Pretendent z Ameryki/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ VI.

Po pewnym czasie zwłoki bliźniąt przybyły i ostały oddane wielkiemu kuzynowi. Próby opisania gniewu starego pana nie doprowadziłyby do niczego i byłyby zaledwie nędzną odbitką istoty rzeczy. Jednak uspokoiwszy się i opanowawszy, doszedł on do wniosku, iż bliźnięta miały pewne prawa moralne, nie mając żadnych innych. Płynęła w nich jego krew, i byłoby niepięknie traktować je jako zwykłe prochy. A więc wraz z całym ich majestatem ustawił ciała w kościele Cholmondeley, zachowując ceremonjał i pompę i uświetniając to swoją postawą, pełną żalu. Umieścił herb na katafalku.
Nasi waszyngtońscy przyjaciele przeżywali ciężkie dni, oczekując na Pete’a i obsypując nazwisko jego wyrzutami z powodu tej nieszczęsnej zwłoki. Tymczasem Sally Sellers, tak praktyczna i demokratyczna jak lady Gwendolina Sellers była romantyczna i arystokratyczna, prowadziła czynne życie, starając się wyciągnąć jak najwięcej korzyści ze swego podwójnego bytu. W zaciszu swojej pracowni Sally Sellers we dnie zarabiała na chleb dla rodziny Sellersów. Wieczorami lady Gwendolina Sellers podtrzymywała godność Rossmore’ów. We dnie była praktyczną amerykanką, dumną z pracy swojej głowy i rąk, oraz z handlowych rezultatów tej pracy. Wieczorami próżnowała, przebywając w nieistniejącym świecie utytułowanych i ukoronowanych postaci. We dnie dom rodzinny był dla niej pospolitą zrujnowaną starą dziurą; w nocy przeistaczał się w Rossmore Tower. Nie wiedząc nawet o tem, nauczyła się w kolegjum szyć. Dziewczęta odkryły, że sama tworzy modele dla swoich strojów. Od tego czasu nie miała chwili wytchnienia. Gdyż możność rozwijania swoich talentów jest najwyższą rozkoszą życia, a uznano powszechnie, że Sally Sellers posiada talent w dziedzinie rysowania kostjumów. Już w trzy dni po przybyciu do domu dostała robotę. Zanim Pete przybył do Waszyngtonu, a bliźnięta spoczęły nazawsze w ziemi angielskiej, Sally była zarzucona pracą, a wskazówka rodzinnego chronometru długów opadła bardzo widocznie.
— Prawdziwy z niej zuch! — mówił Rossmore do majora.
— Wykapany ojciec! Gotowe do pracy głowa i ręce — i nie wstydzi się pracy! Zręczna, bardzo zręczna — wykona wszystko. Urodziła się dla powodzenia, nie wie, co to klęska. Tak, do gruntu praktyczna amerykanka — przez wdychanie tych cech narodowych, a jednocześnie i prawdziwa europejska arystokratka przez odziedziczenie szlachetnej krwi. Zupełnie jak ja: Mulberry Sellers w kwestjach pieniężnych i wynalazków. Po godzinach urzędowych — co widzisz? Te same suknie, oczywiście. Ale co w nich? Rossmore, par!
Obaj przyjaciele codziennie śpieszyli do głównego Urzędu Pocztowego. Ostatecznie otrzymali nagrodę. Nad wieczorem dnia 20 maja, wręczono im list do X. Y. Z. Miał markę waszyngtońską. Opiewał:
„Za jesionem w aleji Czarnego Konia. Jeśli obejdziecie kwaterę i usiądziecie tam jutro rano 21 maja o dziewiątej minut 22, ani wcześniej ani później, czekajcie na mnie”.
Przyjaciele zastanowili się głęboko nad owym listem. Nagle earl powiedział:
— Zauważyłeś? On się obawia, że jesteśmy szeryfami i mamy nakaz aresztowania.
— Dlaczego?
— Bo to nie jest miejsce dla siesty. Niema w niem nic miłego, nic towarzyskiego. A zresztą ktoś, kto nie pokazując się, zechce zbadać, kto usiądzie na jesionowej barjerze, może stanąć na rogu ulicy? spojrzeć sobie w aleję — nie widzisz tego?
— Tak, jego plan jest dla mnie teraz jasny. Wydaje mi się człowiekiem, który nie potrafi być uprzejmy ani szczery. Postępuje tak, jak gdyby podejrzewał, że my — wolałbym żeby zachował się jak mężczyzna i wskazał nam hotel...
— W sednoś trafił, Waszyngtonie! W sednoś trafił! to właśnie nam powiedział.
— Czyżby?
— Tak. Ale mimowoli. Ta aleja, to samotna mała ścieżka, która biegnie koło New Godsby. To właśnie ten hotel!
— Jak na to wpadłeś?
— Wiem wszystko. Wynajął pokój naprzeciw latarni. Będzie sobie sterczał wygodnie za żaluzją jutro o 10 m. 22, a kiedy zobaczy, że usiedliśmy na barjerze, powie sobie: „Widziałem jednego z nich w pociągu” — spakuje w pół minuty manatki i czmychnie na koniec świata!
Rozczarowanie przyprawiło Hawkinsa o mdłości.
— O Boże! wszystko stracone! Tak, pułkowniku, on to zrobi!
— Z pewnością nie.
— Nie? dlaczego?!
— Ponieważ ty nie będziesz siedział na jesionowej barjerze, a ja. Ty zjawisz się w towarzystwie oficera i nakazem aresztowania — w pełnym mundurze — mówię o oficerze — w chwili kiedy zauważysz, że zaczął ze mną rozmawiać.
— Boże, co za głowę ma pułkownik Sellers! Nigdy w życiu nie przyszłoby mi to na myśl!
— Ani żadnemu earlowi Rossmore — od kontrybucji złożonej przez Wilhelma Zdobywcę począwszy, a kończąc na Mulberrym, jako na earlu. Ale, widzisz, są to godziny urzędowe i earl śpi we mnie. Chodź, pokażę ci jego pokój.
Około godziny dziewiątej wieczorem udali się pod hotel New Godsby i doszli aleją do wymienionej latarni. — Oto są! — zawołał pułkownik z triumfem, wskazując ręką w kierunku hotelu. Oto są — czy ci nie mówiłem?!
— Tak, ale pułkowniku, to przecież sześć pięter. Nie mogę wymiarkować, które okno...
— Wszystkie, wszystkie! Niech sobie wybiera! Jest mi to obojętne teraz, kiedym go już umiejscowił. Idź na róg i czekaj. Spenetruję hotel.
Earl przeszedł tam i z powrotem, przez liczne przedsionki, poczem stanął w oczekującej pozycji w sąsiedztwie windy. Przez godzinę tłumy zjeżdżały i wjeżdżały; wszyscy mieli kończyny w porządku; nareszcie obserwator musnął spojrzeniem kogoś, kto go mógł zadowolić — musnął spojrzeniem jego plecy, przez brak czujności przeoczywszy sposobność zajrzenia mu w twarz. Zobaczył kapelusz cowboy’a, pod nim wełniany wór, raczej luźny i pusty rękaw zwisający na plecy. Poczem winda uniosła zjawisko owo w górę, a wartownik wybiegł w radosnem podnieceniu i odszukał towarzysza konspiracji.
— Mamy go, majorze, mamy napewno! Widziałem go, widziałem wyraźnie. Mniejsza o to, gdzie lub kiedy ten człowiek pokaże mi się plecami — poznam go zawsze. Udało nam się! Teraz po nakaz!
Zyskali go po korowodach koniecznych w takich wypadkach. Ale o wpół do jedenastej byli już w domu, szczęśliwi, i położyli się, marząc o wielkich niespodziankach, jakie im Jutro gotuje.
Pomiędzy osobami jadącemi windą, znajdował się młody kuzyn Mulberry Sellersa, ale Mulberry nie wiedział o tem i nie widział go. Był to wicehrabia Berkeley.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.