Ponad wszystkiem!/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Ponad wszystkiem!
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
IV.

Wysnutej z marzeń, przenikających zasłony przyszłości, posłuchaj bajki o bezchmur nem szczęściu.
W bezdenność czasu zapadł się długi szereg stuleci. Wóz odnawiającego się życia ciężkiemi kołami w proch starł kości wnuków i prawnuków naszych.
Na skrzydłach, przez wiekuistość cicho i niezmordowanie mknących, losy ludzkości niosły ją niepostrzeżenie ku zamknięciu olbrzymiego kręgu jej przeznaczeń.
Te skrzydła ongi wzbiły się do lotu z raju — wonnej, słonecznej, obcej troskom kolebki życia — i oto, przebywszy krwawą mgłą nasycone, niezmierne przestworza niedoli, szlak ludzkości przez wieki zalegającej, znów podleciały do raju, gdzie ciche wciąż trwało ukojenie śród różowych blasków szczęścia.
W owej chwili umierał ostatni człowiek, który znał na ziemi cierpienie.
Ostatni.
Do świata odchodził umarłych i z sobą w pomrokę milczenia i niepamięci zabrać miał tajemnicę strasznej, ohydnej drogi, jaką prze byli dziady i pradziady tych, którzy teraz bezchmurnego zażywać będą szczęścia.
Umilknięcia wiekuistego blizki, troszcząc się o wypełnienie woli zgasłych, niedolą jeszcze karmionych pokoleń, których końcowem łańcucha był ogniwem, zwołał on rzesze i tak do nich przemówił:
— Gdy umrę — nikt już wyrazów tęsknota i nieszczęście pojmować nie będzie. Z moich ust usłyszycie je raz ostatni. Oto mówię wam, iż z niewymownie tęsknem upragnieniem zastępy pomarłych już ludzi roiły o waszem szczęściu, dla którego żyły, pracowały, cierpiały. Dziś dojrzał owoc wielkich i ciężkich zabiegów i wysiłków. Waszym obowiązkiem będzie szczęście, jak naszym było nieszczęście. Bądźcie szczęśliwi a tem spłacicie dług ojcom waszym.
Niezmierna słodycz rozjaśniła twarz umierającego; w jego oczach skupiły się niezwykłe błyski. Bezwątpienia, w tem sercu ożyła na chwilę cała umęczona, umarła, w proch rozsypana ludzkość i wielką, spóźnioną, od wieków oczekiwaną ucieszyła się radością.
— Bądźcie szczęśliwi.
Nauczał ich, iż szczęście jakie odtąd stanie się udziałem ludzi, będzie trwałem, że nic w teraźniejszości ani w przyszłości zamącić go nie zdoła.
— Nie trzeba jednak — powtórzył po kilkakroć — nie trzeba, byście doszukiwali się przeszłości ludzkiego plemienia. Ona będzie przed wami ukrytą, zostawcie ją w spokoju. To jest przykazanie ojców waszych, uszanujcie je.
Z nim razem umarły nawet echa ludzkiego cierpienia.
Nikt już teraz nie wiedział, jakiem ono jest. Nikt nie wiedział, co to ból, rozpacz, zniechęcenie, łaknienie, głód, gorycz lub tęsknota. Wiedzieli o tem tylko umarli, ale przeszłość ludzi, zaklęta w milczenie, ukryta była przed żyjącymi, ukryta w głębiach tajemniczych boru, którego nikt nie znał.
Trudno by było doń trafić. Niedostępną osłonięty był górską kotliną, do której droga słała się po piaszczystej, martwej pustyni. Skoro kto w te zabłąkał się strony, dostrzegał tak cudną fata morganę, iż olśniony i rozmarzony nie szedł dalej, jeśli zaś próbował zbliżyć się do uroczego obrazu, wyprowadzała go ułuda na koła błędne, tak, iż zawsze każdy ominął miejsce, gdzie spała przeszłość.
Upływały dni ludzkie w bezchmurnem szczęściu. Uwielbili ludzie wspaniałym hymnem życie i jego radości.
Raz, młodzieniec jeden, zaszedłszy na pustynne szlaki, napawał długo wzrok swój widokiem cudnej, rozpostartej w cichem, słonecznem przeźroczu fata morgany. Potem niebacznie przeniósł oczy na samo słońce, które oślepiło go tak, iż długi czas szedł nic nie widząc.
Gdy wreszcie spojrzenie jego odzyskało jasność, był już za obrębem fata morgany i ze zdumieniem ujrzał posępne zarysy skał, nigdy w tem miejscu niewidzianych.
Za przewodem idąc ciekawości, mozoły młodzieńczą pokonawszy siłą, dotarł do boru; z zapartym wszedł oddechem pomiędzy ciche drzew kolumny, mroczne podpierające sklepienia. Te ze wspomnień wszystkich, co przeszli przez ziemię, utkane były.
Z ciszą stuleci zmieszane jedno wystarczyło tchnienie istoty żyjącej, by zbudziła się przeszłość.
Bór rozbrzmiał ponurem wyciem...
O zachodzie słońca na żyznej, ukwieconej dolinie zebrane rzesze pieniem miłem, jak pieszczota chłodnego, rozpraszającego skwar wietrzyka, żegnały dzień:
«Zasypia w purpurze cudny dzień — Świat w niezmąconej trwa pogodzie — jak słodko jest o przedwieczornej porze wielbić szczęśliwość życia —».
Wtedy właśnie ukazał się człowiek biegnący, uciekający przed pościgiem czegoś strasznego. Wiatr rozwiewał jego włosy zbielałe, przez krótką zbielałe chwilę; blask obłąkania niosły rozwarte szeroko, przerażone oczy.
Za nim ciągnęło widmo. Olbrzymie — rozrastało się aż po strop nieba. Cała przestrzeń wypełniła się nim i jego brzmiała głosem.
— Przeszłość, przeszłość — zajęczały usta żyjących.
— Ile tam mąk, ile mąk było.
— Jak mało radości.
— Jak wielka przewaga złego nad dobrem, nieszczęścia nad szczęściem, występku nad cnotą, nędzy nad dostatkiem...
— Ile ofiar, poświęceń, złamanych istnień.
— Ile zbrodni.
Widmo swą dłoń położyło na bezchmurną szczęśliwość ludzką i pierzchła szczęśliwość, bo wielki był ciężar tej dłoni.
— Zaprawdę, niech wróci ból do nas — skoro szedł trop w trop za plemieniem ludzkiem od jego poczęcia. Nie bylibyśmy z tego plemienia, gdyby uszy nasze zatkane były na jęk grobów.
...I wrócił ból.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.