Przemiany (Owidiusz)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III. Likaon. — Zapowiedź kary.

Co widząc ojciec bogów z szczytu swego grodu,
Westchnął, a z świeżej zbrodni zjątrzony powodu,
I z twej ohydnej uczty, niecny Likaonie,
Na tak straszny występek godnym gniewem płonie,
Wzywa bogów; wezwani przychodzą bez zwłoki.
Na niebie w czas pogodny widać pas szeroki,
Który się od białości mleczną drogą zowie;
Tędy do Gromowładcy zwykli iść bogowie.
Z obu stron koło zamku królewskiego progów
Stoją otworem gmachy pierwszych nieba bogów.
Gmin bożków mieszka niżej, a w samym lazurze
Włada najpotężniejszy na najwyższej górze;
Dwór ten, jeżeli śmiałość w wyrazach uchodzi,
Niebieskim Palatynem nazwać mi się godzi.
Bogowie w marmurowej sali się gromadzą.
Na słoniem berle wsparty, wyższy miejscem, władzą,
Trzykroć głowę pochylił z strasznymi kędziory:
Zadrżała ziemia, morze i niebios przestwory,
I rzekł, słusznego gniewu przejęty zapałem:
»Nie tyle o tron świata wówczas się lękałem,
Gdy sturękie olbrzymy, dumne z swojej siły,
Oblężonemu niebu zniszczeniem groziły;
Bo choć to plemię dzikie było, niespokojne,
Jeden ród miałem zniszczyć, by zakończyć wojnę.
Lecz dziś, gdzie tylko Nerej opasuje ziemię,
Powinienbym zagubić całe ludzkie plemię.
Przysięgam wam, bogowie, na rzekę piekielną:[1]

Wszystkiego doświadczałem, lecz ranę śmiertelną
Wyciąć trzeba, by jeszcze zleczyć ciało zdrowe,
Półbożkowie i nimfy i bóstwa domowe,
Satyry i Faunowie i górscy Sylwani
Gdy do nieba zaszczytów nie są przypuszczani,
Niech choć na ziemi mają bezpieczne mieszkanie.
Lecz mogąż być spokojni, powiedzcie, niebianie,
Gdy mnie zdradzał Likaon, znany bezprawiami,
Mnie, co rządzę piorunem i światem i wami?«
Zlękłe bogi żądają za tę zbrodnię głowy.
Tak gdy występne ręce we krwi Cezarowej
Oręż zbroczyć i Rzymu imię zgubić chciały,
Zdumiał się rodzaj ludzki i wzdrygnął świat cały.
Wtedy tak ci, Auguście, twych Rzymian kochanie
Miłe było, jak ojcu niebian przywiązanie.
Skoro wrzawa ucichła na władcy skinienie,
Jowisz takiemi słowy przerywa milczenie:
»Nie trwóżcie się; już zbrodniarz w mękach kończy życie;
Co zrobił, jak ukaran, zaraz usłyszycie.
Gdy się aż do mnie zbrodnie śmiertelnych doniosły,
Nie wierząc wieści, Olimp opuszczam wyniosły,
I bóg, w postaci ludzkiej zwiedzam ich krainy.
Nazbyt byłoby długo wszystkie zliczać winy,
Wszędzie okropna prawda smutną wieść przechodzi.
Już Menal, co drapieżnych zwierząt mnóstwo rodzi,
Już Cyllene minąłem i licejskie jodły[2],
Gdy o zmierzchu mię kroki w arkadzkie przywiodły
Progi z niegościnności znanego tyrana.

Obwieszczam przyjście boga; lud padł na kolana.
Łatwowierność poddanych Likaon wykpiwa.
»Wkrótce się nam odkryje prawda niewątpliwa;
Poznam — rzekł — czy was wiara nie łudzi pobożna,
Człowiek li to, lub czy go za boga mieć można«.
Chciał mię zabić; ten zamiar miał w nocy wykonać,
Żeby się tym sposobem o prawdzie przekonać.
Wprzód jednak z zakładników, jakich mu kraina
Molossów przystawiła, jednego zarzyna;
Część ciała warzy w wodzie, część piecze na rożnie
I na taką mię ucztę zaprasza bezbożnie.
Jam zaraz mściwym ogniem pałac jego spalił,
Godzien, by swego pana gruzami przywalił.
On, przelękły, ucieka, wśród milczenia nocy
Wyje, chciałby przemówić, lecz już nie ma mocy;
Pieni się od wściekłości, do łupiestwa śpieszy
I rzuca się na stada i z krwi jeszcze cieszy.
Suknie w sierść, ręce w nogi, sam w wilka się zmienia.
W nowej postaci dawne zostają pragnienia;
Siwe miał dawniej włosy: sierść została siwa
I wzrok srogością skrzący i żądza krwi chciwa.
Znikł dom jeden, lecz wszystkie tak zniknąć powinny,
Bo już nad całą ziemią panują Erynny.
Zda się, że wszyscy zbrodni poprzysięgli wiarę.
Spełnię wyrok, odniosą zasłużoną karę«,
Część zgromadzonych jawnie głos Jowisza chwali;
Ci go jątrzą, ci tylko w milczeniu słuchali,
Lecz wszystkich los człowieka do litości budzi.
Osierocona ziemia czem będzie bez ludzi?
Od kogo na ołtarzach ofiary mieć będą?
Czy tylko dzikie zwierze cały świat posiędą?

Pytają; Jowisz na to: »Moje w tem staranie;
Bądźcie spokojni; wkrótce cudownie powstanie
Dawnemu niepodobne i cnotliwsze plemię!«
Już miał swe gromy ciskać na przelękłą ziemię;
Lecz z obawy, by pożar, wszczęty od pioruna,
Eteru nie ogarnął, nie spalił bieguna,[3]
I pomny, że wyroków wolą niecofnioną
Kiedyś morza i ziemia i niebiosa spłoną
I cały świat powszechna ogarnie zagłada,
Ukute przez Cyklopów pioruny odkłada;
Inszą karą chce zniszczyć ziemian ród zuchwały,
Chce, by wszystkich chmur z nieba deszcze razem lały.


Przypisy

  1. Styks. Przysięga złożona przez boga na tę rzekę podziemną, musiała być dotrzymana, gdyż inaczej bóg tracił swą nieśmiertelność.
  2. T.j. lasy na górach licejskich (mons Lycaeus w Arkadji).
  3. Biegun, na którym się obraca sklepienie niebieskie, tu synekdocha: niebo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.