Rob-Roy/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  V.
O jak mi miło, kiedy zobaczę,
Którą z Nimf pięknych, ozdób wyspy naszéj,
Jak się skokami rumaka nie straszy,
Śmiało nim zwraca i przez rowy skacze!
Polowanie

W miarę zbliżania się do starożytnéj siedziby mych przodków, powiększało się wzruszenie moje, bo téż i okolica stawała się coraz bardziéj romantyczną. Wolny od natrętnéj towarzysza mego gadatliwości, uważałem z upodobaniem różnicę między poprzednią drogą, a tą, na któréj znajdowałem się teraz. — Strumienie nie snuły się smutno i jakby drzemiąc między trzciną i wierzbami, lecz płynęły z szumem pod cieniem wesołych gajów, już spadając nagle z pochyłości gór, już przerzynając spokojniéj nieco, ale zawsze bystro samotne doliny, które tu i owdzie rozwijały się przed okiem podróżnego, i zdawały się zachęcać, aby w ich cieniu odpoczął. — Góry Czywiot wznosiły przedemną swe poważne czoło: wprawdzie niewidziałem w nich owéj cudownéj rozmaitości urwisk i przepaści, która pierwiastkowe skały odznacza; — lecz wyniosłe, zajmujące przestrzeń okiem nieprzejrzaną i ciągle przybrane w ciemną barwę wrzosu, samym swym ogromem i ponurą postacią silnie działały na wyobraźnią zdolną pojmować wielkość przyrodzenia.
Zamek przodków moich leżał wśród pasma tych gór na wąskiéj dolinie. Majątek ich niegdyś bardzo znaczny, nadwątliły przygody i rozrzutność; mimo to stryj mój uchodził jeszcze za majętnego właściciela, choć jak mi już w drodze powiadano, trwonił wszystko, co miał, na utrzymanie owéj starodawnéj gościnności, którą uważał za nierozdzielną od sławy domu.
Wjechawszy na nieco wyższy pagórek, ujrzałem w oddaleniu Osbaldyston-Hall, ogromny gotycki gmach, otoczony prawie zewsząd dębowym gajem, który przypominał czasy Druidów. Pośpieszałem ku niemu po krętéj i nierównéj drodze; gdy koń mój chociaż strudzony długą podróżą, zaczął strzydz uszami, usłyszawszy goń licznéj psiarni, i odgłos francuskiéj trąby, bez któréj naówczas porządne myśliwstwo obejść się nie mogło. — Niewątpiłem, że to była psiarnia mojego stryja; wstrzymałem więc konia, a nie chcąc się dostać między zgraję myśliwych, postanowiłem oczekiwać w domu na ich powrót, i tam zabrać piérwszą z rodziną moją znajomość. — Lubo o czém innem myślałem, nie byłem nieczuły na przyjemności téj wiejskiéj zabawy, która tyle ma powabów dla prawdziwych swoich czcicieli; z ciekawością więc oczekiwałem ukazania się myśliwych.
Naprzód wymknął się z gęstéj kniei po prawéj stronie doliny, lis zadyszany i już ledwo żywy, — kita spuszczona, boki zapadłe, susy drobne, zapowiadały skon bliski, a kruki unoszące się po nad głową, już czatowały na zdobycz swoją. Przebrnął ruczaj dzielący dolinę i wlókł się ku wąwozowi na drugiéj stronie spadzistych brzegów, gdy wtém cała psiarnia w pełnym gronie wypadła z kniei, a za nią dojeżdżacz i kilku strzelców na koniach. Psy poszły za lisem, myśliwi za psami. — Byli to młodzieńce rośli i silni, na dzielnych koniach, przybrani w zielone kurtki z czerwonemi wyłogami, to jest, jak się dowiedziałem późniéj, w mundur myśliwskiego towarzystwa, którym rządził stary Baron Hildebrand Osbaldyston. To są zapewne moi bracia, pomyślałem sobie: jakież mię czeka spotkanie od tych godnych następców Nemroda? — Lecz nowy widok przerwał moje dumania.
Oczom moim przedstawiła się młoda dama, któréj zachwycającym wdziękom, trudy męskiéj zabawy, nowych powabów, nowego dodawały blasku. Konia jéj czarnego bez odmiany, pokrywała biała jak śniég piana; suknia amazonką zwana i męski kapelusz; składały jéj ubiór do konnéj jazdy, mało jeszcze podówczas znany, a dla mnie zupełnie obcy; — czarne jak heban i długie jéj włosy, pozbywszy się więzów w zapale myśliwskim, igrały z wiatrem. Bieg konia, którym kierowała zręcznie i śmiało, zwolnieć musiał nieco po przykrym gruncie; miałem więc czas przypatrzenia się dokładnie pięknym rysom jéj twarzy i kształtnéj kibici; mijając mię na równiejszym cokolwiek miejscu, popuściła wodze; dziarski rumak dał kilka susów, które mię napełniły obawą, — w okamgnieniu znalazłem się przy jéj boku, ale pomoc moja nie była potrzebną. Piękna amazonka potrafiła wstrzymać swojego wierzchowca, nieokazawszy najmniejszego wzruszenia; podziękowała mi jednak za troskliwość moją wdzięcznym uśmiechem, który mię ośmielił towarzyszyć w dalszéj drodze. — Wkrótce chrapliwy dźwięk francuskiéj trąby i wołanie na ubitego, oznajmiły nam, że nie mamy się po co śpieszyć, i że już po polowaniu. Jeden z młodych myśliwych, których niedawno widziałem, wracał ku nam powiewając lisią kitą, jakby na przekór pięknéj mojéj towarzyszce.
— Widzę, widzę, — rzekła, — ale nie cieszcie się tak bardzo: gdyby Febus (dodała głaszcząc swego konia), nie uniósł mię między te parowy, ręczę, iżbyście nie mieli z czego tryumfować.
Przybliżyła się do myśliwego, i zaczęli z sobą rozmawiać pocichu, spoglądając na mnie; — zdawało mi się, że piérwsza mocno przedstawiała jakąś prośbę, którą drugi odrzucał uporczywie i prawie z grubiaństwem; nakoniec zniecierpliwiona zawołała:
— Dobrze, dobrze Torncliffie, — kiedy ty niechcesz, to ja muszę; — potém zwracając ku mnie konia, — prosiłam, — rzekła, — tego grzecznego młodzieńca, aby pana zapytał, czyli podróżując w tych stronach, niesłyszeliście o niejakim panu Franku Osbaldyston, krewnym naszym, który miał w tych dniach odwiédzić swego stryja.
Uradowany tém zapytaniem, powiedziałem kto jestem.
— Jeżeli tak, — rzekła, — ponieważ grzeczność mego towarzysza, jak się zdaje, nierychło się obudzi, niechże mi wolno będzie zostać na ten raz mistrzem ceremonij, i przedstawić wam kuzyna waszego Thorncliffa Osbaldyston, i Dianę Yernon, która także ma zaszczyt być krewną tego nieporównanego młodzieńca.
Śmiałość, dowcip nieco złośliwy, i niewymuszona prostota, objawiały się w słowach Miss Vernon; — podziękowałem jéj za uprzejmość, wyrażając najżywszą radość z tak szczęśliwego spotkania. Wyznaję, że słowa moje zwróciłem jedynie do pięknéj Diany, Thorncliff bowiem wydał mi się niezgrabnym i nieokrzesanym wieśniakiem; — z tém wszystkiém ścisnąwszy mi przyjaźnie rękę, przeprosił, że dłużéj zostać nie może, bo musi pomódz dojeżdżaczowi i braciom psy zesforować.
— Oto jest, — rzekła Miss Vernon, rzucając za nim wzrok pogardy, — król masztalerzy, dowódzca wyścig konnych i kogucich bitew!... ale nielepsza i reszta rodziny.... — Czy znasz pan dzieło Markhama?
— Jakie dzieło pani? — niesłyszałem nawet o tym autorze.
— O nieba! z jakichże pan krain przybywasz? — Nieznać dzieła Markhama, tego prawdziwego Alkoranu dzikich mieszkańców, z któremi żyć przybywasz? — Markhama, najsławniejszego ze wszystkich, którzy tylko o leczeniu koni pisali?... To zapewne nieznasz i nowszych autorów, jak naprzykład Gibsona, albo Barletta?
— Wyznaję, że żadnego nieznam.
— A! to rzecz niepojęta! — odrodziłeś się jak widzę od naszéj rodziny panie Franku! — To więc próżno i pytać, czy umiesz osiodłać, albo okuć konia.
— Co do tego, spuszczam się zupełnie na kowala i masztalerza.
— Jakżeż pan jesteś zaniedbany! — Umiesz-że przynajmniéj zamawiać robaki, obcinać psom uszy, układać sokoły, albo...
— Zlituj się pani! zkądżebym mógł nabyć tylu, i tak rzadkich talentów.
— Więc cóż pan umiesz? — powiédz.
— Bardzo mało zapewne! umiem jednak wsiąść na konia, kiedy mi go kto osiodła, i puścić sokoła za kuropatwą, gdy już go mam na ręku.
— Przecież! — rzekła Miss Vernon ruszając naprzód galopem.
Zbliżaliśmy się właśnie do płotu, który przegradzał drogę: ciężkie i niezgrabne wrota były zamknięte; chciałem je otworzyć, ale — Miss Vernon wyprzedziła mię i w oka mgnieniu ujrzałem ją na drugiéj stronie: chociaż koń mój nie był wprawny do skoków, musiałem jednak pójść za jéj przykładem.
— Kiedy tak, — rzekła Diana, — nie tracę o panu nadziei; i z radością widzę, że nie jesteś zupełnie niegodnym swego imienia: ale powiédże mi proszę, co — pana sprowadza do tego więzienia? własna wola, czyli przymus?
Ośmielony poufałością i dobrocią pięknéj mojéj towarzyszki, odpowiedziałem nie tając żywego uczucia, że pobyt mój w Osbaldyston-Hallu choćby nawet najkrótszy, byłby dla mnie nieznośnym, gdyby między mieszkańcami jego nie znajdowała się jedna osoba, któréj towarzystwo, wszystkie przykrości jakie spotkać mogę, sowicie mi wynagrodzi.
— Chcesz pan zapewne mówić o Rashleighu.
— O! nie, — chcę mówić o osobie bliżéj mnie będącéj.
— Możeby przyzwoiciéj było udać żem niezrozumiała tak grzecznego komplementu; ale ja udawać nie umiem, i dygnęłabym wam za to bardzo nisko, gdybym nie była na koniu. — W rzeczy saméj mogę ci powiedziéć otwarcie i szczerze, że oprócz mnie, Reshleigha i starego kapelana, w całym domu nie znajdziesz pan do kogo i słowa przemówić.
— Ale któż jest ten Rashleigh? raczże mię pani objaśnić.
— Rashleigh jest to człowiek, który chce, aby wszyscy byli mu podobni, bo natenczas on byłby takim jak wszyscy; — jest to najmłodszy syn barona Hildebranda, równego wieku z panem, ale nie tak... słowem niepodobny do pana. — Natura obdarzyła go dowcipem, a stary kapelan nauką: u nas gdzie o mędrców trudno, uchodzi za mędrca. Sposobił się dotąd na duchownego, ale dziś zdaje mi się, że nie bardzo tęskni do sutanny; — zresztą rzadko znaléźć równie przyjemnego człowieka — przyznacie to sami; ale na jak długo? — nie wiem, — zawróciłby niezawodnie głowę każdéj kobiecie pozbawionéj wzroku; szczęściem iż oczy niszczą w jednéj chwili urok niebezpieczny dla ucha. — Ale owóż i dziedziniec starego gmachu, którego postać ponura i dzika odpowiada przewybornie postaci mieszkańców. — Masz pan wiedzieć, że tu nie ma zwyczaju trawić godzin przy gotowani; muszę jednak coprędzéj zrzucić ten strój, żeby nie umrzeć z gorąca; — kapelusz ciśnie mi czoło, — dodała zdejmując go z głowy i odgarniając bieluchną rączką gęste hebanowe pukle, które nadobną jéj twarz i bystre czarne oko przykryły; poruszenie to tak naturalne, tak obojętne, — niepodobna było uważać za płochą zalotność; niemogłem więc przeniéść na sobie, żebym jéj niepowiedział, — iż sądząc o reszcie rodziny z tego, co miałem szczęście ujrzéć, widzę, że prawdziwie nikt w tym domu niema potrzeby trawić godzin przy gotowalni.
— Jest to bardzo grzecznie, — rzekła miss Vernon, — bo i teraz możebym niepowinna pana zrozumiéć; — lecz gdy ujrzysz owych niedźwiadków, którzy towarzystwo pańskie składać mają, i którym żadna sztuka nie przyda już wdzięków, przekonasz się natenczas, że niedbałość o ubiór, jaka u nas panuje, z innego względu przebaczoną być winna. — Ale za kilka minut odezwie się chrapliwym dźwiękiem nasz obiadowy dzwonek: mówią, że podczas wylądowania Wilhelma zdobywcy, sam zadzwonił i pękł, a stryj mój szanując te pamiątkę, nie każe go naprawiać. — Ponieważ więc obiad już jest tak blizko, zechciej-że pan na wzór prawego rycerza potrzymać mi konia, póki jeden z giermków moich nie przyjdzie go wyręczyć.
Rzuciła mi cugle, tak jakby mnie znała od dzieciństwa, zeskoczyła z konia, i wbiegła przez drzwi boczne do domu, zostawiwszy mię, jakby odurzonego swoją pięknością i tém ledwie nie zanadto otwartém postępowaniem, które w owym czasie (kiedy prawidła towarzyskiego życia, biorące swój początek u dworu wielkiego monarchy Ludwika XIV, wymagały od płci pięknéj najściślejszéj skromności), tém dziwniejszém wydawać się musiało.
Siedząc pośród dziedzińca na jednym koniu, a drugiego trzymając w ręku, długo nie wiedziałem co mam począć. Budowa zamku nie tak zajmująca, mojéj uwagi ściągnąć nie mogła; każdy bok tego czworościanu był odmiennéj architektury; a wąskie i kratą obwarowane okna, wyskakujące tu i owdzie wieżyczki i ciężkie kamienne ozdoby, czyniły go podobnym do klasztoru, albo do jednego z najstarszych gmachów akademii Oksfordzkiéj. — Wołałem na służących, ale napróżno; kiedy niekiedy tylko ukazywały się z okien na chwilę męskie i kobiéce głowy, jakby żartując z mego położenia: nareszcie wybawił mię powrót myśliwych; uprosiłem jednego z nich, aby konie odebrał, drugi pokazał mi drogę do pokoju barona Hildebranda, ale tak chętnie, jak wieśniak, co chcąc niechcąc musi służyć za przewodnika nieprzyjacielskiemu patrolowi; — ja z równą usilnością jak patrol musiałem go pilnować, aby mię nieopuścił wśród labiryntu niskich i ciemnych kurytarzy, wiodących do pokoju, w którym miałem ujrzéć mojego stryja.
Weszliśmy nakoniec do obszernéj sali, mającéj wysokie sklepienie i kamienną posadzkę: środek jéj zajmowały ogromne i raz na zawsze ustawione dębowe stoły, przykryte jak do obiadu. — Poważny ten przybytek gościnności, dawnéj rodziny Osbaldystonów, świadczył razem o jéj myśliwskich dziełach — ściany okrywało mnóstwo jelenich rogów, skór borsuków, wydr, lisów i innych zwierząt; — między szczątkami staréj brni, niegdyś używanéj może przeciwko Szkotom, wisiały narzędzia mniéj srogich wojen; oszczepy, łuki, siecie, wędy i t. d. Kilka starych obrazów zakopconych dymem i nakrapianych błyszczącemi plamami marcowego piwa, przedstawiało czcigodne oblicza sławnych dam i kawalerów; piérwsze trzymając w ręku róże, spoglądały na nie z wdzięcznym uśmiéchem; drugim iskrzyły się groźne oczy między gęstą jak las peruką i brodą.
Zaledwo zdołałem spojrzeć na te wszystkie dziwy, gdy dwunastu służących w błękitnéj liberyi weszło do sali z wielkim pędem i hałasem; — jedni rzucali na ogień ogromne szczapy, które więcéj buchały dymem, jak płomieniem ku przestronnéj czeluści komina, pokrytéj szerokim kapturem, wśród którego jakiś Nortumberlandzki Fidyjasz wyrżnął rodzinne herby na kamieniu niegdyś czerwonym, lecz natenczas zupełnie zaczernionym sadzą; — drudzy wnosili dymiące się półmiski porządnie obładowane; — inni rozstawiali kielichy, flasze, butle i gąsiory. Jeden drugiego popychał, ten temu rozkazywał; pełno hałasu, a usługi mało. — Nakoniec, kiedy już przecie wszystko przygotowano do obiadu, szczekanie mnóstwa psów, trzaskanie harapów, donośne głosy kilkunastu osób, stuk grubo podkutych butów stąpających po kamiennéj posadzce, zwiastowały przybycie panów. — W miarę jak się zbliżali, wzrastał nieład między służącemi: jedni wołali prędzéj, drudzy pomału! ci szykowali się we dwa rzędy przed nadchodzącym panem i paniczami, tamci latali niewiedziéć po co naokoło stołu; jedni krzyczeli, że już czas drzwi otworzyć, drudzy, że jeszcze nie czas; nakoniec rozwarły się podwoje, i wpadło razem do sali bez ładu i porządku, ośmiu psów, doktór, kapelan, mój stryj i sześciu jego synów.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.