Rozstajne drogi/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rozstajne drogi
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

„Serce i potok ostrzegać daremnie!” Słowa te sprawdziły się na panu Leonie. Daremnie zimna rachuba mówiła mu, że źle robi, zaniedbując pięknéj swéj narzeczonéj; że naraża się na utracenie świetnéj partyi. Daremnie przesąd i pycha szeptały mu, że Helena była biedną dziewczyną, córką nizkiego jakiegoś urzędnika z nazwiskiem prostém i nieznaném; daremnie kilka razy na dzień postanawiał sobie iść do państwa Bogackich, a nigdy już nie zajrzéć na Szkolną ulicę; daremnie było to wszystko. Od bramy mieszkania panny Loli odchodził najczęściéj, nie przestąpiwszy jéj progu, odepchnięty jakąś niewidzialną siłą; a do cichego pokoiku Heleny jakoś codzień zabłądził. Wmawiał w siebie, że tam śpieszy przez poczucie dobrowolnie na siebie przyjętego obowiązku lekarza; a czuł, że wiedziony tam jest pociągiem, którego zwyciężyć nie mógł.
Poczuł, że nie był bankrutem serca; że zostało mu jeszcze dosyć uczucia, aby wielbić i ukochać kobietę, może nie tyle piękną, jak inne, ale dla niego tém piękniejszą, że żyła sercem a kierowała się rozumem, — że wreszcie była jedną z cierpiących nie z urojeń, nie z kaprysów, ale z powodów od niéj niezależnych. Bał się jednak Leon zajrzéć w głąb’ swoich myśli; instynktownie pojmował trudność swojego położenia. Dla człowieka, który zrósł się z blaskiem i trudnością, dla wypieszczonego ulubieńca salonów i modnych piękności, pokochanie dziewczyny nieznanéj, bez posagu i głośnego imienia, musiało koniecznie wydać się nieszczęściem, tém bardziéj, że przed niewielu dniami, wśród wrzawy, oklasków i powinszowań, został narzeczonym jednéj z najjaśniejszych gwiazd społecznego horyzontu. W innym razie Leon umiał-by może, z pospolitym cynizmem ludzi przywykłych do łatwych zwycięztw, pogodzić te rzeczy; ale Helena była taką czystą, taką jakoś poważną a ufną razem, taką dobrą a nieszczęśliwą, że Leon nie śmiał najskrytszą nawet myślą grzeszną splamić jéj bladego czoła, które, wśród cierpień i sieroctwa, potrafiło zostać dla świata dumném i pogodném. Zresztą uczucie jego dla niéj nie miało w sobie tego, co stanowiło treść przeszłych jego miłosnych przywidzeń; dziewicza postać Heleny budziła w nim uwielbienie, cześć głęboką, i razem rodzaj słodkiego rozrzewnienia. W rozmowie z nią czas mu zbiegał szybko i mile; czuł, że z taką kobietą życie musiałoby popłynąć spokojnie i rozkosznie, ozłocone promieniem myśli, ubarwione ciepłem żywego uczucia.
Nie patrzał w przyszłość, bał się wpatrywać w siebie; czuł, że nowe życie napłynęło mu do piersi i stał się młodszym, świeższym, lepszym. I dobrze mu z tém było; a co będzie potém? nie chciał pytać losów. Jakby we mgle przyszłości widział przed sobą ołtarz, a obok siebie, z pierścionkiem żony na palcu, Lolę; a za sobą słyszał mnóztwo głosów, powtarzających: szczęśliwy, szczęśliwy! Ironicznie uśmiechał się do tego obrazu swojéj przyszłości, przywoływał przed wyobraźnią słodką, piękną twarz Heleny — i zapominał o wszystkiém na świecie.
Znowu minął tydzień, i znowu przez długie jego siedm dni Leon dwa razy tylko był u państwa Bogackich, a coraz zimniejszy, coraz bardziéj chmurny. Matka niepokoiła się tém trochę, ale uspakajał ją praktyczny p. R.
A Lola? och! Lola w owym tygodniu nie miała czasu myśléć o narzeczonym i smucić się jego obojętnością... tyle miała pilnego zajęcia! Od rana do wieczora jeździła z matką do magazynów, kupowała suknie, koronki, kapelusze, wstążki, wachlarze; całe godziny spędzała na naradach z modniarkami i krawcami; a gdy usypiała, myśl jéj zapełniały pytania tak dla niéj ważne, jak Hamletowskie: Być, czy nie być? — pytania: jaki kolor materyi stosowniejszy na wizytową suknią: mexyk czy hawanna? w hawannie jest bardziéj do twarzy, ale mexyk modniejszy! Jakie wstążki lepiéj ozdobią czarny axamitny kapelusik: saumon czy sang de boeuf? sang de boeuf ładniejsze, ale saumon bardziéj dystyngowane. Wśród tylu więc trosk i niepewności, kiedyż miała czas myśléć o narzeczonym? przesuwał się on wprawdzie niekiedy przed jéj wyobraźnią, ale niewyraźnie — wśród stubarwnéj mgły przeróżnych materyi, wstążek i szali.
Takie, skupione i pełne poważnych rozmyślań, przygotowanie się do ślubu młodych osób, nazywa się: robieniem wyprawy. Nie uczy ono wprawdzie przyszłéj drogi życia, nie daje zdrowych myśli i serdecznych poczciwych natchnień; ale pocóż te wszystkie mrzonki i próżne exaltacye? Trzeba rzeczy brać poważnie i z praktycznéj strony; a dla Loli i wielu jéj podobnych, w wigilią ślubu, wyprawa jest gruntem, wspierającym wszystkie marzenia i pragnienia. I dziwią się potém ludzie, że życie domowe młodych małżeństw pozornie tylko świeci spokojem, jak dyament fałszywy blaskiem kłamanym; że szczęście ich rozdziera się łatwo, jak przezroczysta koronka! Jaki grunt, taka budowa!
Tymczasem Leon całkiem inaczéj przepędzał czas, niż piękna jego narzeczona. I on także daleki był od niéj sercem; ale gdy ona była coraz lżejszą i bardziéj rozkochaną w błyskotkach, on stawał się coraz poważniejszym, a zarazem — smutniejszym. Tydzień cały, wyłącznie prawie przepędzony z Heleną, dał mu ją poznać zupełnie, dał mu zajrzéć w najskrytsze głębie serca jéj i myśli. I nie dziw, że tak było.
Pod nierozsądną, choć troskliwą opieką, żyjące ciągle kobiety, mają czas wdziewać na siebie maski rozliczne, studyować przed zwierciadłami twarze swoje, aby je oblać takim wyrazem, jaki im w danych okolicznościach najkorzystniejszym być może. Wesołe lub smutne, słodkie lub energiczne, pseudo sawantki lub naiwne, są one takiemi, jakiemi być chcą; nastrajają się do kamertonu instrumentu, na jakim zagrać im przychodzi. Kobieta, żyjąca samoistnie i samodzielnie, dźwigająca ciężar życia, ukazuje się taką, jaką jest; do udawania, do maskowania się, nie ma ani czasu, ani sił, bo je obracać musi na stworzenie sobie warunków istnienia, o których nikt za nią nie myśli. Życie jéj już jest czynem, przedstawiającym ją w rzeczywistém świetle; ono samo rękojmią i świadectwem jéj wewnętrznéj istoty.
Helena miała naturę przezroczystą, do któréj głębi zajrzéć było można, jak do wnętrza kryształowego odłamu. W każdém słowie jéj, w spojrzeniu, w uśmiechu była prawda, drgało tętno wewnętrznego życia.
Raz wśród rozmowy, Leon, jakby wiedziony zażyłém lekceważeniem, do którego upoważniły go niejako spotykane przez niego kobiety, a może ciekawością, kryjącą głębszy, bezpośredni interes, przyczém i wspomnienie podsłuchanéj na koncercie rozmowy przyszło mu do pamięci — zapytał się Heleny:
— Czy nigdy pani nie kochałaś?
Spojrzała na niego długiém spojrzeniem swoich ciemnych oczu i odpowiedziała z prostotą, tym dowodem niewinnéj ufności:
— Nigdy. Kiedym miała rodziców, byłam zamłoda na to, zanadto marząca jeszcze; uczyłam się, i miłość znałam tylko z książek, jakie czytałam, i z nieokreślonych przeczuć serca. Potém musiałam ciągle pracować, więc nie miałam czasu o tém myśleć — dodała z żartobliwym uśmiechem — i zresztą nie znałam nikogo, oprócz dzieci, które uczyłam, i ich rodziców.
— Więc pani nie wiész, co to jest kochać? — rzekł znowu młody człowiek, któremu słowa, na koncercie posłyszane, uporczywie brzmiały w uszach srebrnym głosem Heleny.
— Nie kochałam nigdy, — odpowiedziała dziewczyna, — ale wyobrażam sobie, że miłość jest to wiara bez granic w człowieka, którego się kocha; jest to rozkosz oparcia się z ufnością na jego ramieniu; jest to związek wszystkich drgnięć serca i myśli z drganiem jego serca i z jego myślą — słowem, jest to szczęście!
Mówiła to zarumieniona, ze spuszczonym wzrokiem; a Leon myślą zapytywał się sam siebie: czy ta kobieta, nieznająca miłości, a przeczuwająca ją tylko, mogła by go kochać takiém uczuciem? Zdawało mu się, że mógłby być tak szczęśliwy, — bo co do niego, to czuł, że wstało w nim pragnienie takiéj miłości, i chwilami zdawało mu się, że niedaleko może ją znaleźć — że ją znalazł już może.
Myślał o tém — i ona coś podobnego myślała, przecież nie powiedzieli sobie tego słowami. Ale ileż jest odbłysków miłości w spojrzeniu, w uśmiechu, w uścisku ręki — dla tych, którzy się kochają, a nie chcą lub nie mogą powiedziéć sobie o tém!
Leon nader troskliwym był dla Heleny lekarzem. Zdawało się, że już odzyskała zdrowie zupełnie, jeśli jeszcze nie siły dawniejsze, on jednak codziennie przychodził i coraz dłużéj przesiadywał. O zdrowiu Heleny nie było już prawie co mówić, o miłości nie mówili; a jakoś czas im schodził, przemieniał się dla nich w rój złotych chwilek. Raz do wychodzącego Leona rzekła Helena:
— W téj tu cichéj samotni niéma nic, coby pana zająć mogło; tu tylko pracować — a wreszcie istne nudy.
— Nie; ja się tu bawię wybornie, bo szczęśliwy jestem — odpowiedział.
Przyniósł jéj raz bukiet kamelii białych. Nic naturalniejszego dla dziewczyny, jak ozdobić włosy kwiatkiem. Helena nie miewała kwiatów zimą — więc zaraz jednę z kamelii we włosy włożyła.
— Pierwszy to raz, — rzekła — od śmierci mojéj matki wplatam kwiat we włosy, ale czynię to dlatego, żeby panu dowieść, że ze zdrowiem i swoboda myśli mi wróciła — dodała z nieopisanym uśmiechem. Wychodząc, Leon prosił ją, aby mu oddała tę kamelją, przeniknioną już tą swobodą myśli, któréj on taką czuje potrzebę. Bez niewdzięczności nie mogła mu tego odmówić; a on téż nie chciał zostać dłużnym, i, w zamian za nadwiędły kwiatek, zostawił pocałowanie na ręce Heleny. — Piérwsze dla niéj... i jeszcze od niego!...
Któżby zdołał pochwytać wszelkie owe drobniuchne objawy wzajemnéj dwojga serc sympatyi? któżby je zdołał przełożyć na wyrazy, o których powiedział poeta że „w ustach wietrzeją — na powietrzu stygną?”
I wyrazami da się coś wypowiedziéć, szczególniéj gdy to coś poprzedzone było owemi objawami sympatyi.
— Życie moje bez celu było i bez barwy, — mówił raz Leon do Heleny, przypominając sobie apatyą, w któréj był przed jéj poznaniem — znudził mię świat i ludzie znudzili. Znajomość z panią nowém światłem oblała dla mię wszystko, co mnie otacza; przyjaźń dla pani ogrzała mi życie.
I mówiąc to, patrzał na nią spojrzeniem, w którém było coś nieskończenie żywszego nad przyjaźń. Oczy także wiele mówić mogą.
— Życie człowieka zacnego i rozumnego, jakim pan jesteś, — odpowiedziała — nie powinno być bez celu i bez barwy. Myśl stwarza cel, wskazując sposoby stania się użytecznym na świecie; serce uczuciem ubarwia i ogrzewa wszystko. Pojmuję cierpienie, bo sama cierpiałam; ale znudzenia nie rozumiem, i dla tego sądzę, że ono u pana było stanem przechodnim tylko.
Leon myślał, że, gdyby z nią był zawsze, w istocie nie nudził-by się nigdy; że za wsparcie męzkiego ramienia, jakie-by dać jéj mógł, ona-by mu dała moralne wsparcie swojéj świeżéj i gorącéj duszy.
I pomyślał, że przecie oboje byli wolni — i mogliby zostać na zawsze razem z sobą.
Ale przypomniał sobie, że jest już narzeczonym innéj; zły jakiś demon szeptał mu, że Helena była biedną i nieznaną dziewczyną. Coby ludzie powiedzieli, coby świat cały powiedział, gdyby on dla niéj porzucił świetną i bogatą pannę Lolę! Ożenić się z Heleną, czuł, że było-by to szczęście i zbawienie dla niego; ale był-by to téż mezalians, była-by to śmieszność, a on się tak bał śmieszności! — i wiedział, co to za straszna hydra. Prawie się nie wahał w postanowieniu pojęcia Loli za żonę; ale nim postanowienie to spełni, dużo jeszcze może wody upłynąć. Jemu nie pilno, pewnie i jéj także — więc poco sobie truć życie przed czasem myślami; lepiéj używać złotych chwil, póki można.
Pewnego dnia jednak szedł ulicą chmurny i gniewny jakoś. Był przed chwilą u państwa Bogackich, rodzice Loli oświadczyli mu, że ślub jego z ich córką ma się odbyć ósmego Stycznia, a że było to ósmego Grudnia, miesiąc więc tylko dzielił go od dnia, w którym wiecznemi węzły złączy się z kobietą, mającą mu dać 500,000 zamiast miłości, i arystokratyczne stosunki zamiast szczęścia domowego. Czuł, że pora było wybierać; pora było rozstać się z Heleną, albo z Lolą. Do piérwszéj ciągnęło go poczciwe i ciepłe uczucie; druga wabiła pewnością dostatku i ulubionego konfortu, i blaskiem wszelkich łechcących próżność błyskotek.
W myślach jego toczyła się walka; stanął na rozstajnych drogach.
Bywają chwile, w których wędrowcy tego świata widzą przed sobą, rozchodzące się ścieżki — czują, że ta, którą wybiorą, ma ich wieść przez całe już życie. I niepewni — stają, patrząc w prawo i w lewo; i tu i tam, jest coś, co ich nęci, jest coś, co ich odtrąca. Szczęśliwy ten, kto wśród dróg rozstajnych potrafi najlepszą sobie wybrać ścieżkę!
Szedł powoli ze schyloną głową i rozmyślał. Chwilami postanawiał porzucić Lolę, ale demon szeptał mu zaraz do ucha: co za głupstwo! robić skandal, łamać dane dobrowolnie słowo, tracić taką świetną partyą! — a gdzież honor? gdzie rozum? coby na to ludzie powiedzieli!
Więc porzucić Helenę? Ależ jemu z nią tak dobrze! ona tak piękna, dobra, myśląca! — I owa struna, która sama jedna została mu po wszystkich zerwanych strunach serca, śpiewała w piersi jego pieśnią cichą: nie wyrzekaj się miłości, nie zrywaj jedynéj nici, która cię zbawić może od ożenienia się z posagiem, a potém od wiekuistego poziewania!... W takich pogrążony myślach, znalazł się przed bramą domu, w którym mieszkała Helena. Zdziwił się, stanął, zawahał się przez chwilę. Wstąpić, czy nie?... choćby ten ostatni raz... Potém szybko postąpił i wszedł na schody.
Helena była dnia tego zupełnie już zdrową. Ubrana w ciemną sukienkę, blada była, jak zwykle, pod koroną swoich czarnych warkoczy, oplatających jéj czoło i spływających na ramiona. Ale w bladości téj był jakiś żywy koloryt, jakby wewnętrznego rozpromienienia. Oczy jéj błyszczały jakby z pod powłoki rozkosznego marzenia; na ustach zawisł uśmiech nadziei.
Z tém marzącém spojrzeniem i słodkim uśmiechem spotkała Leona, podała mu rękę, którą on długo zatrzymał w swéj dłoni, i wymówiła proste: „dzień dobry” głosem, w którym młody człowiek cały świat uczuć dosłyszał.
— Czy szanowny konsyljarz — rzekła po chwili, śmiejąc się swobodnie — pozwoli mi dzisiaj wyjść na miasto?
— Dziś jeszcze nie — odpowiedział Leon, z zachwytem patrząc w jéj twarz. — Dzień jest chmurny i mglisty, wilgoć mogła-by pani zaszkodzić; jeżeli jutro będzie sucho i słońce zaświeci, sam poradzę pani krótką przechadzkę. — Helena spojrzała w okno.
— Prawda — rzekła, — że dziś pochmurno i dżdżysto, a dziwna rzecz — dodała znowu z uśmiechem, — od rana zdawało mi się ciągle, że słońce świeci.
Dnia tego ani przez chwilę słońce nie jaśniało na niebie; ale było ono w sercu dziewczyny, i cały świat wydał się jéj opromienionym i ciepłym.
Po chwili Leon wyszedł z mieszkania Heleny, smutniejszy jeszcze i bardziéj zamyślony, niż był wprzódy. Nigdy nie wydała mu się ona równie powabną i wdzięczną, jak w dniu owym; całą mocą, wszystkiemi władzami swojéj istoty zapragnął jéj. Ale z drugiéj strony stawała mu w myśli Lola, z którą związany już był słowem daném, wobec całego świata. Lola bogata, świetna; zerwanie z nią, ożenienie się z ubogą Heleną, ukazywało mu się w ciemnéj barwie śmieszności i upokorzenia przed tymi, którzy mu dotychczas zazdrościli pomyślności i blasku.
Uczucie z rachubą i próżnością toczyło w nim walkę; szala zwycięztwa przechylała się to na jednę, to na drugą stronę; gniewał się na własną słabość, samym sobą pogardzał. Chwilami coś postanawiał i znowu wpadał w niepewność. Nieszczęśliwy ulubieniec salonów, dziécię zepsute powodzeniem, miękkości życia i cackami; nie miał dość mocy, aby wyrzec się stanowczo: albo kobiéty, którą prawdziwie pokochał, albo cacek, łechcących jego próżność.