Przygoda Jasia (1912)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Przygoda Jasia
Data wydania 1912
Wydawnictwo Wanda Nusbaumówna
Drukarz Tow. Akc.
S. Orgelbranda S.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

W tem przestał szlochać i wołać matki. Z za mgły śniegowej, wprost przed sobą i w niebardzo wielkiej odległości, zobaczył błyskający ogień. Chwilami światło to wydawało się małą iskierką, a chwilami wielkim płomieniem, ale Jasiowi sprawiło ono wielką radość.
— Może tam jacy ludzie mieszkają i do domu mię zaprowadzą! — pomyślał.
A na myśl tę uczuł, że sił mu przybyło i że mógł jeszcze wybornie ujść kawałek drogi. Zaczął więc iść znowu, od czasu do czasu tylko zatrzymując się i odpoczywając przy słupach telegraficznych, których brzęczenie i syczenie teraz, gdy miał nadzieję spotkać ludzi, bawić go już zaczynało.
Niebawem spostrzegł wyraźnie, że ogień, ku któremu zmierzał, palił się we wnętrzu sporego budynku, który nie miał wcale okien, a szerokie jego drzwi na oścież były rozwarte. Zbliżywszy się więcej jeszcze, Jaś zobaczył, że była to szopa z drzewa zbudowana; na samym jej środku, naprzeciw otwartych drzwi, znajdowała się jama i z tej to właśnie jamy buchał płomień, kołyszący się pod powiewem wlatującego przez drzwi wiatru. W pobliżu płomienia siedzieli na ziemi trzej ludzie, dziwnie wyglądający. Mieli oni włosy gęste i rozczochrane, twarze bardzo czerwone, oczy bardzo błyszczące, a ubrani byli w białe fartuchy, które od samych szyi aż do stóp spadały, w ręku zaś trzymali fajki na krótkich cybuszkach, od czasu do czasu wypuszczając z ust grube kłęby dymu.
Obok tych ludzi, za nimi i przed nimi, leżały na ziemi długie i grube jakieś zwoje, czy wałki, w których Jaś, po przypatrzeniu się, rozpoznał mnóstwo z gliny ulepionych a jeden w drugi powstawianych garnków.
Ludzie owi rozmawiali z sobą głośno i jak się zdawało dość wesoło, bo czasami śmieli się grubym, głośnym śmiechem.
Jaś długo stał na progu szopy, nie śmiąc zbliżyć się i nie wiedząc, jak przemówić do ludzi, którzy tak dziwnie byli ubrani i takie czerwone mieli twarze, a głosy grube i oczy w blasku płomienia także błyszczące. Pragnął jednak bardzo zbliżyć się do ognia i trochę się przy nim ogrzać. Po kilku więc minutach wahania wszedł do szopy, postąpił kilka kroków i cichutkim głosem wymówił:
— Dobry wieczór panom.
Więcej już nic powiedzieć nie mógł, bo zabrakło mu odwagi, ale najbliżej siedzący człowiek posłyszał to ciche odezwanie się i, spostrzegając Jasia, zawołał:
— Patrzcie no! A cóż to za kawaler zabłąkał się tu do nas, w nocy i w śnieżycę taką?
Inni ludzie obejrzeli się też i okazali wielkie zdziwienie. Ten, który go pierwszy spostrzegł, wyciągnął wielką i gliną oblepioną rękę, a schwyciwszy nią Jasia za paltocik, przyciągnął go ku sobie.
— Skądże to przywędrowałeś tu, kawalerze? — pytał; po co to łazisz po świecie nocami, jak mara po piekle? czego chcesz od nas?
— To panicz jakiś — ozwał się drugi: — w futerku i ładnej czapeczce...
— To prawda — potwierdził trzeci — ale skąd się on wziął tutaj?
— No — zawołał pierwszy — gadaj zaraz kawalerze, coś ty za jeden?
Jaś przerywanym głosem i nawpół z płaczem opowiedział im całą swą przygodę i skończył prośbą, aby panowie byli tak łaskawi i zaprowadzili go do domu.
— A jakże nazywają się twoi rodzice? gdzie mieszkają? — jednogłośnie zapytali wszyscy trzej ludzie.
Jaś powiedział im nazwisko rodziców swoich, ulicę, przy której mieszkali, i nawet nazwę domu; ale człowiek, który trzymał go ciągle za rękaw od paltota, wydał się wiadomościami powziętemi mocno zakłopotanym.
— Hej hej! — zawołał — kawał drogi uszedłeś i jużbyś go po raz drugi tego samego wieczora pewno nie uszedł! Trzebaby naprzód do miasta dojść, a potem aż prawie na drugi jego koniec się dostać. Przytem my stąd jeszcze odejść nie możemy, bośmy roboty swojej nie skończyli, dziecka mego w nocy z tobą nie poślę, bo jeszcze by go w mieście, jak włóczęgę, zabrali... To już inaczej nie będzie, jak tylko, że u nas w chacie przenocujesz, a jutro raniutko Wincuk mój odprowadzi cię do rodziców.
Słysząc to, Jaś zaczął głośno płakać, tupać nogami i krzyczeć:
— Ja chcę do mamy! ja chcę do mamy! ja chcę do domu!
Ale człowiek ów na krzyki i tupanie jego żadnej nie zwracał uwagi. Obejrzał się i zawołał.
— Wincuk!
Na wołanie to z jamy, której dotąd Jaś nie spostrzegł, ale będącej zupełnie taką samą, jak ta, z której buchał płomień — tylko że w niej ognia nie było, — wyskoczył chłopiec, o parę lat starszy od Jasia, bosy, w płóciennych majteczkach i spencerku, z okropnie rozczochranymi włosami i twarzą poplamioną przez glinę i sadzę. Trzymał w ręku glinianą figurkę sporej wielkości, trochę do konia, trochę do psa, a trochę do koguta podobną, wyskakując zaś z jamy, zawołał:
— A co, tatku! jaki kogut!
Jednocześnie przyłożył usta do znajdującego się w grzbiecie figurki otworu i przeraźliwie weń zagwizdał.
— No, no! dość tej swawoli — rzekł ojciec — spójrz oto, jaki panicz spadł nam z nieba. Zabłądziło biedactwo i aż tu przylazło. Zaprowadź go do chaty, a niech mu tam babula i matka ciepłej strawy dadzą i spać położą...
Wincuk poskoczył i z szeroko otwartemi od ciekawości oczami chwycił Jasia za rękę, ale Jaś znowu płakać i upierać się począł, krzycząc, że nie chce do chaty, chce do mamy i do domu! Ojciec Wincuka zniecierpliwił się tem bardzo, wstał, tupnął nogą i krzyknął:
— Dość tych beków! zaraz mi iść, gdzie Wincuk poprowadzi! Nie porzucę przecież dla ciebie roboty i nieść cię nie będę w nocy, całe dwie wiorsty, boś już i za duży na to... nie udźwignę!
Jaś przeląkł się krzyku człowieka tego i posłusznie poszedł z Wincunkiem, który wyprowadziwszy go z szopy i trzymając za rękę, wnet bosemi nogami po gęstym śniegu różne dziwne skoki wyprawiać począł.
— Czy daleko do waszego domu? — nieśmiało zapytał Jaś.
— Ej nie, paniczu, niedaleko, bliziusieńko! — odpowiedział, my na Garncarzach mieszkamy, panicz wie? Ta uliczka, o wiorstę może od miasta, co się tak nazywa dla tego, że na niej od wieków sami tylko garncarze zawsze mieszkają.
Jaś nie słyszał nigdy o zamiejskiej uliczce, która nazywa się Garncarze, i zapytał, kimby byli ci panowie, którzy tam przy ogniu siedzieli, i coby takiego robić tam mogli? Wincuk wybuchnął głośnym śmiechem.
— To nie są żadni panowie! — zawołał — tylko garncarze! Jeden z nich jest mój tatko a dwaj tamci, to sąsiedzi, którzy z tatkiem do współki szopę tę zbudowali... bo tatko mój biedny jest i sam nie miał za co... Zbudowali tedy szopę na współkę i razem w niej garnki wypalają... Dziś już dużo garnków w jednym piecu wypalili, a teraz rozłożyli ogień w drugim, żeby resztę wypalić... Ot co!
Tu podskoczył wysoko i dodał.
— I ja będę garncarzem. Tatko mię uczy rzemiosła i dziś już sobie takiego ślicznego koguta ulepiłem!...
— Pokażesz mi tego koguta? — z zajęciem zapytał Jaś.
— A dla czegóż nie? Z największą ochotą — odpowiedział Wincuk; Marylka będzie z niego bardzo kontenta.
— Któż to taki, ta Marylka?
— To moja siostrzyczka, maleńka jeszcze, trzy lata ma; ale ja i mniejszą mam... taką... taką maleńką, w kołysce!
— I ja miałem także siostrzyczkę... taką malusieńką... w kołysce.
— A teraz cóż — wyrosła?
— Ej nie! — smutnie odpowiedział Jaś — umarła.
— To szkoda — rzekł Wincuk i zarazem otworzył drzwi jakiegoś domostwa.
— Ot i chata nasza — rzekł — babula pewno krzyczeć będzie... ona zawsze krzyczy...
Nie dokończył, bo Jaś, przechodząc małe, ciemne sionki, potknął się o sprzęt jakiś, który upadł i stuknął. W tej chwili usłyszał za ścianą krzyczący głos:
— Kto tam taki po sionkach łazi i sztuki wyprawia? pewnie to Wincuk... łotrzyk ten... do tej pory włóczy się...
Tu Wincuk drzwi otworzył i Jaś zobaczył wnętrze chaty garncarza. Była to izba dość obszerna, ale bardzo nizka, z okopconemi ścianami i aż czarnym prawie sufitem. Pod ścianami znajdowało się parę stołów, kilka stołków i jedna długa ława, w głębi zaś izby palił się na kominie wielki ogień, a przed tym ogniem... przed tym ogniem stała kobieta, na której widok Jaś, ośmielony i rozweselony rozmową z Wincunkiem, uczuł znowu ogarniającą go trwogę.
Była to kobieta wysoka, chuda, koścista, bardzo stara, z twarzą żółtą jak pomarańcza i tak pomarszczoną, że gładkiego miejsca ani na dotknięcie szpilki na niej nie było. Zębów nie miała wcale: bo dziobaty nos jej stykał się prawie ze spiczastą i ku górze sterczącą brodą. Pasma białych zupełnie włosów, z pod okręconej na głowie czerwonawej chustki, opadały na żółte czoło i policzki; ubraną była w grubą koszulę, krótką spódnicę i fartuch.
Stała przed ogniem i wygrzewała sobie ręce, a rozpostarte palce jej, chude i węzłowate, przeświecały w domu i wyglądały jak szpony drapieżnego ptaka. Przytem, z odwróconą twarzą ku drzwiom, krzyczała ostrym i przeszywającym głosem, łając Wincuka za to, że tak długo nie wracał do chaty.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.