Przygoda Jasia (1912)/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Przygoda Jasia
Data wydania 1912
Wydawnictwo Wanda Nusbaumówna
Drukarz Tow. Akc.
S. Orgelbranda S.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Nie wiadomo, jak długo Jaś stałby tak pośrodku pustego i ciemnego placyku, nie śmiąć postąpić w żadną stronę, gdyby jeden z tych cieni, które go tak przerażały, nie był skierował się właśnie ku niemu. Oderwał się od ściany jednego z domków i przez placyk szedł wprost ku Jasiowi, który dostrzegł wyraźnie, że od obu ramion jego zwisały dwa jeszcze inne cienie, podobne do cieni dwóch olbrzymich czapek, czy torb szeroko rozwartych.
Jaś krzyknął i z szybkością błyskawicy przebiegłszy placyk, przytulił się z całej siły do ściany jakiegoś domku. Cień jednak, niosący dwa cienie olbrzymich kapeluszy, czy torb, zbliżał się ku temu właśnie miejscu, na którem on szukał schronienia. Jaś drżał, ale najlżejszego poruszenia uczynić nie śmiał; stłumił nawet oddech w piersi i rad byłby schować się pod ziemię. Nagle spostrzegł, że przedmiotem jego trwogi był człowiek, ubrany w barani kożuch i niosący na ramionach tak zwane Koromysła, czyli drąg gruby, z przywiązanemi u obu końców wiadrami z wodą.
Spostrzegłszy to, Jaś oprzytomniał, uspokoił się trochę i pomyślał sobie, że i tamte wszystkie cienie są też zapewne niczem innem, tylko ludźmi, którzy w zmroku i przy błędnem świetle śniegu i gwiazd wyglądają, jak cienie. Pomyślał także, że trzeba koniecznie co prędzej szukać panny Pauliny albo drogi do domu, i szybko postąpił naprzód.
Przebywszy placyk, znalazł się naprzeciw dwóch uliczek, rozchodzących się w dwie różne strony; którą z nich iść trzeba było, ażeby trafić do domu — nie wiedział. Postawszy chwilę, skierował się na prawo, bo zdawało mu się, że niegdyś przechodził, czy przejeżdżał tamtędy. Istotnie, zaledwie doszedł do połowy uliczki, wyraźnie sobie przypomniał, że raz z rodzicami jechał tędy na przejażdżkę i że ojciec mówił podówczas do matki: „tu sami ubodzy ludzie mieszkają“.
Przypomnienie to wprawiło znowu Jasia w wielką trwogę. Znajdował się więc w uliczce, zamieszkiwanej przez samych dziadów! Nuż wychodzić oni teraz zaczną z tych domków, które tak nędznie i krzywo wyglądają? Nuż, pootwierają się wszystkie drzwi i wszystkie zamknięte okienice tych domków, a w każdych drzwiach i w każdem oknie ukaże się dziad z długą brodą i wielką torbą! Jaś zląkł się tak bardzo, że z całej siły biedz zaczął, aby co prędzej minąć nieszczęsną uliczkę i wejść na inną.
Nagle stanął, jak wryty w ziemię. Przed nim, tuż przed nim zarysowała się jakaś postać straszna i dziwna. Było to coś, co wyglądało na człowieka olbrzymiego wzrostu, tak olbrzymiego, że ramionami i głową przerastającego najbliższe domki. U dołu widać było czarną suknię, szeroko rozpostartą, wyżej — grube i nadzwyczaj szeroko rozwarte i trzęsące się ramiona, wyżej jeszcze — długą brodę, która w zmroku nawet jak śnieg była białą, najwyżej — głowę, z długimi, białymi i rozwianymi włosami, kołyszącą się w różne strony. Jaś stał i patrzał na olbrzyma bardzo przelękniony, ale też trochę i ciekawy: ktoby to taki być mógł? Słyszał on nawet już i czytywał różne historye o olbrzymach, którzy takiego małego, jak on, chłopczyka, na jednym palcu wygodnie pomieścić mogą. Mówiono mu wprawdzie, że są to bajki i że naprawdę olbrzymi tacy nigdzie na świecie nie istnieją; teraz jednak, wobec dziwnego zjawiska, które miał przed sobą, Jaś pomyślał:
— A może to i nie bajki? Może olbrzymi są naprawdę i mieszkają w sąsiedztwie dziadów? Ale, jeżeli to olbrzym, to on mi nic złego nie zrobi. Olbrzymi bywają najczęściej bardzo dobrzy. Trzeba tylko podejść, grzecznie ukłonić się i poprosić, aby mi przejść pozwolił, kto wie — może jeszcze zlituje się i do domu mię zaprowadzi!
Wszystko to jednak łatwiejszem było do pomyślenia, niż do wykonania. Jaś nie mógł długo zebrać się na dostateczną śmiałość, aż na koniec, gdy silnie już postanowił postąpić naprzód, przechodzień jakiś szybko przesunął się środkiem uliczki, a światło niesionej przezeń latarni szerokim promieniem upadło na tajemniczą, olbrzymią postać. Jaś zobaczył wyraźnie, że nie była ona czem innem, tylko drzewem, drzewem nawet niewysokiem, tuż przy parkanie rosnącem. Cień rzucany przez parkan, wyglądał jak czarna suknia, ramionami olbrzyma były gałęzie, któremi wiatr poruszał, siwą brodą gruby i puszysty nasyp śniegu, a głową wierzchołek osypany też śniegiem i kołyszący się w różne strony pod powiewem wiatru.
Jaś pomyślał teraz, że wziąwszy już raz żywych ludzi za straszne cienie, a drugi raz drzewo za olbrzyma, powinien niczego się nie lękać, lecz śmiało i jaknajprędzej iść ku głównym ulicom miasta, które znał i z których mógłby trafić do domu. Trudność jednak była w tem, że na żaden sposób zmiarkować nie mógł, w której stronie znajdowały się te główne ulice i jakby ku nim iść należało. Musiały być one bardzo odległe od miejsca, w którem się znajdował, bo napełniający je zwykle turkot i gwar nie dochodził tu zupełnie; natomiast cisza panowała głęboka i ostre powiewy, takie, jakie w środku miasta nigdy czuć się nie dają, z cichym szumem i pogwizdywaniem skądś przylatywały.
Jaś uczuł, że było mu coraz zimniej. Na krakowskiem ubraniu miał wprawdzie paltot dobrze watowany i z futrzanym kołnierzem, a na bucikach z podkówkami inne jeszcze, futrem wyłożone obuwie; niemniej jednak zimno dawało się mu już we znaki, przyczem plecy i ramiona bolały go od otrzymanych w tłumie szturchańców i popchnięć, a nogi boleć też zaczynały od zmęczenia.
Przez głowę przeszła mu myśl, że balik dziecinny u ciotki jego zacząć się już musiał, a zebrane tam dzieci siedzą sobie w ciepłym pokoju, przy jasno płonącej lampie i zajadają przysmaki, albo może i tańczyć już lub w gry bawić się zaczynają. Na myśl tę, taki go żal ogarnął, że oparłszy się o parkan, twarz zakrył rękami i płakać zaczął.
Po chwili jednak pomyślał sobie, że płacz nic nie pomoże, że trzeba iść dalej i odważyć się do okna któregokolwiek domku zastukać, aby o pomoc poprosić. Lecz skoro tylko twarz odsłonił, jakże zdziwił się i przeląkł znowu: przed chwilą, chociaż zmrok panował gęsty, można było wybornie drogę przed sobą rozpoznawać i nawet parkany od domów odróżniać; teraz zrobiło się daleko ciemniej, tak ciemno, że Jaś dołu jakiegoś, znajdującego się w pobliżu, nie dojrzał, jakkolwiek dobrze przypatrywał się ziemi i upadł posunąwszy się o parę kroków naprzód.
Stłukł się trochę, ale po chwili powstał. Wstając, spojrzał w górę. Gwiazdy na niebie nie było ani jednej, a na twarz spadło mu coś tak mokrego i zimnego, że przez chwilę rękawem paltota oczy sobie przecierać musiał. Cicho, bez zawieruchy, bez żadnego prawie szelestu, śnieg padał wielkimi, rzadkimi płatami i czasem tylko, w ciemności i ciszy, podmuchy wiatrów przelatywały z przeciągłym pogwizdem, albo w dali zaszumiało coś i zaturkotało, niby oddalony i szybko milknący grzmot.
Teraz Jaś zaczął już bardzo płakać. Zziębnięte ręce przyciskał do drżących ust i głośno szlochając, powtarzał:
— Boże, mój Boże? co ze mną będzie? co ze mną będzie?
Chciałby bardzo znaleść dom jaki, aby do okna lub drzwi zastukać i o pomoc poprosić, ale daremnie chodził to w prawo, to w lewo, zapłakanym wzrokiem usiłował przebić ciemność i ręką do koła siebie wodził, na żadną ścianę, na żadne nawet drzewo natrafić nie mógł. Wszędzie było pusto i pusto, ciemno i ciemno. Czuł tylko pod stopami coraz więcej śniegu i coraz mu trudniej było iść naprzód. To też zmęczony i zanosząc się od płaczu, przysiadał parę razy na ziemi, myśląc sobie, że tak przesiedzi, dopóki noc nie przejdzie i dzień nie nastąpi; lecz za każdym razem robiło mu się tak zimno, że mimowoli wstawał i zaczynał iść znowu, choć coraz powolniej i z większą trudnością. Nakoniec sprobował raz jeszcze poszukać w ciemnościach jakiego domu i, kilka kroków z wyciągniętemi naprzód rękami uszedłszy, natrafił istotnie na drewniany słup jakiś, o którym pomyślał zrazu, że było to drzewo.
Nagle krzyknął i odskoczył. We wnętrzu słupa, którego dotknął, słychać było jednostajne dźwięczenie, takie zupełnie, jak gdyby w tym słupie brzęczał rój pszczół, albo syczało wiele naraz gotujących się samowarów. Jaś przeląkł się znowu, ale po chwili przypomniał sobie co to znaczy. Przypomniał sobie, że parę razy, gdy wychodził z ojcem za miasto na przechadzkę, ojciec mówił mu, aby przybliżył się do słupów telegraficznych, przyłożył do nich ucho i posłuchał, jak one brzęczą i syczą. Był to więc słup telegraficzny, a domyśliwszy się już tego, Jaś dowiedział się zarazem, że znajduje się za miastem, w czystem polu, kędy słupy te, powiązane kilku drucianemi nićmi, długim stały rzędem.
Co tu teraz robić? jakim sposobem wrócić do miasta, kiedy tak ciemno na świecie, zimno, śnieg pada, a nogi mdleją i uginają się pod nim, nietylko już od zmęczenia, ale od strachu i wielkiego żalu?
Objął słup, przytulił się do niego i z całej siły wołać zaczął:
— Mamo! Mamciu! Mamciu!
A wołając tak, szlochał głośno i drżał od stóp do głowy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.