Przebudzenie. Do wynajęcia/Część II/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Przebudzenie. Do wynajęcia
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1930
Druk Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. To Let
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII
KĘS MIĘDZY ZĘBAMI

Świadomość, że się rozpoczyna akcja przeciwko wszystkim, jest dla niektórych natur pewnego rodzaju ulgą moralną. Fleur, opuszczając dom Juny, nie czuła wyrzutów sumienia. Wyczytując wyrok potępiający i niechęć w błękitnych oczach swej małej krewniaczki, cieszyła się, że ją oszukała, i czuła wzgardę dla Juny za to, że ta podtatusiała idealistka nie zmiarkowała, jaki cel przywiódł Fleur do niej.
Doprawdy, trzeba już z tem skończyć!... Wkrótce pokaże się im wszystkim, że się dopiero zaczęło! Na myśl tę Fleur uśmiechała się sama do siebie, siedząc na szczycie autobusu odwożącego ją do Mayfair. Wkrótce jednak uśmiech ten zamarł, zdarty spazmami przewidywań i niepokojów. Czy ona potrafi dać sobie radę z Jonem? Wzięła ten kęs w zęby, ale czy potrafi nakłonić i jego, by uczynił to samo? Ona znała prawdę i prawdziwe niebezpieczeństwo zwłoki — on nie wiedział ani o jednem ani o drugiem; w tem właśnie leżała cała różnica.
— Przypuśćmy, że mu to powiem — myślała — czy to naprawdę będzie pewniejsza droga?
Ten podły los nie ma prawa niweczyć ich miłości — tego winien sobie Jon zdać sprawę. Nie mogą przecie na to pozwolić. Ludzie zawsze w czas pewien godzą się z dokonanym faktem. Od tej refleksji filozoficznej — dość głębokiej na wiek jej młody — przeszła do innych, nie tak filozoficznych, rozważań. Jeżeliby namówiła Jona do rychłego i tajnego małżeństwa... to i cóż wtedy?... Jon nienawidził krętactwa... A więc może byłoby lepiej powiedzieć mu wszystko? Jednakże poryw ten zmroziło przypomnienie twarzy jego matki. Fleur zlękła się. Matka miała nad nim władzę, większą niż ją mieć mogła ona sama. I któż mógłby powiedzieć? Zbyt wielkie byłoby ryzyko! Pogrążona głęboko w tych odruchowych kalkulacjach minęła Green Street i dojechała do Hotelu Ritz. Wysiadłszy tam, wróciła nazad w stronę Green Parku. Burza obmyła wszystkie drzewa; ociekały jeszcze wodą. Ciężkie krople spadały na jej suknię. Ażeby ich uniknąć, przeszła na drugą stronę, przed samym frontem klubu Iseeum. Spojrzawszy przypadkowo w górę, spostrzegła Monsieur Profonda, stojącego wraz z jakimś wysokim panem we wnęce okna. Skręciwszy w Green Street, posłyszała, że ktoś woła ją po imieniu — i ujrzała „łazika“ podchodzącego ku niej. Zdjął przed nią kapelusz — błyszczący cylinder, do jakiego zawsze czuła szczególną odrazę.
— Dobry wieczór, panno Forsyde. Czy nie mogę dla pani uczynić jakiej małej rzeczy?
— Owszem, niech pan przejdzie na drugą stronę.
— Powiadam pani!... Czemu pani mnie nie lubi?
— Ja?... pana?...
— Tak to wygląda.
— No tak... więc dlatego, że pan we mnie wzbudził myśl, iż na świecie żyć nie warto.
Monsieur Profond uśmiechnął się.
— Ależ, panno Forsyde, proszę się nie martwić! Niechże sobie tak i będzie! Nic nie trwa wiecznie.
— Niektóre rzeczy trwają — zawołała Fleur — przynajmniej u mnie... zwłaszcza sympatje i antypatje.
— No, to mnie naprawdę czyni nieszczęśliwym.
— Sądziłabym raczej, że pana wogóle nic nigdy nie zdoła uczynić szczęśliwym lub nieszczęśliwym.
— Nie lubię robić przykrości drugim. Wybieram się w podróż na innym małym jachcie.
Fleur spojrzała nań zaskoczona.
— Dokąd?
— W małą podróż na morza południowe lub gdzieindziej — odrzekł Monsieur Profond.
Fleur doznała ulgi, a jednocześnie czuła jakby jakąś zniewagę. Oto człowiek ten niedwuznacznie dawał poznać, że zrywa z jej matką. Jakąż miał on czelność, że zerwawszy raz już czyjeś węzły, ważył się teraz na nowe zerwanie?
— Dobranoc, panno Forsyde! Proszę się ode mnie kłaniać pani Dartie. Dalibóg, nie jestem tak zły, jak się zdaje. Dobranoc!
Fleur zostawiła go tak, stojącego z podniesionym w górę kapeluszem. Obejrzawszy się ukradkiem, zobaczyła, że szedł — poważnie i z miną niewiniątka — zpowrotem w stronę klubu.
— On nie umie nawet kochać z przekonaniem — pomyślała. — Co teraz zrobi matka?
Tej nocy miała wiele snów niemiłych. Wstała ociężała i niewypoczęta, i odraz u zabrała się do studjcwania almanachu Whitakera. Kto ma w sobie krew Forsytów, ten instynktownie odczuwa, że fakty bywają prawdziwem kołem udręki w każdej sprawie i sytuacji. Być może, iż udałoby się jej przezwyciężyć skrupuły Jona, jednakże bez dokładnej maszynerji, któraby zdołała doprowadzić do skutku ich desperacką decyzję, wszystko nie zdało na nic. Z nieocenionej księgi dowiedziała się, że oboje muszą mieć lat dwadzieścia jeden, by móc stanowić o sobie; inaczej, potrzebne było czyjeś zezwolenie, w danym wypadku zgoła nieosiągalne... Potem zgubiła się We wskazówkach, odnoszących się do licencyj, certyfikatów, zastrzeżeń, dystrykcyj, aż nakoniec doszła do wyrazu „krzywoprzysięstwo“. Jednakże to wszystko było zgoła niedorzeczne! Któż mógłby naprawdę myśleć o tem, że podają fałszywe daty metrykalne, by pobrać się z miłości?...
Ledwie przegryzłszy coś na śniadanie, wróciła znów do Whitakera. Im więcej zagłębiała się w niego, tem mniej czuła się pewną — aż wkońcu, od niechcenia przerzucając kartki, doszła aż do Szkocji. Tam, jak się okazało, można się pobrać bez tych wszystkich głupich restrykcyj. Dość było tylko pojechać tam i zamieszkać przez 21 dni, potem zaś mógł przyjechać Jon... i w obecności dwóch świadków oświadczyliby, że się pobierają z sobą... i, co więcej, pobraliby się naprawdę! Tak, to byłoby najlepsza droga do celu! I naraz Fleur zaczęła sobie przypominać dawne swe koleżanki szkolne. Oto w Edynburgu mieszkała Mary Lambe, zawołana figlarka! Pozatem mieszkał tam i jej brat. Możnaby więc zamieszkać u Mary Lambe, która wraz z bratem mogłaby służyć jej za świadka. Fleur dobrze wiedziała, że niektóre jej równieśniczki uznałyby to wszystko za niepotrzebną fatygę, jako, że wystarczyłoby wyjechać jej wraz z Jonem kędyś daleko, a potem oświadczyć rodzinie: Jesteśmy sobie poślubieni przez naturę, teraz powinniśmy wziąć ślub wobec prawa.
Jednakże Fleur zbyt wiele miała w sobie krwi Forsytowskiej, by nie odczuć niewłaściwości podobnego postępku — bała się stanąć przed ojcem, gdyby o tem posłyszał. Zresztą nie wierzyła, by Jon zdobył się na coś podobnego; miał on bowiem o niej tak wysokie mniemanie, że nie należało tegoż uszczuplać. Nie! lepiej było zamieszkać u Mary Lambe, zwłaszcza, że sama pora roku zachęcała do tego, by udać się do Szkocji. Nabrawszy już większej otuchy, spakowała się, minęła się z ciotką i wsiadła do autobusu, jadącego w stronę Chiswick. Przyjechała za wcześnie, wobec czego udała się do Kew Gardens. Nie zaznała spokoju wśród kwietnych rabatów, drzew opatrzonych etykietami i szerokich, zielonych przestrzeni; zjadłszy przeto parę bułeczek, nasmarowanych rybim pasztetem, i wypiwszy szklankę kawy, wróciła na Chiswick i zadzwoniła do Juny. Otworzyła drzwi Austrjaczka i poprosił ją do „małej jadalni“. Teraz, gdy Fleur wiedziała na co narażona jest wraz z Jonem, tęsknota za nim wzrosła dziesięciokrotnie, jakgdyby on był zabawką o ostrych kantach lub o trującej farbie, jaką usiłowano jej nieraz zabrać w dzieciństwie. Jeżeli nie uda się jej osiągnąć zamierzeń i dostać Jona w niepodzielne posiadanie, to ta strata będzie dla niej śmiercią prawie. Taką czy owaką drogą — ona musiała i chciała go zdobyć!
Ponad czerwonym piecem ceglanym wisiało okrągłe, śćmione lustro z bardzo starego szkła. Stanęła przed niem, przyglądając się własnemu odbiciu — widziała, że jest blada i że ma jakby cienie pod oczami; przez jej nerwy przebiegały ustawiczne, krótkie drgania. Naraz posłyszała dzwonek. Podkradłszy się ku oknu, zobaczyła Jona. Stał na przedprożu, gładząc włosy i wargi, jakgdyby i on starał się zapanować nad drganiem nerwów.
Usiadła w jednem z dwóch krzeseł trzcinowych, tyłem do drzwi, a gdy wszedł, zagadnęła go odrazu:
— Usiądź, Jonie, chciałabym z tobą pomówić poważnie.
Jon usiadł za stołem przy jej boku. Ona, nie patrząc na niego, mówiła dalej:
— Jeżeli nie chcesz mnie stracić, musimy się pobrać niezwłocznie.
Jon westchnął.
— Czemu? Czy stało się coś nowego?
— Nie, ale wyczułam to w Robin Hill i pomiędzy moją rodziną.
— Ale... — zająknął się Jon — w Robin Hill... wszystko poszło tak gładko... i nie robiono mi żadnych wymówek.
— W każdym razie chcą nam przeszkodzić. Mówiła mi to twarz twej matki... i mojego ojca.
— Czy widziałaś go od tego czasu?
Fleur skinęła głową. Cóż komu szkodzić mogło parę dodatkowych kłamstewek?
— Ale — oponował gorąco Jon — nie wiem, jak oni mogą po tylu latach żywić podobne uczucia?
Fleur spojrzała na niego.
— Pewnie już niedość mnie kochasz.
— Niedość cię kocham! Ależ... ja...
— Wobec tego polegaj na mnie zupełnie.
— I nic im nie mówić?
— Nic... aż dopiero po wszystkiem.
Jon zamilkł. O ileż starszym wydawał się jej teraz, niż w owym dniu — jakie dwa miesiące temu, gdy ujrzała go po raz pierwszy. Starszym zgoła o dwa lata!
— To bardzo zaboli mamę — zauważył.
Fleur cofnęła rękę.
— Zostawiam ci wolny wybór. Wóz albo przewóz.
Jon przechylił stół, opierając go o same kolana.
— Ale czemuż im tego nie powiedzieć? Oni chyba nie mogą nam przeszkodzić, Fleur!
— Mogą! Powiadam ci, że mogą!
— Jakim sposobem?
— Zapomocą nacisku pieniężnego... lub innego nacisku... Jesteśmy całkowicie zależni od nich w tych rzeczach. Mnie już brak cierpliwości, Jonie.
— Ale w ten sposób ich oszukujemy.
Fleur wstała.
— Ty chyba mnie nie kochasz... w przeciwnym razie nie wahałbyś się ani na chwilę. „On albo losu swego zbyt się lęka...“
Podniósłszy ręce ku jej kibici, Jon zmusił Fleur, by usiadła. Ona jęła mówić pośpiesznie:
— Ułożyłam już wszystko. Musimy tylko wyjechać do Szkocji. Gdy już się pobierzemy, oni wnet się z tem pogodzą. Ludzie zawsze godzą się z faktem dokonanym. Czy tego nie widzisz, Jonie?
— Ale tak boleśnie ich ranić!
Aha! więc on woli raczej ją urazić, niż ich!
— A więc dobrze! pozwól, że sobie pójdę!
Jon wstał i plecami zasłonił drzwi.
— Nie wątpię, że masz rację — rzekł powoli — ale chciałbym to rozważyć!
Widziała, że kipią w nim uczucia, które chciałby wyrazić — jednakże ani myślała przyjść mu z pomocą. W tej chwili nienawidziła samej siebie i omal i jego nie znienawidziła. Czemuż to ona ma czynić wszelkie zabiegi, by ubezpieczyć miłość ich dwojga? To niepięknie! Wtem ujrzała jego oczy, pełne uwielbienia i zgryzoty.
— Nie patrz tak, Jonie! Przecież ja tylko... nie chcę cię utracić!
— Nie możesz mnie utracić, póki mnie pragniesz.
— Owszem, owszem, mogę.
Jon położył ręce na jej barkach.
— Fleur, ty wiesz o czemś, i nie chcesz mi tego powiedzieć!
Było to właśnie owo bezpośrednie pytanie, którego lak się lękała. Spojrzała mu prosto w oczy i odpowiedziała:
— Nie.
Spaliła mosty za sobą; cóż to jednak znaczyło wobec faktu, że oto jego sobie zdobędzie! On jej przebaczy!... I zarzuciwszy mu ręce na szyję, pocałowała go w usta. W tej chwili osiągnęła nad nim przewagę! Czuła to w biciu jego serca, wtórzącem jej sercu, i w przymknięciu jego powiek.
— Chcę się upewnić! Chcę się upewnić! — szeptała. — Obiecaj!
Jon nie odpowiadał. Twarz jego osłonięta była ciszą niezmiernego niepokoju. Wkońcu ozwał się:
— Zdaje się, że ich to zaboli. Muszę nieco pomyśleć, Fleur. Muszę pomyśleć.
Fleur wysunęła mu się z objęć.
— Och! dobrze, dobrze!
I naraz wybuchnęła płaczem — co był skutkiem rozczarowania, wstydu i nadmiernego naprężenia nerwów. Nastąpiło pięć minut przykrego bólu i rozpaczy. Rozrzewnienie Jona i jego wyrzuty sumienia nie miały granic — jednakże nie obiecywał niczego. Ona miała chęć krzyknąć:
— Dobrze więc... skoro mnie nie kochasz... to dowidzenia!
Jednakże nie mogła na to się zdobyć. Od dzieciństwa nawykła do samowolnego postępowania — i oto zaskoczył ją i wpoprzek stanął jej zamysłom ten sprzeciw młodzika tak czułego i tak jej oddanego. Chciała go odepchnąć od siebie... spróbować, co można osiągnąć gniewem i oziębłością... i znów zdobyć się na to nie mogła. Świadomość, że oto zamierzała rzucić go naoślep w wir rzeczy nieodwołalnych, osłabiła wszystko — osłabiła szczerość uporu i szczerość namiętności; nawet pocałunki nie miały tego powabu, jakiego w nich pożądała. To burzliwe, choć krótkie, spotkanie zakończyło się bez ostatecznych decyzyj.
— Czy można herbaty, gnädiges Fräulein?
Odtrąciwszy Jona od siebie, zawołała:
— Nie, dziękuję pani! Właśnie odchodzę!
I zanim mógł ją powstrzymać, wybiegła z pokoju i znalazła się na ulicy.
Szła ukradkiem, ocierając zczerwienione, poplamione policzki — strwożona, gniewna, do ostateczności nieszczęśliwa. Tyle wysiłków i udręki kosztowało ją podżeganie Jona do czynu — jednakże nie udało się uzyskać ani cienia stanowczej decyzji, a choćby i obietnicy! Lecz im mniej pewna i bardziej ryzykowna była przyszłość, tem głębiej w sam miąższ serca zapuszczała swe włośniki „wola posiadania“ — niby jakiś pasorzyt wgryzający się w swe podłoże!
Na Green Street nie było nikogo. Winifreda z Imogeną poszły na jakieś przedstawienie, o którem jedni mówili, że jest alegoryczne, drudzy zaś, że „bardzo pieprzne (wie pan co?)...“ Ten właśnie drugi wzgląd skłonił Imogenę i Winifredę do pójścia na to widowisko.
Fleur wyjechała do Paddington. Dech cegielni w West Drayton i woń późnych sianokosów, wbiegając do wagonu, muskały łagodnie jej twarz, jeszcze zaczerwienioną. Kwiaty wpierw zdawały się zapraszać ją, by je zerwała — teraz wszystkie wydawały się kolczate i parzące. Atoli ów kwiat złocisty w wieńcu kłosianym wydawał się jej zawziętemu umysłowi jeszcze piękniejszym i jeszcze bardziej godnym pożądania.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: Józef Birkenmajer.