Pretendent z Ameryki/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ VIII.

Gwar kłótni przycichł w oddali, zmienił się w szmer, i earl dodał:
— Niech Bóg zlituje się nad moją duszą, Hawkins!
Numer porannego dziennika wypadł z drżących rąk pułkownika Sellers.
— Co się stało?
— Umarł! Piękny, młody, utalentowany, najszlachetniejszy ze swego znakomitego rodu! umarł! odszedł śród płomieni i niewymownej sławy!
— Kto?
— Mój bezcenny, bezcenny młody kuzyn — Kirkendbright - Llanover - Marioribanks Sellers wicehrabia Berkeley, syn i spadkobierca uzurpatora Rossmore...
— Nie!!
— To prawda! zbyt bolesna prawda...
— Kiedy?
— Zeszłej nocy!
— Gdzie?
— Tu, na miejscu, w Waszyngtonie, dokąd przybył wczoraj wieczorem, jak głoszą dzienniki.
— Nie twierdzisz chyba...
— Hotel się spalił.
— Jaki hotel?
— New Gadsby.
— O Boże! więc straciliśmy obu?!
— Jakto obu?
— Jednorękiego Pete!...
— O do kroćset! zapomniałem o nim. Nie, mam nadzieję, że nie...
— Nadzieję! Och, powiadam! Ależ my nie możemy go stracić! Łatwiej zniesiemy stratę miljona wicehrabiów, niż naszą jedyną podporę i ratunek.
Uważnie przewertowali dziennik i dowiedzieli się, iż widziano jak jednoręki człowiek biegł w bieliźnie przez hall hotelowy; widocznie stracił głowę ze strachu. Ponieważ nie chciał słuchać żadnych perswazyj i uparł się biedz po schodach, które napewno prowadziły go na śmierć, los jego uważano za przesądzony.
— Biedny chłopak — mówił Hawkins. — A tuż obok miał przyjaciół... Szkoda, żeśmy stamtąd odeszli, może udałoby się nam go uratować.
Earl spojrzał na niego i powiedział spokojnie:
— Śmierć jego nie ma wielkiego znaczenia. Przedtem był niepewny. Teraz mamy go w rękach.
— Jego? Jakto?
— Zmaterializuję go.
— Rossmore, nie kpij, nie kpij ze mnie! Czy mówisz na serjo? Czy potrafisz to zrobić?
— Z taką samą pewnością, z jaką ty tu siedzisz. I zrobię.
— Daj mi rękę; niech będę miał przyjemność ją uścisnąć! Ginąłem, a ty natchnąłeś mnie nowem życiem... Zabierz się do tego, och, zabierz się do tego natychmiast!
— To zajmie nieco czasu, Hawkins — chociaż nie przedstawia najmniejszej wątpliwości Hawkins, w tych okolicznościach. Ale spadły na mnie pewne obowiązki, które pochłaniają, całą moją uwagę. Ten szlachetny młodzieniec...
— Wstydzę się, że mam tak zatwardziałe serce, kiedy ty jesteś przybity nową katastrofą rodzinną. Oczywiście przedewszystkiem powinieneś zmaterjalizować tamtego, to przecież rozumiem.
— Och, właściwie nie to miałem na myśli — uważałem... No oczywiście, że i jego muszę zmaterializować. O, Hawkins, egoizm jest podstawą natury ludzkiej... Myślałem, że teraz, kiedy syn uzurpatora zeszedł mi z drogi... Ale ty wybaczysz mi to chwilowe zapomnienie i nie będziesz o nim pamiętał! Zapomnij raz nazawsze, że Mullberry Sellers był zdolny pomyśleć to, co ja myślałem... Zmaterjalizuję go, zmaterjalizuję — słowo daję! Zrobię to choćby miał on być tysiącem spadkobierców (zawartych w jednym i zwartym szeregiem zagradzających prawowitemu earlowi drogę do dóbr Rossmore!)
— Teraz przemówił prawdziwy Sellers — tamten miał fałszywy ton, stary przyjacielu!
— Słuchaj mój chłopcze, przypomniałem sobie coś, o czem zapomniałem ci powiedzieć — coś, co powinniśmy mieć na uwadze!
— Cóż takiego?
— Musimy zachować zupełne milczenie o tem, co dotyczy owej materjalizacji. Pamiętaj — najmniejsza aluzja nie powinna się wyrwać z naszych ust, najmniejsza! Nie mówiąc już o tem, jakby to przyjęły moja żona i córka, istoty wrażliwe i czułe, ale żaden negr nie zostałby tu ani chwilki!
— To prawda, nie zostałby. Dobrze, żeś to powiedział, bo z natury nie jestem dyskretny w języku, chyba, że mnie uprzedzą.
Sellers wstał i nacisnął dzwonek w ścianie. Utkwił oczy w tylne drzwi i czekał; nacisnął go znowu i znowu czekał; i właśnie kiedy Hawkins uniósł się zachwytem, że pułkownik jest najzdolniejszym i najbardziej postępowym ze wszystkich ludzi (zaprowadzając w swem mieszkaniu wszystkie nowe wynalazki zaraz po ich ogłoszeniu i twarzą w twarz stając z wielkim tamburmażorem cywilizacji) pułkownik zostawił w spokoju dzwonek (nie połączony z baterją), wziął w rękę wielki dzwon, stojący na stole i zauważył, że wypróbował ostatnio suchą baterję i ma jej zupełnie dosyć, poczem dodał:
— Dzwonek Grahama jest do niczego, ale musiałem go wypróbować. I powiedzieć, że sam fakt tego próbowania pokazałby publiczności, co to jest warte. Mówiłem mu, że w teorji sucha bateria jest piękna jak anioł, ale w praktyce — oto skutek! Czy nie miałem słuszności? I cóż ty na to, Waszyngtonie Hawkins? Widziałeś, że dwukrotnie naciskałem guzik. Czy nie miałem słuszności? To był pomysł. Czy nie wiedziałem, o czem mówię, czy nie wiedziałem?!
— Wiesz, co o tobie myślę, pułkowniku Sellers, i co zawsze myślałem. Zawsze mi się zdaje, że wiesz wszystko o wszystkiem. Gdyby ten człowiek znał ciebie, tak jak ja, poradziłby się ciebie odrazu i doprowadził swoją suchą baterję do tego, czem miała być.
— Pan dzwonić, Massa Sellers?
— Nie, massa Sellers nie dzwonił.
— To massa Waszyngton. Ja słyszeć massa.
— Nie, i massa Waszyngton również nie dzwonił.
— To kto dzwonić?
— Lord Rossmore dzwonił!
Stary murzyn rozłożył ramiona i zawołał:
— Niech mnie djabli porwać! Danek zapomnieć to nazwisko! Chodzić tu, Jimmy, chodzić tu!
Jimmy weszła.
— Czy spełnić to, co massa kazać? Pamiętać nazwisko? Mówić nazwisko, aż ja je pamiętać!
— Pamiętać, co pan kazać. Ale dzwonek dzwonić na ciebie. Jimmy być twoja murzyn może?
— Wyjaśnijcie to sobie i wytłumaczcie w kuchni!
— Człowiek ma nielada kłopot ze starymi sługami, którzy niegdyś byli twoimi niewolnikami, a zawsze przyjaciółmi.
— Tak — i członkami rodziny.
— Tak, członkami rodziny stają się z czasem. A bywa, że i panią i panem. Ci dwoje są bardzo poczciwi i oddani, porządni, ale niech ich! zawsze robią co chcą, wtrącają się do rozmowy, kiedy im przyjdzie ochota. Właściwie należałoby ich zabić!
Była to zwykła uwaga, ale nasuwała mu pewną myśl. Zresztą wszystko kończyło się w ten sposób.
— Chciałem zwołać rodzinę, Hawkins, i oznajmić jej żałobną wieść!
— W takich wypadkach nie zadawaj się nigdy ze służbą. Pójdę i poproszę wszystkich.
Gdy wyszedł, myśl earla pracowała nad nową ideą.
— Tak — powiedział. — Kiedy ulepszę możliwość materjalizowania, każę Hawkinsowi ich zabić — a potem będę miał nad niemi łatwiejszy nadzór. Nie wątpię, że zmaterjalizowanego negra można hipnotyzmem wprowadzić w stan, podobny milczeniu. Stan ten możnaby zrobić trwałym — lub zmiennym — zależnie od woli — czasami milczeliby jak grób, to znowu nakazałoby im więcej życia i energji. To pierwszorzędny pomysł! Można to osiągnąć przy pomocy śruby, czy czegoś w tym rodzaju.
Tu weszły dwie damy, zaproszone przez Hawkinsa i dwoje murzynów, nie proszonych przez nikogo. Oboje zaczęli sprzątać i zamiatać, zauważyli bowiem, że jest coś ciekawego na tapecie, i mieli ochotę poznać to coś dokładniej.
Sellers ogłosił wiadomość powagą i ceremonjami, łagodnie przygotowawszy uprzednio damy, iż nowy cios niezwykle przykry spadnie na ich serca — serca jeszcze obolałe po podobnym ciosie, jeszcze opłakujące podobną stratę, poczem wziął gazetę i drżącemi wargami i łzami w głosie odmalował obraz bohaterskiej śmierci kuzyna.
Rezultatem był szczery wubuch żalu i współczucia ze strony obu spadkobierczyń. Starsza dama płakała myśląc, jak dumną mogłaby być szlachetna matka młodego bohatera, gdyby żyła, oraz jak bezgranicznem byłoby jej zmartwienie.
Oboje starzy słudzy płakali również, wyrażając swój żal i boleść z wymowną szczerością i prostotą właściwą ich rasie. Gwendolina była wzruszoną, a romantyczna jej natura była głęboko przejętą. Oznajmiła, iż młodzieniec miał naturę naprawdę i głęboko szlachetną, prawie idealną; a gdy się dodało szlachetność urodzenia, jest on ideałem. Dla takiego człowieka gotowa jest przecierpieć wszystko, oddać wszystko, aż do poświęcenia mu własnego życia. Żałowała, że go nie zna; najlżejszy, najbardziej duchowy kontakt z taką duszą uszlachetniłby jej własny charakter. Odtąd niegodne myśli i czyny byłyby dla niej czemś niemożliwem.
— Czy zwłoki znaleziono, Rossmore? — spytała małżonka. — Tak, to znaczy znaleziono kilka. Jedne z nich muszą być jego, ale niepodobna rozpoznać.
— Co masz zamiar zrobić?
— Postaram się zidentyfikować zwłoki i odesłać je zrozpaczonemu ojcu.
— Czy widziałeś go kiedy, papo?
— Nie, Gwendolino. A dlaczego?
— Jakże je zidentyfikować?
— Hm — mówiłem ci, że niepodobna rozpoznać. Poślę ojcu pierwsze lepsze; niema co wybierać!
Gwendolina wiedziała, iż dyskusja nie doprowadzi do niczego, jeżeli ojciec wbił sobie w głowę możliwość osobiście i urzędownie odegrać rolę w tej żałosnej scenie.
Nie powiedziała ani słowa, dopóki nie zażądał koszyka.
— Koszyk, papo? Po co?
— Mogą być popioły...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.