Rozmowa z dziwakiem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Mieczysław Braun
Tytuł Rozmowa z dziwakiem
Wydawca „Nasz Przegląd”
Data wydania 1 października 1938
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron

MIECZYSŁAW BRAUNCZARNE I BIAŁE.
ROZMOWA Z DZIWAKIEM
Wszedłem do kawiarenki i już od progu ujrzałem jak siedział zgarbiony z gazetą w ręku przy tym samym stoliku, przy którym widywałem go nieraz. Siedział więc sobie ten „sztamgast“ w kąciku, od czasu do czasu podnosił zmęczone oczy od zadrukowanej płachty papieru i patrzał na ulicę przez szybę, bębniąc palcami po marmurowej płycie stolika.

Gdy spostrzegł mnie, zamachał gazetą osadzaną na kiju jak chorągwią.
— Dobrze, że pana widzę, zawołał, muszę z panem porozmawiać.
— Niestety nie mam czasu, odparłem tonem mało zachęcającym, ale jutro tu wpadnę, to pogadamy.
Stały gość spojrzał na mnie ze zdumieniem.
— To nie wie pan, że w tych dniach niczego nie wolno odkładać do jutra? Kto wie, co się stanie jutro? Niech pan siada, sprawa jest bardzo poważna.
Jego twarz wyrażała skupienie. Powoli odłożył gazetę, zapalił papierosa i spojrzał mi przenikliwie w oczy:
— Co pan myśli o tym wszystkim?
— O czym?
— Pan jeszcze pyta „o czym“? ha, ha! — zaśmiał się sztucznie, uderzając ręką w plik gazet, — o tym, co tu piszą, o tym, co się teraz dzieje na świecie. Pytam się więc, co pan sądzi?
— Ciekawe wydarzenia, rzekłem, aby nie wywoływać dyskusji.
— Ciekawe? powtórzył, — cie-ka-we! Właśnie o to chodzi, że zanadto ciekawe. Jak na jedno biedne pokolenie to cokolwiek za wiele tych wydarzeń. Wszyscy wpadliśmy fatalnie, jak by to określić? — Jak śliwka w błoto.
— Kto „my“?
— Pan i ja, i ci, co tam chodzą po ulicy, i ten facet w taksówce, i pasażerowie tego tramwaju.. My, to znaczy wszyscy współcześni. Wybraliśmy sobie paskudną epokę najbardziej nieodpowiedni okres czasu.
— Na co?
— Po prostu na życie. Na spędzenie zwyczajnego spokojnego życia ze zwyczajnymi troskami i kłopotami, przeplatanymi radością i zadowoleniem. My, mieszkańcy Europy z pierwszej połowy XX wieku, znaleźliśmy się w jakimś zatorze historycznym, gdy bez przerwy lecą na głowy wielkie wydarzenia jak belki i cegły z walącego się domu. Zbyt wielka doza wrażeń nie da się strawić i zatruwa nas systematycznie. Obliczyłem, że nasi dziadkowie nie przeżyli nawet jednej tysiącznej cząstki tego, co nam przypadło w udziale. Przedtem był detal, teraz wszystko idzie hurtem. Proszę pomyśleć, co zaszło w świecie w ciągu ostatniego pięciolecia, i czy pięć lat temu jakiemuś filozofowi śniło się, że Europa tak będzie wyglądała jak dziś wygląda?
— Hm, odrzekłem ponuro.
— No, widzi pan. Zna pan wielkich teoretyków ekonomii? Ich teorie naukowe nie są warte funta kłaków. Żaden rozsądny człowiek nie wytłumaczy przy pomocy klasycznej ekonomii na czym opiera się gospodarka państw totalnych, skąd one biorą pieniądze na armaty, samoloty, propagandę zagraniczną. Skąd, pytam się pana?
— Hm, powtórzyłem, oglądając się.
— Z pewnością zauważył pan, ciągnął „sztamgast“, że nawet najwięksi politycy nie potrafią przewidzieć dalszego biegu wypadków bodaj na najkrótszą metę. Trzeba mieć angielską cierpliwość, żeby to wszystko wytrzymać.
Gość spojrzał na mnie tryumfująco i po chwili szepnął:
— Pan milczy, więc rozumiemy się, co? Widzę, że unika pan drastycznych tematów? A czy pan sądzi, że mnie sprawia wielką przyjemność to wieczne babranie się w brudach tak zwanej polityki? Ja jestem kawiarnianym politykiem, może pan powie — zwyczajnym nudziarzem, ale chodzi mi jedynie o życie współczesnego pokolenia, o jego zdrowie i spokój moralny. To są moje troski, proszę pana. Spokój musi być, od tego warunku nigdy nie odstąpię. Bo jak długo można wegetować? Tak długo, dopóki ma się nadzieję na jakąś poprawę, na lepszą, jaśniejszą przyszłość. Europa nie straciła jeszcze resztek nadziei i to jest moje ostatnie pocieszenie. Codziennie rozprawiam o polityce, a właściwie nic mnie ona nie obchodzi...
Szukam tylko spokoju, spokoju na dziś i na jutro, żeby można było popracować i mieć coś do życia. To jest mój cały program. Kto jeszcze jest tego samego zdania?
W tej chwili przeszedł obok naszego stolika jakiś jegomość. Mój rozmówca ucieszył się, podniósł gazetę osadzoną na kiju jak chorągiew i zamachał nią na powitanie.
— Dobrze, że pana widzę, zawołał, muszę z panem porozmawiać.
Wstałem. Po chwili na moim miejscu siedział inny gość. Gdy wychodziłem, kelner uśmiechnął się do mnie dyskretnie, zmrużył lewe oko i mruknął:
— Dziwak, proszę pana, co? My znamy swoich gości. Uszanowanie panu.
Wyszedłem na ulicę. Tłumy sunęły po chodnikach, megafony podawały ostatnie wiadomości. Gazeciarze krzyczeli:
— Extratelegrama!!!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Mieczysław Braun.