Rob-Roy/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROB-ROY.

ROZDZIAŁ  I.
Nie mam już synów, tego nawet tracę!
Czemże zgrzészyłem jaka moja wina?
Jakiémże temu przekleństwem odpłacę,
Kto tak odmienił, kto mi zepsuł syna!
Pan Tomasz.

Tyle razy prosiłeś mię kochany przyjacielu, abym korzystając ze swobody, jaką mi Opatrzność przy schyłku życia udzielić raczyła, skréślił obraz wydarzeń, które początek jego oznaczyły. Pamięć tych, jak nazywasz awantur, zostawiła na umyśle moim razem przyjemne i dotkliwe wrażenie, łączy się z niemi uczucie żywéj wdzięczności i czci ku Najwyższéj ludzkie losy ważącéj Istocie, któréj dobroczynna ręka przeprowadziła młodość moją pośród tylu przygód i niebezpieczeństw, jakby dla tego właśnie, abym mocniéj czuć i cenić umiał spokojność i szczęście, któremi mię w starości obdarza.
Poświęcając drugiemu ja moje pamiętniki, tę miedzy innemi odnoszę korzyść, że mogę opuścić wiele niepotrzebnych szczegółów, które zupełnie mi obcym wyłuszczaćbym musiał, tobie zaś opowiem tylko te, co albo nie były ci dokładnie znane, albo zatarły się w pamięci, a które przecież są niejako kamieniem węgielnym mego losu.
Zapewne przypominasz sobie ojca mego; jako syn jego wspólnika w handlu, znałeś go w twojém dzieciństwie: lecz znałeś wtenczas, kiedy wiek i niedołężności wiekowi właściwe, nie dozwalały mu już oddawać się handlowym widokom z tym zapałem, który stanowił główną cechę jego charakteru. Byłby może szczęśliwszym, lubo mniéj bogatym, gdyby był zwrócił ku naukom tę niezmordowaną czynność i bystrość objęcia, które handlowi wyłącznie poświęcił; pojmuję jednak, że nietylko żądza bogactw przywiązuje doń śmiałych i przedsiębiorczych ludzi. — Ten który się puszcza na to burzliwe morze, łączyć powinien zręczność z nieustraszoném męztwem żeglarza; a jednak i przy tych przymiotach zginąć może, jeśli przyjazny powiew losu nie wprowadzi go do portu. To połączenie potrzebnéj przezorności i nieuniknionego trafu, ta przykra i ciągła niepewność, na którą stronę padnie zwycięstwo w walce ludzkiéj rachuby z wyrokami losu, zajmując nieustannie duszę, dają jéj razem bodziec rozwinięcia całéj swéj zdolności i władzy. — Słusznie przeto powiedziéćby można, że handel przedstawia te same co i gra powaby, nieulegając przecież moralnéj klątwie, jaka sprawiedliwie ściga tych, którzy w grze tylko losu szukają.
W pierwszych latach ośmnastego wieku, kiedy właśnie kończyłem rok dwudziesty, nagły rozkaz ojca mego odwołał mię z Bordo do Londynu; nie zapomnę nigdy piérwszego z nim spotkania. — Wiész jak zwięźle i sucho wyrażał swoją wolę. Zdaje mi się, że mam jeszcze przed oczyma ową postawę prostą, chód prędki i śmiały, wejrzenie żywe i przenikające, twarz, którą trudy zawcześnie poorały zmarszczkami. Zdaje mi się, że słyszę głos, który nigdy nie wydał próżnego słowa, a objawiał niekiedy ostrość przytłumiającą wszelkie łagodne i rzewne wczucia.
Zaledwiem zsiadł z konia, pobiegłem natychmiast do gabinetu ojca mego; przechodził się tu i owdzie; na zamyślonéj twarzy, nawet widok jedynego syna po cztéroletniéj niebytności nie zdołał sprawić najmniejszéj zmiany. Rzuciłem się w objęcie jego. — Był to czuły ojciec, lubo daleki od niepomiarkowanéj słabości; łza zajaśniała w jego ciemnem oku, lecz tylko na chwilę.
— Duburg pisze mi, że był kontent z ciebie Franku.
— Cieszy mię to...
— Tak, ale ja wcale nie mam powodu cieszyć się, — rzekł usiadłszy za stolikiem.
— Zasmucasz mię mój ojcze...
— Cieszy, smuci, są słowa, do których ja nieprzywiązuję żadnego znaczenia. — Oto jest twój list ostatni.
Wyciągnął ogromny stós papierów nawleczonych na czerwoną nitkę. — Tam to była nieszczęsna moja odezwa pisana w przedmiocie najżywiéj mię podówczas obchodzącym, i zdolna przynajmniéj wzruszyć serce, jeżeli niezupełnie przekonać; tam mówię spoczywała w pośród niezliczonego mnóstwa listów i rachunków handlowych. Trudno mi zaiste nieroześmiać się w duchu, kiedy sobie przypominam ile próżność moja obrażoną była na widok owych czułych peryjodów, które mię tyle pracy kosztowały, wyciągnionych z pomiędzy awizacyj, wekslów, kwitów i tym podobnych szczegółów korespondencyj kupieckiéj. — Czyliż, pomyślałem sobie natenczas, list tak ważny, (nieśmiałem dodać, tak mądrze napisany) nie zasługiwał na osobne miejsce? godziłoż się mieszać go w tę bazgraninę handlową?
Ale ojciec mój wcale nie zwrócił uwagi na zasmucenie moje; a choćby je nawet dostrzegł, niewieleby go to obeszło zapewne.
— Oto jest, — rzekł daléj trzymając list w ręku, — odezwa twoja z dnia 21 zeszłego miesiąca — czytajmy — mówisz mi, że się spodziewasz, iż w przedmiocie tak ważnym jak jest wybór powołania, dobroć ojcowska dozwoli ci mieć głos przeczący przynajmniéj, że czujesz w sobie wstręt nieprzezwyciężony... Tak; użyłeś tego wyrazu: nieprzezwyciężony, (radbym temczasem żebyś pisał wyraźniéj nieco, i żebyś się nazwyczaił t dobrze przekreślać, a s więcéj zaokrąglać). — Wstręt mówię nieprzezwyciężony do spełnienia układu, który ci przedstawiłem. — W dalszym ciągu listu powtarzasz zawsze toż samo i rozciągnąłeś na cztérech stronnicach to, co zastanowiwszy się nieco, mogłeś wyrazić w cztérech liniach; bo koniec końców panie Frank z całéj twojéj odezwy wynika, że wola twoja niezgodna jest z mojemi zamiarami i postanowieniem.
— Szanuję twoją wolę mój ojcze, ale w téj okoliczności nie mogę.
— Słowa niczém są dla mnie młokosie, — rzekł mój ojciec, którego nieugiętość ukrywała się zawsze pod zasłoną zimnéj krwi i spokojności. — Niemogę jest może grzeczniéj jak niechcę; ale oba te wyrazy są jednoznaczne, ilekroć niezachodzi moralne niepodobieństwo. Z tém wszystkiém nie chcę żebyś działał bez namysłu, pomówiemy jeszcze o tém po obiedzie. — Owenie!
Owen wszedł, nie miał jeszcze podówczas owych białych włosów, które mu w oczach twoich tak szanowną nadawały postać, bo téż nie liczył więcéj nad lat pięćdziesiąt, ale miał na sobie ten sam orzechowy garnitur, w którym go poznałeś; téż same jedwabne popielate pończochy, i trzewiki ze srébrnemi sprzączkami, téż same batystowe mankietki starannie pomarszczone i spadające aż do pół dłoni, ilekroć bawił w gabinecie mego ojca, lecz gdy był w kantorze, zachowane z wszelką ostrożnością pod rękawy fraka dla ochrony od atramentu; na koniec tęż samą postać poważną, lecz pełną dobroci, która do ostatniéj chwil życia odznaczała piérwszego komissanta banku Osbaldyston i Tresham.
— Owenie, — rzekł mój ojciec, skoro zacny starzec ścisnął mi przyjaźnie rękę, — zjemy dziś razem objad, usłyszysz nowiny, które nam Frank przywiózł o przyjaciołach naszych w Bordo.
Owen uczynił dość niezgrabny ukłon, na znak pełnéj uszanowania wdzięczności; bo w owéj epoce, kiedy granicę oddzielającą rozmaite stany, strzeżono z niezwykłą dzisiaj ścisłością, zaproszenie pryncypała było wielkim dla komissanta zaszczytem.

Nigdy nie zapomnę tego objadu, — niepewny względem przyszłego losu mego, lękąjęc się, abym nie został ofiarą osobistych widoków ojca, i cały zadęty wynalezieniem środków zachowania mojéj wolności, nie mogąc prowadzić rozmowy tak czynnie jak żądał mój ojciec, nieraz dawałem mniéj zaspakajające odpowiedzi na pytania któremi mię zarzucał. Owen pełen uszanowania dla ojca, ale niemniéj przywiązany do syna, którego nieraz w dzieciństwie bawił na kolanach, na wzór owego lękliwego sprzymierzeńca, co mimo bojaźni radby przecież dopomógł uciśnionéj stronie, wszelkie łożył usiłowania, aby błędy moich odpowiedzi prostować, niedostatek onych zapełnić i wolne wyjście oblężonemu zabezpieczyć. Te jego wybiegi powiększały jeszcze niechęć mego ojca, który jedném srogiém spojrzeniem zamykał usta poczciwemu starcowi. Podczas pobytu mego w domu p. Duburg postępowanie moje nie było wprawdzie takie jak owego komissanta
Który, gdy go szalona choroba napada,
Zamiast wekslów i kwitów, wiersze tylko składa!

jednak wyznać muszę, że tyle tylko przebywałem w kantorze, ile koniecznie było potrzeba, aby zjednać dobre świadectwo Francuza, który oddawna zostawał w stosunkach z naszym domem i z polecenia mego ojca miał mię oswoić z tajemnicami handlu: główném zatrudnieniem mojém były literatura i sztuki piękne, — a labo ojciec mój nie był nieprzyjacielem talentów, i czysty rozsądek jego niedozwalał mu powątpiéwać, że te są źródłem przyjemności ozdobą życia ludzkiego, żądał jednak przedewszystkiém, abym nietylko odziedziczył po nim majątek, ale i tego ducha spekulacyi, który mu dopomógł do jego zebrania.
Ojciec mój uwielbiał stan swój z uniesieniem, i ten był prawdziwy powód jego żądania, abym się temuż zawodowi poświęcił. Równie biegły jak czynny, uposażony od natury wyobraźnią płodną i śmiałą, w każdém pomyślnie ukończoném przedsięwzięciu, znajdował nowy do następnych działań bodziec, nową do szczęśliwego ich wykonania sprężynę. Nieumiarkowany w zwycięztwach, przydawał jedne laury do drugich, nie czekając aż czas ustali nowe nabycia, i pozwoli spokojnie ich używać. — Przywykły spoglądać niestrwożoném okiem na szalę fortuny, na któréj ciągle zawieszał swoje skarby, obfity w sposoby przeważania jéj na swoją stronę, w miarę rosnących niebezpieczeństw podwajał czynność i męstwo. Słowem był to prawdziwy obraz żeglarza oswojonego z falą i nieprzyjacielem, którego zaufanie w własnych siłach nowéj nabywa mocy na widok nadchodzącéj burzy lub walki. Nieraz mu jednak przychodziło na myśl, że wiek i towarzyszące mu niedołężności, uczynią go wkrótce niezdolnym do dalszéj pracy, i że wzgląd na przyszłość, doradza wcześnie usposposobić zręcznego sternika, któryby ujął umiejętną, ręką opuszczony rudel okrętu, i kierował nim podług jego rad i przestróg. Lubo ojciec twój był w spółce z moim i cały swój majątek w domu naszym umieścił, wiesz jednak, że nigdy niechciał czynnie do handlu należeć; Owen zaś, który dla wierności swéj i głębokiéj znajomości arytmetyki, słusznie zajmował miejsce pierwszego komissanta, nie miał zaiste ani tyle wrodzonych zdolności ani usposobienia, żeby mu ster czynności mógł być powierzony. Jeśliby więc z wyroków Opatrzności ojciec mój miał nagle świat ten opuścić, cóżby się stało z owém mnóstwem osnowanych zamiarów, gdyby potomek jego nie był w stanie dźwigać ciężaru interesów, i jak nowy Herkules handlowy, wyręczyć zgrzybiałego Atlasa? — Cóżby się stało nawet z tym samym potomkiem, gdyby nagle ujrzał się w pośród labiryntu spekulacyi bez wybawczéj nici, to jest bez znajomości, któreby go ztamtąd wyprowadzić zdołały? Dla tych wszystkich powodów, w części tylko podówczas mi wiadomych, postanowił ojciec mój skłonić mię, abym obrał ten sam zawód, w którym oddawna z honorem pracował; a co raz postanowił, tego już nic w świecie zmienić nie mogło, na nieszczęście, i ja także miałem nieco uporu, a zamiary moje całkiem się z widokami ojca mego niezgadzały.
Ta nieuległość moja tém się jednak usprawiedliwić daje, że niewiedziałem głównéj téj woli przyczyny, i nieczułem tego jak dalece posłuszeństwo moje ku niéj, dla szczęścia ojca mego było niezbędném. Sądząc się pewnym odziedziczenia zczasem znacznego majątku, ani pomyśleć mogłem, ażeby dla jego ustalenia potrzebna była jakakolwiek praca, lub nabycie wiadomości przeciwnych mojéj chęci i skłonnościom. W zamiarze ojca mego upatrywałem jedynie żądzę pomnożenia bogactw, które zebrał; a przekonanym będąc, że nikt lepiéj odemnie sądzić nie może, jaką drogą do szczęścia mam trafić, zdawało mi się, że samochcąc z niéj wyboczę, jeżeli starać się będę o powiększenie dostatków, które bez tego w rozumieniu mojem były już więcéj niż wystarczające na wszelkie, nawet najwymyślniejsze zachcianki.
Wspominałem już, że czynności handlowe nie były jedyném mojém w czasie pobytu w Bordo zatrudnieniem; lekceważąc to, co ojciec mój uznawał za najważniejsze, byłbym może zupełnie o handlu zapomniał, gdybym się nie lękał zniechęcić korespondenta naszego p. Duburg; lubo ten znajdując wielkie korzyści ze stosunków swoich z domem mego ojca, nadto był bacznym na własny interes, ażeby miał mu donosić złe wieści o jedynym synu, i ściągnąć przez to na siebie z obu stron wymówki. Pod względem obyczajów postępowanie moje było nienaganne; i zapewniając o tém ojca mego, Duburg oddawał mi tylko zasłużoną sprawiedliwość; zdaje mi się jednak, że zręczny Francuz byłby równie pobłażającym, gdyby nawet mógł mię obwiniać o cóś więcéj, jak o niedbałość w handlowych naukach. Cóżkolwiek bądź, przestając na tém, że mię codziennie widział parę godzin w kantorze, nie wzbraniał mi poświęcać resztę czasu muzom, i nicby zapewne nie miał przeciw temu, gdybym Corneilla i Boalo nad Sawarego i Pestlethwajta przekładał.
Ulubiona formuła, jaką zwykł był kończyć swe listy pan Duburg do swego korespondenta, była: „Syn wasz jest takim, jakim go tylko troskliwość ojca widzieć pragnie“. — Mój ojciec mniéj zważał na słowa, mogły być jak najczęściéj powtarzane, byleby dokładnie i jasno myśl przedstawiały. Pod tym względem sam nawet Adyssen niezdołałby wynaléźć przyjemniejszych dla niego wyrażeń nad te, których kupcy używają w listownym swoim wiecznie jednostajnym stylu.
Chętniéj wierząc temu czego pragnął, pan Osbaldyston przestał nakoniec powątpiewać o prawdzie ulubionéj formuły Duburga, i już się cieszył, że życzenia jego pomyślny skutek uwieńczy, gdy nieszczęsny list mój otworzył mu oczy i wyprowadził z miłego błędu, przynosząc wymowne i uroczyste oświadczenie, że nie mogę zasiąść w ciemnym kantorze Krane-Allej na szrubowanym stołku, wyższym nad wszystkie inne, oprócz trójnoga mojego ojca. — Od téj chwili wszystko zmieniło postać. — Na Duburga padło mocne podejrzenie zdrady, listy jego straciły wiarę, jak gdyby przestał płacić w terminie. — Mnie wezwano do Londynu, — a przyjęto, jak wyżéj już opowiedziałem.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.