Pretendent z Ameryki/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ VII.

Przyszedłszy do swego pokoju, lord Berkeley zaczął czynić przygotowania do pierwszego i ostatniego obowiązku podróżującego anglika — skreślenia w dzienniku swoich „wrażeń”. Przygotowania polegały na wyszukaniu w kufrze pióra. Na stole, obok kałamarza, leżało pełno piór, ale on był anglikiem. Anglicy wyrabiają pióra dla dziewięciu dziesiątych całego świata, ale sami nigdy ich nie używają. Posługują się przedhistorycznem piórem gęsiem. Mój pan znalazł nietylko pióro, ale pióro najlepsze, jakie widział w przeciągu ostatnich lat — i pisząc przez czas pewien przykładnie, zakończył następującym ustępem:
„W jednej rzeczy popełniłem ogromny błąd. Powinienem był pozbyć się tytułu i zmienić nazwisko, zanim wylądowałem“.
Przez chwilę wpatrzył się w pióro, poczem ciągnął:
„Wszystkie usiłowania zmieszania się z tłumem i stania się jednym z wielu, pójdą na marne, dopóki nie uwolnię się od niego, nie wyrwę z niego i nie zjawię pod solidną opieką nowego nazwiska. Jestem zdumiony i zasmucony, do jakiego stopnia ci amerykanie pragną zawrzeć znajomość z lordem i jak chętnie okazują mu względy. Brak im angielskiej służalczości, to prawda, ale mogą ją nabyć przez praktykę. Piszę swoje nazwisko rodzinne bez tytułów w regestrze hotelowym i łudzę się, że wezmą mnie za zwykłego, nieznanego wędrowca, ale służący woła nagle: Front! zaprowadź mylorda do numeru 82! i zanim zdążyłem wejść do windy, już zjawia się reporter na wywiad ze mną, jak oni tu mówią. To się musi odrazu skończyć. Pierwszą rzeczą jutro rano będzie odnalezienie Amerykańskiego Pretendenta, spełnienie misji, zmiana mieszkania i ucieczka przed natrętami. Pod fałszywem nazwiskiem“.
Zostawił dziennik na stole, na wypadek, gdyby nowe „wrażenie“ nawiedziło go w nocy, poczem położył się i zasnął natychmiast. Przeszła godzina lub dwie, gdy zaczął sobie powoli uprzytamniać wzmaganie się tajemniczych dźwięków, szturmujących do bram jego świadomości. W następnej chwili obudził się zupełnie, i dźwięki ze zgiełkiem, szumem i gwarem nieokiełznanego strumienia uderzyły o jego uszy. Otwieranie i trzaskanie okiennic; otwieranie okien i dźwięk tłuczonego szkła; tupot biegnących nóg po hallach; krzyki, błagania, głuche wołania rozpaczy wewnątrz, ochrypły głos komendy z zewnątrz. Trzeszczenie i grzechotanie, i powietrzny ryk zwycięskich płomieni!
Puk-puk-puk do drzwi i krzyk!
— Uciekaj! Dom się pali!
Krzyk ucichł i stukanie. Lord Berkeley wyskoczył z łóżka, z największym pośpiechem pobiegł do szafy z ubraniem po przez ciemności i duszący dym, ale zachłysnął się i runął na krzesło. Rozpaczliwie pełzał na czworakach i nagle uderzył głową o stół, co napełniło go głęboką wdzięcznością, bowiem odzyskał przytomność. Stół stał przy drzwiach. Pochwycił swój największy skarb, notowane „Wrażenia z Ameryki“ i wybiegł z pokoju.
Biegł przez pustą sień do czerwonej lampy, wskazującej, jak wiedział, kierunek, w którym należało się ratować. Drzwi obok były otwarte; gaz palił się jasno. Na krześle leżała kupa ubrania. Podbiegł do okna; nie mógł go otworzyć, ale rozbił je krzesłem. Ujrzał pod sobą tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, stłoczonych w jaskrawem świetle. Czy ma zeskoczyć w nocnym negliżu? Nie — ta część domu nie była jeszcze objęta ogniem. Powinien schwycić coś z ubrania. Co też uczynił. Leżało nieźle, chociaż nieco luźno, i nieco workowato. Podobnie kapelusz nieznanego mu fasonu, gdyż styl Buffalo-Bill nie doszedł jeszcze do Anglji. Jedna część kurtki weszła, ale druga nie chciała. Jeden rękaw był wywrócony i przymocowany do pleców. Spojrzał w dół, nie starając się go odpruć zeskoczył szczęśliwie i był przez policję usunięty poza linję ogniową.
Kapelusz cowboy’ski i kurtka uczyniły zeń ośrodek ciekawości tłumu, chociaż trudno o większy szacunek, powiedziałbym uniżoność, jak ta, którą okazywał mu tłum. W myśli sformułował uwagę, dla zanotowania jej w dzienniku: „Wszystko stracone! Poznają lorda pomimo przebrania i okazują mu szacunek — powiedziałbym nawet coś w rodzaju strachu“.
Nagle jeden z wieńca gapiących się i zachwyconych chłopców odważył się zadać mu pytanie. Mylord odpowiedział. Chłopcy spojrzeli na siebie zdumieni, poczem skądciś zabrzmiał komentarz:
— Angielski cowboy! No, jeżeli to nie jest ciekawe?!
Oto druga uwaga, przeznaczona do dziennika: „Cowboy — co znaczy cowboy? Może...“ Ale wicehrabia zauważył, że ilość pytań wzrasta. A więc wyszedł z tłumu, odczepił rękaw, włożył w kurtkę i poszedł na poszukiwanie skromnego i ubogiego mieszkania. Znalazł je, położył się i wkrótce zasnął.
Zrana zbadał ubranie. Było raczej zastanawiające — zauważył — ale w każdym razie nowe i czyste. W kieszeniach znajdowała się pokaźna suma. Razem pięć studolarowych banknotów. Również około 50 dolarów srebrem i drobnemi banknotami. Zwitek tytoniu; książka z hymnami, która nie chciała się otworzyć; okazało się, że zawiera whisky. Notatnik bez nazwiska. W nim rozproszone zapiski, dotyczące (pismo niewprawne) umów, zakładów itd. z ludźmi o dziwnych, zagadkowych nazwiskach: Sześciopalcowy Jake, Młodzieniec — bojący się — własnego — cienia itd. Żadnego listu, żadnego dokumentu.
Młodzieniec nasz myśli, bada swoje położenie. Jego książeczka czekowa spłonęła. Pożyczy z tej oto kieszeni drobne banknoty i srebro, część użyje na odnalezienie właściciela, a resztę na swoje utrzymanie, zanim nie znajdzie pracy. Posyła po pisma poranne i czyta szczegóły pożaru. Najgrubsze czcionki w tytule ogłaszają jego śmierć! Korpus artykułu dostarcza szczegółów. Mówi, jako on, z wrodzonem bohaterstwem swojej sfery ratował kobiety i dzieci, aż dla niego ratunek stał się niemożliwy; jak potem, pod spojrzeniem załzawionych oczów tłumu stał ze skrzyżowanemi rękoma, oczekując zbliżenia pożerających płomieni: „i tak stojąc pośród zbliżających się chmur dymu, młody szlachetny spadkobierca wielkiego domu Rossmore został otoczony płonącą aureolą i zniknął nazawsze z oczu ludzkich“.
Opis był tak piękny, wspaniały, królewski, że młodzieńcowi zwilgotniały oczy. Poczem powiedział: „Jest jasne jak dzień, co mam teraz zrobić! Lord Berkeley umarł — niech spoczywa w spokoju. Umarł nieposzlakowanie To ułatwi memu ojcu zniesienie ciężkiego ciosu. Teraz nie potrzebuję odwoływać się amerykańskiego Pretendenta. Tak, trudno o lepszy obrót sprawy! Wystarczy mi tylko zaopatrzyć się w nowe nazwisko i bez przeszkód iść po nowej linji życia. Teraz po raz pierwszy oddycham swobodnie. O, jakże ten powiew wolności jest świeży, natchniony, łagodny! Nareszcie jestem człowiekiem! człowiekiem równym memu sąsiadowi przez człowieczeństwo! Tylko przez nie wzniosę się i zobaczę świat, albo zginę z powierzchni, jeżeli na to zasłużę. To najszczęśliwszy, najwznioślejszy dzień, jaki kiedykolwiek słońce zesłało na moją głowę!“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.