Przemiany (Owidiusz)/XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXV. Filemon i Baucys.

Skończył Acheloj; wszyscy milczą z zadziwienia.
Ale syn Iksyona, co w bogów nie wierzy,
Szydzi z łatwowierności przytomnych rycerzy:
»Zbyt wielką ci się, rzeko, władza bogów zdała,
Kiedy myślisz, iż mogą przeistaczać ciała«.
Obruszyli się wszyscy po bluźnierczej mowie;
Pierwszy Leleks roztropny w te stówa odpowie:
»Wierzaj mi, niezmierzoną mają moc niebianie,
I cokolwiek pomyślą, to się pewnie stanie.
Raz mię w kraj pelopejski[1] Piteusz wyprawił,
Tam, gdzie ojciec się jego mądrym rządem wsławił.
Tam we Frygji widziałem pod stopami góry
Dąb przy lipie niskiemi opasany mury;
Obok mętne jezioro, ziemia dawniej żyzna,
Teraz zaś wodnych nurków i łysek ojczyzna.

Tu Jowisz i Merkury, ludzką wziąwszy postać,
Do tysiąca chat przyszli, chcąc przytułek dostać.
Tysiąc chat drzwi zamknęło; jeden tylko bogi
Słomą poszyty domek przyjął w swoje progi.
Tu Filemon podeszły, przy nim Baucys stara,
Szczęśliwie od lat młodych połączona para
Doszła wieku późnego; przestając na małem,
Nie czuli, że ubóstwo było ich udziałem.
Panów ni sług nie znają przez cały wiek długi;
Dwoje ich tylko w chatce: i pany i sługi.
Gdy do szczupłego domu prowadzącej sieni
Przez niskie drzwiczki weszli bogowie schyleni,
Wita gości i ławkę przysuwa staruszek,
A Baucys zgrzebnych parę podłoży poduszek;
Zbiera liście i korę i idzie do pieca,
Ciepły popiół odmiata, zgasły ogień wznieca,
Słabymi go dmuchając, ożywia oddechy.
Przynosi suche trzaski i szczapy z pod strzechy,
Rąbie, kładzie pod kocioł, zaś potem warzywa,
Które z ogrodu przyniósł mąż, z liści obrywa.
On tymczasem słoniny uwędzonej kawał,
Z pod okopconej belki widłami dostawał;
Dostawszy, kęs ucina i w ukropie warzy.
Gdy tak około uczty krzątają się starzy,
Na miłej pogawędce trawią czas niebianie.
Wisiał ceber bukowy na haku przy ścianie;
Weń wlewa ciepłej wody i znużone z drogi
Filemon swoim gościom sam obmywa nogi.
Wierzbowe łóżko w środku swej izdebki mieli,
Na niem była rogoża na miejscu pościeli;
Szatą ją pokrywają, chowaną od święta,

Choć i ta gruba, dawne już lata pamięta,
Godna takiego łoża. Tu spoczęły bogi.
Drżąca Baucys przystawia stół, co miał trzy nogi,
Ale trzecią nierówną; skorupką podpiera
I stół, mocno stojący, świeżą miętą ściera.
Na nim dwufarbny owoc[2], święcony Palladzie,
Tarnki, w lagrze moczone, i sałatę kładzie;
Dalej rzodkiew i sery, wytłaczane z mleka,
I jaja, które w ciepłym popiele przypieka,
Wszystko w misach glinianych. Wreszcie na ochłodę
W glinianym roztruchanie daje wino młode
I w kubki je bukowe wywoszczone wczyni.
Wkrótce z żaru potrawy niesie gospodyni;
By wetom zrobić miejsce, wino odstawiono.
Tu świeżutkie szkarłatem rumieni się grono,
Tu w koszyku plecionym mnóstwo jabłek leży,
Suche figi, daktyle, śliwki, orzech świeży
I plastr miodu jasnego. Tę ucztę ubogą
Krasi twarz starców, z serca dających co mogą.
Widząc oni, że mimo częste nalewanie
Wina jakoś w glinianym nie ubywa dzbanie,
Dziwią się i tak mówiąc, ręce ku nim wznoszą:
»Godnie was przyjąć dla nas byłoby rozkoszą;
Darujcie, że jesteśmy nieprzysposobieni«.
Dla straży małej chatki gęś trzymali w sieni,
I tę dla swoich gości zabić chcieli sami.
Ptak szybki męczy starców, schylonych latami,
I zwodząc ich dość długo, do bogów ucieka.

»Dajcie pokój, bo chroni gęś nasza opieka:
Myśmy bogowie — rzekli — Na sąsiady spadnie
To, na co zasłużyli: skarżem ich przykładnie.
Wy jedni tylko z wszystkich ujdziecie zagłady.
Opuście strzechę waszą, idźcie w nasze ślady
I pośpieszcie za nami na górę wysoką«.
Posłuszni woli bogów, słabe nogi wloką
I o kiju krok wloką w górę ociężały.
Oddaleni od wierzchu tylko o lot strzały,
Patrzą i widzą wszystko tonące w powodzi;
Tylko niska ich strzecha nad wody wychodzi,
Gdy się dziwią, gdy płaczą nad zgubą współbraci,
Dom, wprzód dla dwojga szczupły, postać swoją traci,
Zamienia się w świątynię, w kolumny podpórki,
Dach się złoci, podłogę zaścielą marmurki;
Brama, pokryta rzeźbą, zdobi wchód świątyni.
Wtem Jowisz im łagodnie to pytanie czyni:
»Powiedz, dobry staruszku, co sobie życzycie
Wraz z żoną, z którą miałeś szczęśliwe pożycie?«
Filemon krótką chwilę z Baucydą rozmawia
I potem wspólne zdanie tak bogom objawia:
»Chcemy być kapłanami, żyć w waszym kościele;
A że z sobą lat zgodnych spędziliśmy wiele,
Chcemy i umrzeć razem; niech grobu mej żony
Nie widzę, ani od niej będę pogrzebiony«.
Wysłuchał bóg ich prośby; straż świątyni mieli,
Życie im przeznaczone spędzają weseli.
Syci wieku, gdy stali przy świątyni schodach
I rozmawiali z sobą o miejsca przygodach,
Postrzegł starzec, iż Baucys w liść się przyodziewa,
Widzi Baucys, iż mąż jej bierze postać drzewa;

Krew się ścięła w ich żyłach i zmartwiały członki.
»Bądź zdrowa!« — rzekł Filemon do drogiej małżonki.
»Bądź zdrów!« — do Filemona rzekła Baucys tkliwa.
Wtem naraz twarda kora już usta zakrywa.
Jeszcze dziś tam ciekawym frygijskie wieśniaki
Pokazują dwa bliźnie z ciał powstałe pniaki.
I ja rzekłem, mój wieniec mieszcząc w innych rzędzie:
»Szczęśliwy, kto czci bogów: i sam uczczon będzie«.


Przypisy

  1. »Kraj pelopejsk« — ojczyzna Piteusza, syna Pelopsa, Frygja.
  2. »Dwufarbny owoc« — oliwki, które zrywano napół zielone, a napół czarne.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.