Rozstajne drogi/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rozstajne drogi
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Tydzień upłynął. W wyobraźni pana Leona zatarła się blada twarz nieznajoméj kobiety; z myśli jego zniknęło wspomnienie zasłyszanych jéj słów. Na świecie wieczór był ciemny i zimny; śnieg padał, wiatr silny świstał gwałtownie; mnóztwo sań z głuchym lub jasnym odgłosem dzwoneczków mijało się jak błyskawice; na chodnikach, pod światłem rzadkich latarni, ludzie przesuwali się, rysując na murach domów roje niewyraźnych cieni.
Około godziny 10-téj, z mieszkania zawsze rzęsiście oświetlonego państwa Bogackich, wyszło dwóch mężczyzn, otulonych w futra przed zimnem.
— Winszuję ci, Leonie — rzekł jeden z nich, gdy odeszli kilka kroków od bramy — winszuję ci; świetną partyą robisz.
— A to jak? — zapytał doktor.
— No! — odrzekł Ksawery Z. — cały świat wié przecież, że się żenisz z panną Bogacką.
— Oprócz mnie jednego — odpowiedział z uśmiechem Leon.
— Albożeś się nie oświadczył?
— Anim o tém myślał.
— Czy ci się panna nie podoba?
— Podoba mi się tak, jak wszystkie inne na świecie — rzekł z roztargnieniem, jakby o czém inném myśląc, młody człowiek.
— Otóż powiem ci, mój drogi, to, co wiem o tém; wczoraj u państwa S. spotkałem pana R., jak ci wiadomo, wuja panny Loli. Wiedząc zapewnie, iż jestem twoim kolegą i przyjacielem, począł się niezmiernie szeroko rozwodzić przede mną o twoich zaletach. „Rzadki chłopiec — mówił — co za rozum, jakie znalezienie się, jaka sztuka i umiejętność życia i zdobywania sobie pozycyi!” A po tém wszystkiém dodał: „gdybym miał córkę jedynaczkę, milionową, oddał-bym mu ją z radością”. Ja, niby w kształcie zarzutu, a w istocie dla lepszego wybadania go, rzekłem: iż nie jesteś bogaty, iż byt zdobywasz sobie lekarskim zawodem. Pan R. oburzył się na to. Co to niebogaty! — zawołał — ale będzie bogaty, niezawodnie będzie! Karyera go nie minie, przed nim jest przyszłość, a on ją sobie zdobędzie. Słuchaj, panie Ksawery — dodał — dziś młodzieży mało; panny więdną, jak róże w jesieni, obficie ręką bożą zasiane; taki chłopak, to rzadkość prawdziwa, i mówię ci: że gdybym miał córkę, z radością bym mu ją oddał, a takie jest o nim zdanie wszystkich rodziców dorosłych panien. A samych panien? — spytałem. — No, no — rozśmiał się p. R. — alboż nie wiész, że ten szczęśliwiec ma u kobiet powodzenie, jakby Don Juan jaki. Panny szaleją za nim. — Na tém skończyła się rozmowa, na któréj przekazanie, tobie p. R. wyraźnie obrał mię za narzędzie. Ja zaś czułem się w obowiązku wiernie ci ją powtórzyć, a teraz rób, jak chcesz, i buona notte!
To mówiąc, pan Ksawery podał rękę Leonowi i wszedł do domu, w którym miał przepędzić resztę wieczoru, a młody doktor poszedł daléj. Szedł i myślał o tém, co mu powiedział pan Ksawery. Widział przed sobą możność świetnego ożenienia się, któremu, prócz znacznego posagu i licznych w wysokiéj sferze stosunków, przynieść jeszcze mogło pewną zmianę w życiu, pewną przerwę w jednostajności nudnéj i bezmyślnéj, któréj ciężar czuł mimowoli i co chwila. Lola była piękną; była typem i wzorem kobiety, umiejącéj postawić dom przyszłego męża na arystokratycznéj i niezmiernie dystyngowanéj stopie; mogącéj pięknością i dowcipem błyszczéć nawet między najświetniejszemi. Leon miał lat 28, a kto wié, czy się nie mogło zmienić w przyszłości szczęście jego w zyskiwaniu serc kobiecych, i potém nigdy już może nie przedstawi się mu sposobność do tak świetnego maryażu. Wprawdzie nie czuł on do panny Bogackiej żadnego pociągu serca, ale mógł-że go czuć do kogokolwiek? Ot tak dawna wszystkie kobiety obojętne mu były i sądził, że również spokojnie a obojętnie poszedł-by do ołtarza z panną Maryą, Zofią, Klementyną i t. d., jak z panną Lolą, gdyby posiadały również korzystne warunki majątku, urodzenia i światowej ogłady.
— Ha, więc ożenię się — szepnął do siebie w końcu tych wszystkich rozmyślań — trzeba się jutro oświadczyć, a potém zapalę pochodnią hymenu.
I uśmiechnął się ironicznym uśmiechem, takim, jaki od pewnego czasu najczęściéj mu osiadał na ustach. Ale w téj saméj chwili, przez dziwny jakiś kaprys wyobraźni, błysnęła mu przed oczyma blada twarz nieznajoméj kobiety, ujrzanéj przed tygodniem na koncercie, i w myśli ozwały się słowa, wymówione jéj miękkim i srebrnym głosem: „Duet życia, zaśpiewany dwoma zgodnemi głosami”. Zdziwił się niepomału p. Leon temu niespodzianemu przypomnieniu i znowu uśmiechnął się, ale tym razem nie ironicznie, lecz smutno jakoś. W piersi jego znowu zadrgała struna milcząca, w głębi błysnęła iskierka, śpiąca pod popiołem.
Gdy tak rozmyślał, idąc bez celu, minął Krakowskie-Przedmieście i wszedł na Św. Krzyzką ulicę. Przed nim szła kobieta; szła spokojna, poważna i śmiała, pewne kroki stawiając na ślizkim chodniku i zręcznie omijając tłoczących się przechodniów. Leon nie zważał na nią; zanadto zajęty był swemi myślami, aby cokolwiek wkoło siebie widziéć. Ale gdy doszedł środka ulicy Św. Krzyzkiéj, zapytał siebie, dokąd idzie i pomyślał o koledze, który zaprosił go na ten wieczór do siebie. Przyśpieszył więc kroku, a że chodnik w tém miejscu był wązki, spostrzegł, iż musi minąć idącą przed nim kobietę. Zszedł trochę na stronę i gdy się obok niej znalazł, mimowoli, machinalnie na nią spojrzał.
Byli wtedy pod oknami bogatego magazynu; światło gazu spłynęło na kobietę, ukazując czarny kapelusik z popielatém piórkiém i profil bladéj, zamyślonéj twarzy, z łagodnemi usty i dużemi, w zadumie spuszczonemi oczyma.
Leon drgnął lekko; zdało mu się, że serce jego silniéj uderzyło; poznał swoję nieznajomą na koncercie sąsiadkę. Nie wyprzedził już kobiety, cofnął się o parę kroków i szedł za nią i patrzał na postać jéj spokojną i poważną, na chód jéj lekki, pewny, zgrabny, i uczuł, że przypatrywanie się to przyjemność mu sprawiało. Kto ona jest? — myślał. — O tej porze sama jedna idzie ulicą! I znowu ironiczny uśmiech przebiegł mu usta; snadź myśl jakaś niezbyt jasna pojawiła mu się w głowie. Nie, to być nie może! — odpowiedział sam téj tajemnéj myśli swojéj — ona nie wygląda na to! I rzeczywiście, choć nieznajoma szła przez ulicę w spóźnionéj porze, sama jedna; w postaci jéj i kroku była powaga i spokój królowéj, a z bladego profilu jéj twarzy zdawał się strzelać jakiś nieokreślony promień świętości i czystéj, głębokiéj zadumy.
Tak szli jedno za drugiém; wiatr coraz się wzmagał, śnieg sypał mgłą gęstą, a sanie jak szalone przelatywały z szumem i dzwonkami. Niekiedy, gdy płonące gazem okna magazynów rozświecały postać kobiety, Leon dostrzegał grube, czarne warkocze, wymykające się z pod kapelusza i lśniące pod lamp promieniem. Parę razy śpieszący w swoję drogę i nieuważni przechodnie silnie ją potrącili, tak, że zachwiała się i musiała zatrzymać na chwilę, ale szybko odzyskiwała równowagę i znowu szła daléj spokojnie, a śmiało. Leona ogarniała jakaś złość na owych ludzi nierozważnych, biegnących przed siebie na oślep i nieumniejących poszanować słabości kobiety, bez wsparcia idącéj ciasnym i ślizkim chodnikiem. Poczuł, że z radością podał-by jéj swe ramię, gdyby miał do tego prawo; poczuł, że z rozkoszą było-by dla niego silnego zaopiekować się silną może duchem, ale zawsze słabą ciałem, a tak jakoś dziwnie zajmującą, dziwnie uroczą istotą.
I po raz piérwszy oddawna zapragnął w dłoń swoję ująć rękę kobiety.
Naprzeciw Szkolnéj ulicy nieznajoma stanęła i, oglądając się, czekała, aby ustał cokolwiek ruch przejeżdżających, wyraźnie chcąc przejść na przeciwny chodnik. Leon usunął się w cień i stanął także. Wybrawszy chwilę, w któréj nie widać było żadnych pędzących sań, kobieta zeszła z chodnika i jednostajnym, spokojnym krokiem, przechodziła wszerz ulicę. Ale zaledwie doszła jéj środka, gdy z bocznéj ulicy wybiegły sanie, pędzące z całą gwałtownością pary spienionych koni i biegły prosto na nią. Woźnica wołał: na bok! ona chciała szybko przebiedz, ale poślizgnęła się, pochyliła i uklękła. Woźnica wołał natarczywym głosem, lecz nie wstrzymywał nadbiegających koni.
Leon krzyknął; jednym skokiem stanął obok kobiety, objął ją wpół silném ramieniem i, gdy sanie były już o parę kroków, cofnął ją i wniósł prawie na chodnik.
Nieznajoma była bardzo blada, zdawało się, że drżała trochę; przez chwilę stała, jakby zbierając myśli, aż zwróciła się do młodego człowieka i głosem, który tak dźwięcznie i słodko brzmiał w jego uszach, rzekła: dziękuję panu! Leon się skłonił, lecz nie znalazł słowa odpowiedzi; on, taki śmiały i dowcipny w salonach, bał się rozpoczęciem rozmowy obrazić nieznajomą kobietę.
Odeszła, ale nie tym pewnym i spokojnym krokiem, jakim szła pierwéj; wyraźnie chwiała się i poślizgnęła nawet parę razy. Leon patrzał za odchodzącą, wahał się, co ma zrobić; wreszcie, jakby powziąwszy postanowienie, przyśpieszył kroku, stanął obok niéj i rzekł:
— Przepraszam panią za śmiałość moję! nieznajomy, nie odważył-bym się nigdy przemówić do niéj, lecz widzę, żeś pani przestraszona wypadkiem; ślizko jest, sań mnóztwo jedzie ciągle i drugi podobny może się zdarzyć. Pozwól pani podać sobie rękę.
W głosie jego było tak głębokie uszanowanie, taka prawda i szczerość jakaś serdeczna, że kobieta stanęła. Spojrzeli na siebie pod światłem latarni. Ona podniosła na niego pełne dobroci, a zarazem jakiéjś poważnej, spokojnéj godności spojrzenie; on patrzał na nią z zajęciem i głębokim szacunkiem. Przyjęła ramię, które jéj podawał, i przez chwilę szli, milcząc.
— Wyratowałeś mię pan od śmierci, winnam panu wdzięczność — zadźwięczał miękki, srebrny głos nieznajoméj.
Leon przez wrodzoną delikatność i znajomość świata czuł, że każde grzeczne słowo, jakie-by jéj powiedział, było-by w położeniu, w którém znajdowali się, obrazą i niegrzecznością.
— Przykro pani być musi — rzekł po krótkiém milczeniu — przechodzić ulicę w tak złą pogodę i saméj jednéj.
— Jest to koniecznością dla kobiety, niemającéj ramienia, na którém-by się mogła wesprzéć w wędrówce przez życie i przez miasto — dodała ze smutnym uśmiechem.
— Pani nie masz rodziny? — nieśmiało spytał Leon.
— Matka moja umarła przed dwoma laty. Ojciec daleko ode mnie, rodzeństwa nie mam, jestem sama.
Mówiła to cicho i smutno, a gdy wymawiała ostatni wyraz, głos jéj był jakiś łzawy.
W tej chwili stanęli u bramy wysokiego domu.
Kobieta podała rękę Leonowi i rzekła:
— Raz jeszcze dziękuję panu, bardzo dziękuję!
— Pani tu mieszka? — spytał młody człowiek, dotykając jéj palców i chcąc choćby na chwilę przedłużyć rozmowę.
— Tutaj — odpowiedziała i zniknęła w bramie.
Leon stał pod bramą zamyślony, jakby smutny; zdawało mu się, że w jego piersi odzywa się głos jakiś nowy, a raczéj od dawna znany, ale zapomniany; czuł na ręku dotknięcie palców nieznajoméj, a w uszach mu brzmiał miękkim i łzawym dźwiękiem, wymówiony wyraz: „Jestem sama!”
Spojrzał w górę. Po-nad rzędami ciemnych okien wysokiego domu, w okienku na facyatce, drgnęło światełko i zapłonęło w mroku jak blada gwiazdka. Młody człowiek patrzał na nie przez chwilę i na tle drobnych szyb ujrzał postać i profil kobiety.
Dlaczego ona stanęła u okna? Czy smutném okiem wpatrywała się w szare i zasępione, jak jéj dola, niebo? czy myślą ścigała młodego człowieka, który jéj podał męzkie ramię wsparcia, w chwili przestrachu i upadku?