Przejdź do zawartości

Popioły/Tom trzeci/W Warszawie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Popioły
Podtytuł Tom trzeci
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca J. Mortkowicza
Data wyd. 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom trzeci
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
W WARSZAWIE.

Po nocy, spędzonej w pustej szopie na żydowskiem przedmieściu Warszawy, a w pobliżu szubienicy miejskiej, Rafał ocknął się nadedniem. Szopa stała zdala od drogi, usłyszał jednak szczęk i turkot idących armat, taborów, piechoty. Wylazł ze swego legowiska i dopytał się u idących piechurów, że to nasi odstępują na całej linii. Ogarnęło go tępe zdumienie. Kiedy na początku tej nocy odchodził z Raszyna, cała armia kipiała od dumy z odniesionego zwycięstwa. Teraz ze wszystką swoją siłą uchodziła z placu! Jakże straszliwie dudniły armaty na tej nocnej drodze odwrotu! Jakże ciężki, znużony i grobowy był krok ustępującego żołnierza!
— Sasi uszli! — tłómaczono Rafałowi z szeregów.
— Niemiec Niemcu brat!
— Podłe psy saskie! ze środka bitwy w tył poszły...
— Tysiąc dwieście głów, stu pięćdziesięciu huzarów, dwanaście armat, wszystkie swoje trzy bataliony zebrali w kupę i uszli...
Rafał wmieszał się w szeregi i pociągnął z nimi. Po drodze rozpytywał się wciąż o brygadę Sokolnickiego. Dopiero rankiem powziął wiadomość, ze ten generał mianowany został naczelnikiem lewego skrzydła i że osłania niziny Powiśla od strony Wilanowa za Czerniakowskiemi i Mokotowskiemi rogatkami. Olbromski z małym oddziałem piechoty, który brnął samopas, powlókł się za okopami w tamtym kierunku.
O świcie dał się słyszeć daleki ogień tyralierski. Przemknął w rannej mgle jakiś oddziałek konny i zjechał w nizinę wilanowską. Na wzgórzu w okolicach Mokotowa zaczepiła Rafała straż gwardyi obywatelskiej i z wielkiemi ceremoniami powiodła do oficera, komenderującego wartą. Stary ów wiarus na pytania Rafała o generała Sokolnickiego nic pewnego powiedzieć nie chciał i kazał mu czekać w obozie gwardyi, na skraju Łazienkowskiego parku. Wyrosło tam istne miasteczko, wzniesione poprzedniego wieczora. Ze stołów, drzwi, okiennic, ławek i stołków pobudowali obrońcy miasta rodzaj chatek, szałasów, namiotów, a przedewszystkiem kuczek. Spali w tych schroniskach, nietylko sami, ale i ich rodziny, które przyniosły im zapasy i napoje. W chwili, gdy Rafał nadszedł, gwardya już była wstała, przebudzona nadzwyczaj niedelikatnie przez pułkownika Łubieńskiego i jego adjutanta Rokickiego.
Dowódcy ustawiali w szyku bojowym rozespanych mieszczan, gdyż od strony Piaseczna słychać było coraz bliżej strzały karabinowe. Rafał zatrzymał się w jednym z przygodnych szałasów, usiadł tam w kucki pod nakryciem drzwi, wyrwanych skądś z zawiasami, i zapadł w stan drzemania. Po dniu wczorajszym miał wciąż jeszcze huk w głowie. Z krótkiego snu wyrwało go silne targnięcie za ramię. Jakiś nieznany mu oficer budził go i wołał do generała.
Sokolnicki stał niedaleko na koniu. Był schlastany bryłami gliny [do galonów i kity na czapce. Ciżmów i amarantowych spodni nie widać było pod błotem. Twarz miał czarną i posępną od znużenia. Koń jego cały był w pianach. Para szła z niego.
Gdy Rafał przybiegł do strzemienia z ukłonem, generał zażartował:
— Tak to się sprawiasz, panie adjutancie? Po szałasach tej babskiej piechoty muszę cię szukać! Co za czapkę masz na głowie?
— Panie generale... czapka spadła na grobli, gdyśmy dygowali armaty. Podjąłem pierwszą z brzegu na szosie, w nocy. A konia mi zabito koło Falent. Jestem niezdrów...
— Ech, piecuchy! czy dostałeś co nowego w lasku?
— Zdaje mi się, że mię szturchano, ale dokładnie nie wiem gdzie i kiedy...
— Cóż myślisz robić?
— Muszę poszukać schronienia, bo mi trudno stać na nogach.
— No, radź sobie, jak umiesz.
— Panie generale...
— Czegóż jeszcze!
— Czy, gdybym wyzdrowiał, mogę mieć nadzieję służby pod jego rozkazami?
Sokolnicki pomyślał przez chwilę, obejrzał go od stóp do głowy i rzekł niechętnie:
— Możesz zgłosić się do mnie. Tylko nie piechotą. Pomyśl o dobrym koniu i lepszym uniformie. Może się znajdzie dla ciebie miejsce adjutanta.
Rafał podziękował mu ukłonem i spojrzeniem Generał w tłumie oficerów popędził w kierunku Mokotowa.
Olbromski ze zdziwieniem dowiedział się, że to już popołudnie. Mówiono w szeregach gwardyi o zawieszeniu broni. Nie mając tu co czynić, strudzony ułan poszedł wprost przez park Łazienkowski ku miastu. Minął noga za nogą dolne aleje, wszedł na górną i obok drewnianych domków brnął po błocie. Często przystawał, opierał się o drzewa. Kiedy wszedł w miasto, był tak osłabiony, że wciąż przysiadał na ziemi. Wspominał sobie to głód, to pragnienie, ale przedewszystkiem miał w oczach i myśli wczorajsze pole. Blizko trzy dni nie jadł.
Kiedy ostatni raz dźwignął się z ziemi i podniósł oczy, ujrzał przed sobą żelazną kratę ogrodu, przerzucone przez nią suche jeszcze, poplątane badyle dzikiego wina, a w głębi ogrodu front pałacyku i balkon Stanęły naprzeciwko jego oczu drzwi zamknięte, okna z zapuszczonemi firankami, kamienne schody z lewej strony balkonu, byliny zeszłorocznych kwiatów na klombach...
Wsparł się piersiami i ramieniem na tępych grotach żelaznej balustrady ogrodzenia i patrzał uważnie w to miejsce. Tu za lustrzanemi drzwiami rozlegał się szelest sukni Heleny de With. Tu szemrały pod atłasowemi stopy małe ziarenka piasku, zaniesione przez wiatr na gładkie skrzyżale z marmuru, gdy zstępowała cicho, jak duch. Prawdaż to, o mocny Boże, że już jej niema?... Serce tłukło się o żelazne kraty, przy których biło niegdyś w oczekiwaniu. Żelazne szczeble okryła ruda rdza. Rygiel furtki był zasunięty, na ścieżce leżały badyle i czarne liście. Na szybach, na stopniach ganku, za nieruchomemi firankami gniło niezbłagane i niezłomne milczenie.
Ulicami ciągnęły podwody chłopskie, zwożące do Warszawy w gnojnicach i drabinkach rannych z pod Raszyna i z pod Piaseczna. Gdy szpitale były już przepełnione, mieszkańcy zabierali do swoich domów nieszczęśliwych, odstawionych częstokroć bez żadnego opatrzenia, w opłakanym stanie.
Jakiś oddziałek gwardyi spostrzegł Rafała, przytulonego do kraty ogrodu, i zabrał go ze sobą. Ranny poszedł bez oporu. Na pytanie, czy nie ma w Warszawie rodziny, krewnych, znajomych, nie umiał odpowiedzieć, przytłoczony mocą ostatniego wzruszenia. Ale wreszcie przypomniał sobie dom księcia Gintułta i prosił, żeby go tam odprowadzono.
Brama pałacowa była otwarta, a na podwórzu stało kilkanaście chłopskich furmanek. Chude konięta chrupały obrok w torbach i siano w półkoszkach tuż pod oknami. Główne wejście, dawniej szczelnie zawsze zamknięte, teraz rozwarte było naścieżaj. Rozmaici ubodzy ludkowie wchodzili i wychodzili tamtędy. Kiedy dwaj gwardziści wprowadzili Rafała do przedsionka, na ich spotkanie wyszedł stary kamerdyner z Grudna. Nie poznał wcale Rafała i zajął się nim z ledwie ukrywaną niechęcią.
W salonach dolnych i w przepysznej bibliotece stały teraz łóżka, łóżka i łóżka, jak w szpitalu, a na nich stękali ranni. Ciche, wykwintne pokoiki, zamienione na sale operacyjne, zalane były kałużami krwi, pełne straszliwych krzyków ludzi operowanych na trzeźwo, wijących się w konwulsyach pod piłką i lancetem. W innych dogasali z jękiem konający. Kilku młodych chirurgów w krwawych koszulach uwijało się między łóżkami. Za nimi nosił wodę w miskach, ręczniki, gąbki, przyrządy operacyjne stary, napół oślepły Andrzej. Rafał widział to wszystko, jakby we śnie. Posadzony na krześle w jednym z przyległych pokojów, oparł głowę o ścianę i śnił na jawie o pustym domu Heleny de With.
Wiosenne słońce płonęło. Potok światła wlewał się do ogrodu. Długa uliczka wysychała w tym blasku i dymiła się od wiosennego, przedwieczornego czadu.
— Oto jeszcze jeden ranny... — wyszeptał jakiś głos we drzwiach pokoju.
Rafał dźwignął ciężką głowę i skierował oczy w to miejsce. We drzwiach stał książę Gintułt. Ranny poznał go bardziej po wzruszeniu całego swego ciała, po drżeniu serca, po dreszczu rąk i nóg, niż zamglonym wzrokiem. Książę zmienił się prawie do niepoznania. Ciemno szara twarz porznięta była brózdami, oczy skryły się pod osłoną powiek. Zęby powypadały, a ostatni z nich sterczał zabawnie na przodzie.
Książę Gintułt zbliżył się do Rafała i długo patrzał nań z odcieniem zdumienia.
— Przecie to jest Rafuś Olbromski... — rzekł wreszcie z cicha do swego starego sługi.
Andrzej chwilę łypał oczyma, zanim zdołał wyksztusić:
— Ale co też to książę pan!... — Przecież to jakiś oficer.
Rafał dźwignął się ze swego miejsca i wyciągnął do księcia rękę.
— Rafuś! na miły Bóg... Więc i ty między wojaki? No, chwałaż Bogu, żeś żywy i żeś się pod ten dach dostał. Andrzejku! żywo, żywo dajcież mu osobny pokój, ten, w którym mieszkał swego czasu.
Ranny znalazł się wkrótce w dawnem swem łóżku. Chirurg opatrzył jego starą ranę nanowo, przemył oczyścił i zalepił świeżo otrzymane pchnięcia, kazał mu dać posiłek i ułożyć do snu.
Rafał ocknął się dopiero nazajutrz rano. Okna były już półuchylone. Stary Andrzej w swych pantoflach z żółtej skóry, bezdźwięcznie sprzątał w pokoju.
Rafał czuł się daleko lepiej. Miał wprawdzie jeszcze ból głowy, ale już ani śladu wczorajszego ucisku. Andrzej patrzał na niego uważnemi oczyma i zginał sztywny kark w łaskawym ukłonie. Wkrótce nadszedł książę z chirurgiem. Kiedy ostatni opatrywał rany, Gintułt siadł w nogach Rafałowego posłania i przypatrywał się obojętnie tym czynnościom. Chirurg wnet wyszedł, oznajmując, że chory za dwa, trzy dni będzie mógł wstać z łóżka.
— Cieszę się — rzekł Gintułt — że nie jesteś ciężej chory, gdyż w takim razie musielibyśmy się zaraz rozstać.
Rafał nie zrozumiał.
— Będę zmuszony wyjechać z Warszawy, — ciągnął książę — a chciałbym mieć w tobie towarzysza podróży.
— Niestety, jestem teraz skrępowany służbą żołnierską. Skoro tylko wyzdrowieję, muszę się udać do obozu.
— Tam właśnie i ja podążę.
— Książę pan wstępuje do wojska?
— Aha.
— Jakże się cieszę!
— Nie masz czego... Ja nie z chęci walczenia z Austryakami idę do obozu. Powinienbyś mnie rozumieć. Idę spełnić powinność... Nie wiem, czy z tobą mogę mówić jeszcze, jak dawniej. Postąpiłeś ze mną tak dziwnie... wyjechałeś bez słowa oznajmienia.
Olbromski posępnie milczał.
— Przyszedłem tutaj nie po to, żeby ci robić jakiekolwiek wymówki. Bóg z tobą. Rad jestem, że wracasz do zdrowia.
— Nie mogę wypowiedzieć w tej chwili wszystkiego, co mię skłoniło wówczas do nagłego wyjazdu — to tylko wyznać jestem zdolny...
— Nie trudź się.
— Ojciec mię wezwał...
Gintułt uśmiechnął się pobłażliwie.
— Ojciec pisał tu do mnie po twym wyjeździe, zasięgając wiadomości, gdzie jesteś.
Rafał zamilkł. I książę siedział w milczeniu.
Po jakimś dopiero czasie rzekł:
— Nieraz wspominaliśmy cię z mistrzem katedry...
— Czy przebywa tutaj major de With? — spytał bezczelnie Olbromski.
Książę podniósł na niego blade oczy i rzucił wzgardliwe słówko:
— Nie.
— Gdzież jest?
— Przed Bogiem. Mistrz katedry zginął.
— Walcząc z nami!
— Jeżeli wiedziałeś o tem, to dlaczego trudzisz mnie i siebie nizkiem kłamstwem?
— W jakim celu książę pan udaje się do obozu? — wykrętnie spytał Rafał.
— W celu przypatrywania się, jak to mam zwyczaj, biegowi rzeczy ludzkich.
— Dziwny cel... W chwili nieszczęścia kraju... — mówił Rafał ze spuszczonemi oczyma.
— Tak sądzisz?
— Wczoraj byłem w bitwie. Widziałem, że tam niema miejsca na badanie rzeczy ludzkich.
— Niema?
— Można tam przynieść duszę swą i ciało z wiarą w skuteczność boju. Wtedy się jest potrzebnym. Ktoby szedł po to, żeby patrzeć, jak inni umierają...
— Jeśli mię pamięć nie myli, można dostrzedz jeszcze jedno miejsce w bitwie, właśnie dla siebie.
— Nie rozumiem.
— Bo też złym byłeś uczniem, twardego byłeś karku i zmysłowych oczu.
— Dziś jestem żołnierzem i za jedyną cnotę uznaję i wyznaję niezłomne męstwo.
— Mówisz też, jak żołdak.
— Każdy dziś człowiek na tej ziemi powinien być żołnierzem. Widziałem, jak generał Sokolnicki po żołniersku stał piersią całą naprzeciwko wroga.
— Widzisz, bracie, ja jestem ten, który o wszystkiem i o tem męstwie Sokolnickiego chce mieć swój własny sąd, wyważony z sumienia.
— Nie pora na to.
— Mnie zawsze pora.
— Nie! teraz pora iść na wały! Kto żyje! Czynić co każą.
Książę spochmurniał. Zaćmiła się jego twarz. Rzekł, wstając ze swego miejsca:
— Nie pora już na to, co tak ordynarnie zalecasz mi, mój rycerzu, ale tylko z tego względu, że podpisano konwencję: Warszawa będzie ustąpiona Austryakom.
— Kto podpisał!? — krzyknął Rafał, wyskakując z łóżka.
— Leż spokojnie.
— Za krew, co bluznęła z tysiąca kilkuset piersi na drodze raszyńskiej — ustąpienie!
— Leż spokojnie. Już wojska nasze idą na Pragę.
— Więc jestem jeniec?!
— Ranni w potrzebie raszyńskiej mają prawo po wyleczeniu się iść do swych brygad. Gdy się wyliżesz, pójdziemy obadwaj. A po drodze jeszcze ze sobą porozmawiamy. Teraz masz jeszcze gorączkowe w gębie i może dlatego brutalne słowa, a ja tego nie znoszę.
— Raczy książę przebaczyć...
— Nie jestem wcale obrażony, aczkolwiek lubię prowadzić roztrząsania bez krzyku.
— Kiedyż stąd wyjedziemy?
— Jak tylko i ty i twoi kamraci, a przynajmniej pewna ich garstka, będzie mogła stać na nogach.
— Czy nie wiadomo księciu, gdzie się obraca generał Sokolnicki?
— Poszedł już na Pragę.
— Czy Austryacy są już mieście?
— Nie, jeszcze ich niema. Zapewne w tych dniach wejdą. Konwencja jest zaszczytna i, ile ja wnosić mogę słabym rozumem ze wszystkiego, nadzwyczajnie dla nas zyskowna.
— Jakże to?
— Masa wojska cesarskiego uwięziona została w stolicy, a nasz żołnierz wyruszy w pole...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.