Ponad wszystkiem!/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Ponad wszystkiem!
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.

Otóż przyszłaś — ledwie spłynął wieczór, ledwie z łąk zeszli kosiarze, ledwie pierwsza łódź rybacka zakołysała się na naszej rzece, śród drżących łusek złotych, już pociemniałych.
Cieniem nasiąka zachodnia strona nieba. Powiewne chmurki, obłoczne puchy lekkie, które przed chwilą wyścielały purpurową łożnicę słońca, gdy ta się zapadła, zostały na krawędzi niebios opuszczone i smutne. Niebawem objęła je szarzyzna, ociężałość; stały się podobnemi do dymów rozwleczonych i zastygłych nad pogorzeliskiem.
Czy to ty wlałaś w nie przenikliwy smutek istot, skarżących się, iż słońcu już nie są potrzebne, ozdabiać łożnicy jego więcej nie będą, ani w wieńcu płomiennym nad piękną głową jego już nie zawisną? Przyniosłaś z sobą taką cichość, że najsłabsze chmur westchnienia rozgłośnie toczącym się echem do uszu wpadają.
Przyszłaś. Nie czekałem dziś na ciebie, anim się ciebie spodziewał.
Dzień ten był dniem słońca, dniem światła życiodajnego i tchnień gorących. Ku południowi promienność oślepiająca, zaledwie pozwalając oczom musnąć strop nieba spój rżeniem olśnionem, spychała je wnet na ziemię.
«Dość wam pięknych światełek, któremi łaska słońca pierś jej ozdobiła».
Jakoż wszędzie była mnogość świetnych blasków; szata, okrywająca ciche i martwe wnętrze ziemi, bogato nimi zahaftowaną była.
Na miedzach i polnych drożynach błyszczały smugi wodne, które wczorajsza zostawiła burza; wiatr, popijając z nich (— zdyszany gonitwą i po niej spragniony) — wprawiał je w drżenia świetlne. Przydrożne młode topole, wstrząsając wierzchołkami, odsłaniały niedbale swe bogactwo, swoje srebro, rozsypane w mnóstwie drobnych, świetnie połyskujących krążków śród bujnego, obmytego świeżo listowia.
Po łąkach nieskoszonych szedł dreszcz srebrzysty, dreszcz wstydliwości i zasromania się dojrzałych traw, niepokojonych obecnością rozkwitłych śród nich maków, które w czerwieni swej tchną na łąkę żarem gorącej żądzy, upragnień wzburzonej krwi.
Świeże pokosy miały ten swój cudny zapach, słaby i delikatny, który by pochwycić — trzeba szeroko rozdętych nozdrzy i silnego, pełnego oddechu. Rzekłbyś — to zapach młodości, zapach twej pierwszej kochanki, jej włosów rozpuszczonych i ramion wstydliwie usuwających się od twych ust.
Jest nad rzeką urocza, zaciszna ustroń, zboczem osłonięta wzgórza, cieniem nakryta prastarych sokor i szumem ich owiana. Głogi, tarnina i róże polne oplatają czarne pnie drzew o nabrzmiałej, spękanej korze. Róże kwitną. Pomiędzy wzgórzem i nadbrzeżną wikliną łąka się usłała a na niej niedawne, przywiędłe pokosy. Kilka dziewcząt grabiło siano.
Były młode, zdrowe, silne i ochocze. Gdy wszystko naokół miało zapach, one miały swą świeżość, wiośnie ujętą. To, co u innych naokół rzeczy było blaskiem, odkradzionym słońcu, w nich stało się wesołością nieustannie roześmianą, radością życia niemilknącą, radością, która wypowiada się bezwiednie a ciągle w każdym ruchu, słowie i wejrzeniu.
Praca ich nie była ciężką; nieustannie przerzucały się słówkami, którym towarzyszył śmiech. W ruchach swych szafowały siłą do zbytku a bez troski. Coraz to która z nich, rzuciwszy grabie, chwytała w pół towarzyszkę; poczynały się mocować, póki jedna drugiej nie zwaliła na ziemię śród krzyków i ogólnej uciechy.
Gibkie i sprężyste ciała ich były najdoskonalszym wyrazem życia, najdźwięczniejszym jego okrzykiem, najbardziej iskrzącą z tych fal, które na powierzchni martwej ziemskiej bryły zadrgały, zakipiały i rozsrebrzyły się od blasku i ciepła słonecznego.
Tyś jeszcze nie nadeszła.
Czy wiesz, o czem w tej ustroni myślałem?
Oto — iż przez chwilę chociaż istnieć może na świecie zakątek, w którym niepodzielnie panuje życie, zbudzone w radosnem poczuciu młodości i zdrowia — i cieszyłem się, że ciebie tam nie było.
Ona.
Mylisz się. Byłam. Nie dostrzegły mnie twoje oczy, jak nie dostrzegły tego dziewczęcia, które ani w pracy, ani w uciesze nie miało udziału. Zasłaniał ją nadbrzeżny krzak wikliny, cień, którego litościwie darzył ją ochłodą.
Słuchaj. To dziewczę — nim nadeszłeś — do spólnej zabrało się z rówieśnicami swemi roboty, ujęło grabie w wątłe, wyschłe swe rączki, próbując ukryć ich drżenie. Uśmiech żałosnej niepewności i zawstydzenia błąkał się po jej ustach, a spojrzenie prosiło:
— Nie śmiejcie się ze mnie.
Ale nikt się nie śmiał; wszystkie spoglądały na nią życzliwie, lubo z cieniem frasunku. Bezwątpienia żadna nie chciałaby frasunku tego jej okazać, lecz właściwością jest dusz prostych, iż nic ukryć nie umieją i mimowoli, w sposób naiwny dają wyraz swym uczuciom. To też, pewnie wbrew woli tych dziewcząt, tracił powszednie swe brzmienie i jakichś śpiewnych tonów żałości nabierał głos ich, gdy upominały swą siostrę:
— Nie męcz się, Joasiu. Nie lepiejby ci to pójść w cień wikliny, gdzie chłodek od rzeki pociąga. Nasłałybyśmy dla ciebie pachnącego sianka. Idź tylko, połóż się tam, a zobaczysz, jakich ci pięknych naprzynosimy maków, jak ustroimy kwiatkami twoje śliczne włosy.
A ona jeszcze żałośniejszem spojrzeniem milcząco prosiła, by jej nie odpędzały. Czytałam w jej myślach:
«Otóż to mi wielka radość ustroić włosy kwiatkami, gdy się ich samej nie rwało, ani z nich wianka nie uplotło. Módz w znoju pracować jak inne — dopieroby radość dla mnie była».
I nie puszczała z rąk grabi, pomimo, iż za każdem poruszeniem głębiej wbijał się w jej chorą pierś tępy klin bólu.
By nie zawstydzać jej niemocy, inne dziewczęta, jakby się namówiły (namowa to była dobroci, serca młode i czyste przenikającej), jęły poskramiać kipiącą ochoczość i żywość swoich ruchów; ręce ich z grabiami wyciągały się powolnie i miarowo. Co chwila prawie — odpoczywały, ocierając pot, niby wielce umęczone i zgrzane, a Joasi dodawały otuchy:
— O! Joasia jaka dziś silna, jak się zwija. Śmiej się Joasiu z twej choroby, poszła ona już na bory i lasy.
Lecz z czoła Joasi poczęły kapać grube, wielkie jak grochy, krople potu, lub spływały po jej twarzy, która miast się zarumienić, stawała się coraz bledszą i bardziej przeźroczystą. I w tem ręce jej zwisły bezsilnie. Podskoczyła do niej najbliżej będąca dziewczyna, podchwyciła ją na ręce i w swych silnych ramionach zaniosła ją, jak dziecko, w cień krzaków nieopodal rzeki.
Za chwilę już biegł po łące ten rozgwar wesoły, który posłyszałeś, a tam, w zielonej i chłodnej gęstwinie, z za której połyskiwały srebrne fale, Joasia została — sam na sam ze mną. Leżała cichutko, przycisnąwszy ręce do bardzo rozbolałej piersi.
Ja w jej myślach czytałam skargę.
— Boże, czemuż nie jestem jak inne i czemuż to umierać muszę!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.