Rozstajne drogi/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Rozstajne drogi
Data wydania 1886
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Nazajutrz był wielki wieczór u państwa Bogackich. W salonie, wrzącym rozmową i muzyką fortepianu, pan Leon siedział obok panny Loli. Piękna dziewczyna, ubrana w białą kaszmirową suknią, trzymała w rączce, ociągniętéj jasną rękawiczką, połyskującéj kosztowną bransoletą, wonny wachlarz, a oczyma, pełnemi wabnego wyrazu, patrzała na młodego doktora.
On był jakoś roztargniony dnia tego i mniéj dowcipny, i mniéj swobodny, niż zwykle; chwilami lekkie chmury przebiegały mu czoło, a wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń, jakby myślą gonił za czémś dalekiém, dalekiém.
— Zajęty mną najpewniéj! — myślała panna Bogacka.
— Zakochany w Loli! — szeptała jéj matka do swego brata, pana R., owego wielbiciela Leona, o którym mówił Ksawery.
— Oświadczy się dziś pewnie — odszepnął wuj Loli.
— Szczęśliwiec z tego Leona! — mówił w drugim końcu salonu Henryk W., wielbiciel panny Loli, do dwóch towarzyszy, i wszyscy zwrócili spojrzenia na piękną parę. — Szczęśliwiec! — powtórzył Henryk — weźmie pannę, jak swoję, piękną i bogatą. W czépku się urodził!
— Pewno się oświadcza teraz, bo żywo rozmawiają z sobą — zauważył jeden z młodych ludzi.
W téj chwili Leon pytał Loli:
— Czy znasz pani jaką młodą osobę, imieniem Helena?
Piękna panna ze zdziwieniem spojrzała na niego i rzekła:
— Znam i niejednę: hrabianka W., panna R., panna Z. i moja starsza siostra nosi to imię.
— Ale czy nie znasz pani jakiéj biednéj panny, albo pani, z takiém imieniem?
— Żadnej biednéj panny ani pani nie znam — odrzekła Lola z niezadowoleniem, bo wolała-by inny zwrot nadać rozmowie. — Ale cóż to imię ma dla pana tak bardzo zajmującego? — dodała z uśmiechem.
— Tak, lubię to imię — odpowiedział młody człowiek i, jakby znudzony rozmową, wstał i odszedł.
Lola, zarumieniona od gniewu i żalu, że rozmowa, na któréj spodziewała się usłyszéć ostateczne wyznanie czułych sentymentów powabnego doktora, tak prędko się skończyła, wstała także i przeszła do kółka gwarzących towarzyszek.
W drugim pokoju pan Ksawery pochwycił ramię Leona.
— Cóż, oświadczyłeś się? — zapytał żywo.
— Jeszcze nie — odpowiedział.
— A oświadczaj-że się, nareszcie, mój drogi! — zawołał przyjaciel. — Słowo honoru, nie rozumiem cię: szczęście do rąk ci lézie, a ty korzystać nie umiész.
— Ksawery prawdę mówi — rzeki p. Józef N., stryjeczny brat doktora, kładąc rękę na jego ramieniu. — Pora ci już się ożenić, a równie pięknéj sposobności chyba nigdy już nie znajdziesz.
— A toście się uwzięli na mnie! — rzekł z tłumioném ziewnięciem i ironicznym uśmiechem Leon. — No, oświadczę się, oświadczę, bo i sam o tém myślę, ale nie dziś jeszcze.
— Dlaczegoż nie dziś? — zawołali towarzysze.
— Ot tak, nie mam ochoty... spać mi się chce; dobranoc.
I, wziąwszy kapelusz, nie pożegnał nikogo i wyszedł.
Po kilku chwilach znalazł się na Szkolnéj ulicy pod bramą, do któréj wczoraj weszła nieznajoma.
Stróż domu zamiatał śnieg z chodnika.
— Słuchaj, mój drogi — rzekł lowelas warszawski, zbliżywszy się do zajętego pracą człowieka — bądź łaskaw, powiedz mi, kto mieszka tam na facyatce? — i wskazał ręką na błyszczące w górze bladawém światełkiem okno.
Stróż oparł narzędzie swoje o ziemię, spojrzał na pytającego, spojrzał potém na okienko i odpowiedział:
— A no, panna Helena.
— Ale jak się panna Helena nazywa? — spytał znów Leon.
— A kto tam, proszę pana, wié, jakie jéj przezwisko. Ludziska ją nazywają panną Heleną, przez niczego; a już bez dwa lata jak tutaj mieszka. Pono to biedactwo rodziców nie ma, a takie to dobre i miłe, jakby jaka święta, proszę pana.
— A biedna ona bardzo? — spytał się młody człowiek.
— A zwyczajnie, proszę pana, jak sierota. Żona moja chodzi tam do niéj, to powiada, że czasami biedactwo takie smutne i takie spracowane, że ci żal patrzéć. Dyć to jeszcze dziecina.
Po tych słowach, stróż poprawił czapkę i wziął się do roboty, a Leon, wsunąwszy pieniądz w jego rękę, odszedł.
Odszedł kilka kroków i obejrzał się, i spojrzał w górę. Jakaś nieokreślona siła ciągnęła wzrok jego ku temu okienku, które bladém światełkiem, przyćmioném zamarzłemi szybami, jakby smutne, załzawione oko, zdawało się patrzéć na niego.
Przyszedłszy do swego mieszkania, młody doktor długo chodził po pięknym gabinecie; w myśli jego nieustannie stawały obok siebie dwie postacie: panny Loli Bogackiéj i nieznajoméj bladéj kobiety. Ironiczny uśmiech przesuwał się ciągle po jego ustach, ale niekiedy i zmarszczka jakby głębokiego zniechęcenia zsuwała mu brwi i rysowała czoło.
— Co za głupstwo! — zawołał nareszcie do siebie, rzucając się na miękką kozetkę — nie myślałem, żebym mógł być takim nierozsądnym marzycielem. I cóż mię ta kobieta obchodzi? Czemu myślę o niéj? Jakaś biedna i kto wié jaka dziewczyna! A tu, dobrze mówią Ksawery i Józef, że szczęście mi do rąk idzie. Lola piękna, bogata i świetnie wychowana; ożenienie się z nią może nadzwyczajnie podnieść moję towarzyską pozycyą i ułatwić mi dalszą karyerę. Jutro oświadczę się; wiem, że będę przyjęty.
To mówiąc, położył się na kozetce i zapalił cygaro, ale tak był zamyślony, że mu zgasło niezadługo.
— Mogłoż-by to być prawdą — szepnął znowu do siebie — to, o czém mówią mi marzyciele, z których zawsze się śmiałem, iż są na ziemi niewidzialne nici, pociągające dwoje ludzi ku sobie tak, że gdy się je zrywa, pęka w piersi z bólem struna żywota?
Byłoż-by to prawdą, że twarz, oblana wyrazem uczucia i myśli, że kilka słów, wyrzeczonych srebrnym dźwiękiem, grających tętnami młodości i ciepła, mogą wzbudzić miłość w sercu, nawet w sercu wyziębłém?
Miłość! ha, ha, ha, to zjawisko fizyologiczne, to fakt czysto naturalny, dwie siły, pociągające się wzajemnie w moc prawa przyrody. Głupcy ci, którzy dociekają jéj esencyi. Alfa i Omega tego magicznego słowa jest użycie. Jaką tu rolę gra myśl i to, co marzyciele zwą duchem? Żadnéj! Widzisz kobietę piękną, a więc kochasz; myśl zaś schowaj do dyssertacyi z uczonymi i do czytania książek. A jednak, mówił znowu po chwili milczenia, dlaczego ona mię tak zajęła? dla czego dwa razy szedłem za nią i dziś stałem u jéj bramy i patrzałem na jéj okno? Przyznać muszę, że nie jest klasycznie piękną; Lola ma i wzrost okazalszy, i nosek zgrabniejszy, i usta świeższe. A przecież co za różnica między wpływem, jaki te dwie kobiety wywierają na mnie! Każde słowo tamtéj pamiętam, każdy odcień jéj bladéj i wyraźnie zmęczonéj twarzy zdaję się widzieć. Jak ona mówiła ten wyraz: jestem sama! łzy były w jéj głosie, biedna!
Pochylił głowę młody doktor i myślą pobiegł w przeszłość swoję. I znów stanęły przed nim młodzieńcze lata, świeże, niepokalane, pełne pragnień i wiary; a przy wspomnieniach tych, westchnienie ciężkie, bolesne, westchnienie po utraconym świętym ogniu młodości, wydarło mu się z piersi.
Gdy usypiał, uśmiech szyderstwa z własnych poczuć miał na ustach, a w głowie myśl: jutro oświadczę się Loli.