeszcze nawet ślubami kościoła, związku, kończyli jedno w złości, drugie we łzach. A wkoło nich brzęczącym rojem, unosiły się już plotki, niezbędnie towarzyszące przez życie całe każdemu małżeństwu, połączonemu tylko konwenansem lub interesem.