Pomyłka jastrzębia/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Pomyłka jastrzębia
Data wydania 1936
Wydawnictwo „Nasza Księgarnia“ S.A.
Drukarz Zakł. Graf. „Nasza Drukarnia“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Dziwnego uczucia doznawał Imci pan Jastrząb, herbu Ostry Pazur, kiedy odniósłszy małe „siostrzeniczki“ do gniazda i pożegnawszy się z nimi jeszcze czulej, niż z wesołymi „siostrzankami“, powędrował dalej. Po raz pierwszy życie jego wydało mu się puste i bezcelowe... I sam nie wiedział, kiedy zrodziło się w nim postanowienie, pozostania na zawsze w Dolinie Trzech Dębów i chronienia dziatek krewniaczki przed napaściami rozlicznych wrogów. Prawdę mówiła jejmość Sowa, że kto z nimi godzinkę spędzi, serca już od nich nie oderwie.
Tak dumał stary Jastrząb, a że słońce przypiekało silnie, schronił się pod koronę rozłożystego dębu i kołpak złożył na ziemi. Wielka blizna znacząca cały wierzch jego głowy, błysnęła w całej okazałości.
Naraz, coś zaszurpotało w górze i jakiś chrapliwy głos zaskrzeczał:
— Patrz! Patrz! Patrz!
— Krzywy dziób! krzywy dziób! — dodał drugi.
— Łysy łeb! łysy łeb! — darł się trzeci.
Imci pan Jastrząb nasłuchiwał. Nie trudno mu się było domyśleć, że jakieś niepoczciwe hultaje szydzą z jego łysiny i krzywego dzioba. Rozrzewnienie jego pierzchło natychmiast. Wydobył z zanadrza osełkę kamienia i począł zwolna ostrzyć na niej szpony jeden po drugim. Odkąd żył na świecie nikt nie zadrwił bezkarnie z Imci Jastrzębia, herbu Ostry Pazur!
Dźwignął się z ziemi, odwrócił i cofnął się zdumiony. Z dziupli starego dębu, wyglądały ku niemu trzy potworne łebki, powleczone siną pomarszczoną skórą, porośniętą gdzieniegdzie rzadkim puchem. Ogromne gały wybałuszonych oczu i krótkie hakowate dzioby czyniły je nieco podobnymi do kocich łbów. Rzecz dziwna, bo przypominały także szpetną twarz krewniaczki jego, Sowy Puchaczowej.
— Nie, to niemożliwe, krewniaczka moja mówiła mi, że dzieci jej są najmilszymi istotkami pod słońcem, a to jakieś złe, ordynarne urwisy — pomyślał, ale chcąc się upewnić, że się nie myli, podszedł do drzewa.
— Moje dzieci — rzekł — jestem waszym wujkiem, spotkałem mamę waszą; prosiła mnie żebym was odwiedził...
— Łżesz! łżesz! łżesz! — wrzasnął na to najstarszy potworek.
— Precz! precz! precz! — zawtórował chrapliwie drugi.
— Ślepak! ślepak! ślepak! — darł się trzeci.
Gniew ogarniał pana Jastrzębia coraz większy. Pohamował się jednak przez wzgląd na dalekie podobieństwo szkaradnych piskląt do jego krewniaczki.
— Ej, ciszej, smyki jedne — mruknął tylko złowrogo — bo jakem Jastrząb, nauczę was rozumu!
Na wyraz „jastrząb“ cała trójka do pół wychyliła się z dziupli, drąc się na wyścigi:

Jastrząb dziad
kurę skradł,
na grzędę nosił,
pana Boga prosił,
żeby ją zjadł!
Nadbiegł kot,
skoczył w lot,
jastrząb kiep
dostał w łeb.
Kot kurze rad!
kot kurze rad!

Czerwone płatki poczęły latać przed okiem Imci pana Jastrzębia. Zuchwałą tę piosenkę ułożyły na niego sroki, które przed wielu laty były świadkami sromotnej porażki, którą Imci pan Jastrząb poniósł na pewnym podwórku w walce z kocurem. Kot, skoczywszy nań znienacka, nie tylko wydarł mu upolowaną przezeń kurę, ale jego samego pozbawił oka i obdarł mu połowę skóry na głowie. Od szeregu lat piosenka ta ścigała go wszędzie, wyćwierkiwały ją wróble, wygwizdywały kosy, wykrakiwały wrony i to świadectwo hańby palącym wstydem zalewało mu serce. Próżno Imci pan Jastrząb mścił się dopóty na świadkach swojej sromoty, dopóki ani jeden nie został przy życiu. Nic to nie pomogło. „Jastrząb kiep! dostał w łeb!“ piały na każdym podwórku ledwie z jajek wyklute koguciki. „Kiep! kiep! kiep!“ powtarzały wszystkie ptaki polne i leśne, co tchu umykając do swych kryjówek. Nikt jednak nie ośmielił się nigdy rzucić srogiemu drapieżcy hańbiącego przezwiska wprost w twarz, jak to czyniły w tej chwili niegodziwe potworki.
— Ciszej, mówię wam, czarty przeklęte! — krzyknął Imci pan Jastrząb i skoczył ku dziupli. W mgnieniu oka trzy małe poczwary, zdławione potężnymi jego szponami, upadły martwe u stóp dębu.
Podniósł je Imci pan Jastrząb i obejrzał. Spasione były jak gałeczki i mogły być wybornym pieczystem. Przytroczył je więc do pasa i zawrócił ku gniazdkowi malusieńkich „siostrzanek“.
— No, moje panny — rzekł — przyniosłem wam coś, co wszystkie wasze strachy rozpędzić powinno — i ukazał im upolowane potworki.
Ptaszynki zamarły z przerażenia.
— Wujciu, to dzieci diablicy — rzekła po chwili najstarsza ptaszyna. — Zupełnie podobne do swojej matki Sowy Puchaczowej, która nam porwała ojczulka.
— Jak? Jak się nazywa ich matka? — wykrzyknął Imci pan Jastrząb.
— Sowa Puszczyk-Puchaczowa — objaśniły pisklątka. — Jej mąż był ogromnym puchaczem, dużo większym od wujcia. Sójka mówiła, że złapał go w sidła gajowy i zawiózł w klatce gdzieś daleko stąd. Została się tylko jego żona i dzieci takie same straszne jak i on.
— Ona nosi na szyi łańcuch z samych ptasich dzióbków — objaśniło drugie pisklątko.
— Uf! — sapnął Imci pan Jastrząb, któremu raptem zrobiło się gorąco. — A nie wiecie przypadkiem, jak się nazywają te wesołe ptaszki, co tam mieszkają w tym drewnianym domku, na topoli?
— One, wujciu, nazywają się Szpaczki, tak jak my po mamusi nazywamy się Sikorki a po ojczulku Raniuszki. Prawda, wujciu, że to ładnie, „sikorki raniuszki?“ Te szpaczki to bardzo zabawne ptaszki. Umieją śpiewać różne piosenki, bo ich ojciec był u jednego muzykalnego szewca...
— No, no, ktoby to był przypuścił — kręcił głową Imci pan Jastrząb, kiedy pożegnawszy się z sikoreczkami, zaszył się w gąszcz leśny, by z apetytem spożyć tłuste sowięta.
— Wyborne! — odsapnął, ukończywszy ucztę — nieźle karmiła przemiłe swoje dziateczki ta stara wiedźma!
Otarł starannie dziób, po czym odłupał spory kawałek brzozowej kory i wydrapał na niej szponem następujący list:

„Do Jaśnie Wielmożnej Jejmości Sowy Puszczyk-Puchaczowej w Dolinie Trzech Dębów!

Wielce Szanowna Krewniaczko
i Dobrodziejko!

„Donoszę Asińdźce, że w zamieszkałej przez nią okolicy napotkałem pisklęta tak obyczajnie wychowane, tak wdzięczne i układne, że nie trudno mi było domyśleć się w nich dziateczek Asińdźki, a sercu memu miłych siostrzanów, z którymi też według Jej woli dłuższą chwilę na figlach i gawędzie spędziłem. Natomiast w dziupli Wysokiego Dębu natrafiłem na zgraję niegodziwych rozbójników, które, nie pomnąc na wiek mój i powagę, zelżyły mnie ordynarnymi słowy. Szpetota i okrucieństwo tych hultajów napełniły mnie takim wstrętem, że, czyniąc zadość życzeniu Asińdźki, pozbawiłem je żywota, uwalniając Szanowną Krewniaczkę i Dobrodziejkę oraz dziatki jej od niebezpiecznego sąsiedztwa. Zawiadamiam przy tym Asińdźkę, że zamieszkam wkrótce w Dolinie Trzech Dębów, by nadal otaczać Asińdźkę i Jej dzieci jastrzębią moją opieką.
Co niniejszym donosząc, kreślę się Jej powolnym sługą i podnóżkiem.

Jastrząb herbu Ostry Pazur.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.