Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Przygody Jasia.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zimno dawało się mu już we znaki, przyczem plecy i ramiona bolały go od otrzymanych w tłumie szturchańców i popchnięć, a nogi boleć też zaczynały od zmęczenia.
Przez głowę przeszła mu myśl, że balik dziecinny u ciotki jego zacząć się już musiał, a zebrane tam dzieci siedzą sobie w ciepłym pokoju, przy jasno płonącej lampie i zajadają przysmaki, albo może i tańczyć już lub w gry bawić się zaczynają. Na myśl tę, taki go żal ogarnął, że oparłszy się o parkan, twarz zakrył rękami i płakać zaczął.
Po chwili jednak pomyślał sobie, że płacz nic nie pomoże, że trzeba iść dalej i odważyć się do okna któregokolwiek domku zastukać, aby o pomoc poprosić. Lecz skoro tylko twarz odsłonił, jakże zdziwił się i przeląkł znowu: przed chwilą, chociaż zmrok panował gęsty, można było wybornie drogę przed sobą rozpoznawać i nawet parkany od domów odróżniać; teraz zrobiło się daleko ciemniej, tak ciemno, że Jaś dołu jakiegoś, znajdującego się w pobliżu, nie dojrzał, jakkolwiek dobrze przypatrywał się ziemi i upadł posunąwszy się o parę kroków naprzód.
Stłukł się trochę, ale po chwili powstał. Wstając, spojrzał w górę. Gwiazdy na niebie nie było ani jednej, a na twarz spadło mu coś tak mokrego i zimnego, że przez chwilę rękawem paltota oczy sobie przecierać musiał. Cicho, bez zawieruchy, bez żadnego prawie szelestu, śnieg padał wielkimi, rzadkimi płatami i czasem tylko, w ciemności i ciszy, podmuchy wiatrów przelatywały z przeciągłym pogwizdem, albo w dali zaszumiało coś i zaturkotało, niby oddalony i szybko milknący grzmot.
Teraz Jaś zaczął już bardzo płakać. Zziębnięte ręce przyciskał do drżących ust i głośno szlochając, powtarzał:
— Boże, mój Boże? co ze mną będzie? co ze mną będzie?
Chciałby bardzo znaleść dom jaki, aby do okna lub drzwi zastukać i o pomoc poprosić, ale daremnie chodził to w prawo, to w lewo, zapłakanym wzrokiem usiłował przebić ciemność i ręką do koła siebie wodził, na żadną ścianę, na żadne nawet drzewo natrafić nie mógł. Wszędzie było pusto i pusto, ciemno i ciemno. Czuł tylko pod stopami coraz więcej śniegu i coraz mu trudniej było iść naprzód. To też zmęczony