Pomyłka jastrzębia/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Pomyłka jastrzębia
Data wydania 1936
Wydawnictwo „Nasza Księgarnia“ S.A.
Drukarz Zakł. Graf. „Nasza Drukarnia“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

W pół godziny potem znalazł się Imci pan Jastrząb w Dolinie trzech dębów. Śliczne to było miejsce; srebrna wstęga strumyka przecinała szmaragdową łąkę, której brzegi otaczał wieniec olch, brzóz, wierzb i różnych innych drzew liściastych. Na krańcu łąki, na wzgórzu, królowały trzy olbrzymie dęby. Dzień był pogodny, słońce świeciło jasno i cała dolina rozbrzmiewała śpiewem i świegotem ptasząt. Nie wiedząc gdzie szukać małych sowiąt zajrzał pan Jastrząb do drewnianego domku z deszczułką, zawieszonego na topoli. Widzi— w małym pokoiczku siedzi czwórka czarniawych malców. Łebki jak orzeszki, oczka jak pacioreczki, dzióbki cieniutkie i długie. Troje maleństw siedziało na króciutkich ogonkach i patrzyło uważnie w najstarszego braciszka, który pałeczką trzymaną w łapce, takt odmierzał. Wszystkie śpiewały zgodnym chórem:

Poszła na jarmarek
nasza pani matka,

czeka jej cierpliwie
zgłodniała gromadka.

Jak będziemy grzeczni,
to mama z jarmarku
przyniesie nam różne
przysmaki w podarku.

Dwie kopy robaczków,
cztery kwarty muszek —
będzie czem napełnić
wygłodzony brzuszek!

Spodobały się Imci panu Jastrzębiowi ptaszęta. Grzeczne, bawią się ładnie, a choć głodne, nie skarżą się, nie piszczą, tylko pocieszają się, że wieczorem jeść dostaną. Z pewnością są to małe sowięta! Przemiłe dziateczki, aż radość spojrzeć. Podsunął się do mieszkanka, chcąc się im przyjrzeć z bliska, ale już malcy dojrzały duży dziób i okrągłe oko Imci pana Jastrzębia i zamilkły przerażone.

— Nie bójcie się, zuchy — uspokajał ich pan Jastrząb, starając się, po raz pierwszy w życiu, nadać głosowi swemu jak najłagodniejsze brzmienie. — Przychodzę do was z polecenia waszej mamy. Jestem waszym wujkiem i przyrzekłem mamie, że was odwiedzę. Cieszę się, że bawicie się tak ładnie. Któż to was nauczył tak śpiewać?
....Wszystkie śpiewały zgodnym chórem.
— Nasz tatuś — rezolutnie odpowiedział najstarszy ptaszek. Tatusia złapał raz jeden szewc i trzymał w klatce. Ten szewc był bardzo muzykalny, umiał grać na harmonii, a jak szył buty, to gwizdał. A nasz tatuś też był muzykalny i zaraz się wszystkiego nauczył, a potem uciekł z klatki i ożenił się z mamusią i nas także śpiewać nauczył.

— Patrzcie, patrzcie — kręcił głową Imci pan Jastrząb — nic nie wiedziałem o muzykalności waszego ojca (bo Jastrząb myślał o mężu Sowy, nieboszczyku Puchaczu). — A któryż to z was układa te wierszyki?
— On! — powiedział najstarszy szpaczek (bo domyślacie się, że to byli synkowie pana Szpaka, tego samego, który na jarmarku przygrywał do tańca ptakom) i wskazał pazurkiem średniego braciszka o sprytnej mince i figlarnych oczkach.
— Skoroś taki zuch, to możebyś i dla wujka ułożył jaką piosenkę? — zapytał pan Jastrząb.
— Dobrze, wujciu — odparł mały szpaś — tylko że, proszę wujcia, ja mam taką zasadę... taką mam zasadę...
— Jakąż ty masz zasadę? — pytał pan Jastrząb, rozbawiony zakłopotaniem malca.
— On ma, plosę wujcia, taką zasadę, żeby nic nie lobić za dalmo! — wyrwał się raptem najmniejszy szpaczek Ptaś.
— Ha! ha! Kapitalna zasada! — zaśmiał się po raz pierwszy w życiu Imci pan Jastrząb. — I cóżbyś tak, mości śpiewaku, zjadł chętnie, hę?
— Wszystko, wujciu! — z zapałem wykrzyknął szpak. -— Mógłby być pająk, pędrak, poczwarka...
— Glisty są także wyborne! — dodały śpiesznie inne szpaczki.
— Glisty, pędraki... — zdumiał się pan Jastrząb — jak żyję nie polowałem na taką zwierzynę. A nie lepiejby było coś latającego? Jak myślicie?
— O, dobrze! Może być mucha, osa, chrabąszcz, motyl, ćma...
— A no, będę szukał tych chrząszczy i ciem — i pan Jastrząb oddalił się, pragnąc koniecznie upolować coś dla maleńkich „siostrzanów“, jak w myśli szpaczki nazywał. Ale łatwiej było staremu rabusiowi złupić ze skóry zająca, ubić gołębia lub kuropatwę, niż schwycić z powietrza coś tak nikłego, jak muchę, chrabąszcza lub motyla, których przecież niemało kręciło się dokoła. Zakrzywiony jego dziób nie nadawał się zupełnie do chwytania owadów. Zasapał się, zmęczył, wreszcie widząc, że nic nie wskóra, postanowił użyć podstępu. Wzbił się wysoko w powietrze, a dojrzawszy przelatującą z zagajnika w zagajnik wilgę, błyskawicznie uderzył na nią i porwał w szpony.
— Słuchaj — rzekł do trzepoczącej się ptaszki — daruję ci życie, jeżeli natychmiast upolujesz mi tyle gąsienic i much, ile potrzeba dla nakarmienia kilkorga piskląt.
— Dobrze — odpowiedziała wilga, drżąc z przerażenia pod srogim spojrzeniem jastrzębiego oka.
Szczęściem skrzydełka jej nie były uszkodzone, więc frunęła w lewo i przyniosła białego motyla. Frunęła w prawo i złożyła przed Jastrzębiem długą gąsienicę. W kilka minut potem Imci pan Jastrząb niósł małym szpaczkom całą torbę najwyszukańszych przysmaków: much, komarów, gąsienic i motyli, a wilga uradowana, że się wyrwała z jastrzębich szponów, chyłkiem wróciła do gniazdka.
Oj, byłoż uciechy, było, gdy pojawił się pan Jastrząb przed domkiem maleńkich szpaczków. Ptaszęta trzepotały się i skakały z radości, zupełnie jak dzieci, gdy niespodziewanie otrzymają pudło cukierków, albo torbę soczystych pomarańcz. Pan Jastrząb przyglądał się z zadowoleniem, jak pisklęta zajadają ze smakiem, jak dzielą między siebie większe owady, zawsze pilnując, żeby podział był sprawiedliwy.
— Nie ma co mówić! — kręcił głową pan Jastrząb — powinszować pani Sowie takich miłych dziatek.
— Dziękujemy, dziękujemy wujaszkowi — szczebiotały szpaczki, teraz Dzióbek będzie już pewnie mógł śpiewać.
— O, mogę! — zawołał Dzióbek i, wyskoczywszy tuż przed Jastrzębia, zanucił wytupując na deszczułce dziarskiego krakowiaka:

Dwa garnce chrabąszczów
to dla Dzióbka fraszka;
mógłby jeszcze połknąć
grubego wujaszka!

Tu malec wytrzeszczył ślepki, rozdziawił dzióbek jak mógł najszerzej i zrobił „ham!“ jakby naprawdę zamierzał połknąć jastrzębia.
— Aj! — krzyknął Imci pan Jastrząb, udając, że się okrutnie przeląkł — daruj mi życie, mości siostrzanie, daruj!
— Niech się wujcio nie boi, on tylko zaltuje, on wujcia nie połknie! — pośpieszył uspokoić starego wujka maleńki Ptaś i rozpostarł malusieńkie skrzydełka, zasłaniając wujka przed żarłocznością braciszka.
— Ha! ha! ha! — zaśmiał się pan Jastrząb całym dziobem. — Powiadasz, że mnie nie połknie! No, to całe szczęście! Ha! ha! ha! Bądźcie zdrowe, dziateczki! Czas mi już na polowanie. Do widzenia!
Pożegnawszy czule wesołe szpaczki Imci pan Jastrząb oddalił się zamyślony.
— Przemiłe dzieciaki! — mruczał sam do siebie — nie dziwię się krewniaczce mojej, że nie chce, by się wdawały z byle kim. Ale prawda, przyrzekłem jej oczyścić okolicę z tego hultajstwa...
Tu Imci pan Jastrząb rozejrzał się dokoła. Wesołe gwizdy i świegoty rozlegały się zewsząd. Pan Jastrząb pewny już teraz, że nie skrzywdzi piskląt swojej krewniaczki nastawił ucha. Cichutkie ćwierkanie dochodziło z gęstwiny krzewów. Pan Jastrząb podsunął się nieznacznie i zajrzał. Ale widok, który się przedstawił jego srogiemu oku, tak go zajął, że Imci pan Jastrząb zapomniał przez chwilę, jak to mówią, języka w dziobie.
W półmroku panującym w gąszczu dojrzał gniazdeczko w kształcie woreczka, przytwierdzone do pnia wierzby, a tak misternie poprzetykane źdźbłami mchu i porostów oraz odłamkami kory, że mniej bystre oko wzięłoby je na pewno za narośl na drzewie. Dokoła gniazdeczka uwijało się pięć malusieńkich ptaszyn, usiłując naprawić wielką dziurę, wydartą szponem, czy łapą jakiegoś drapieżcy. Były to najrozkoszniejsze istotki, o białych jak śnieg główkach i brzuszkach, ciemnym grzbietku i skrzydełkach. Koralowe oczęta i ogonki dwa razy tak długie, jak całe ich ciałko, nadawały im wygląd ogromnie wdzięczny. Maluchnymi dzióbkami wyciągały z wnętrza gniazda długie nitki włosia i podawały najstarszej ptaszynie, która z niezmiernym mozołem zeszywała nimi gniazdko. I wszystkie świegotały cichutko:

Prosimy ciebie, Boża Mateczko,
osłoń sukienką nasze gniazdeczko.
Modlitwo ptasząt, dzwoń w niebo, dzwoń!
Królowo niebios, broń ptasząt, broń!

Żeśmy niewinne, ty, matko, wiesz,
więc nas od wrogów i burzy strzeż.
Nad gniazdkiem tkliwą wyciągnij dłoń!
Maleńkich ptasząt broń, matko, broń!

Niech nas osłoni gałązek splot,
niech nas nie znajdzie gawron ni kot!
Modlitwo ptasząt, dzwoń w niebo, dzwoń!
Mateńko boża, broń ptasząt, broń!

Zasłuchał się Imci pan Jastrząb, herbu Ostry Pazur, w modlitwę maleńkich ptaszyn. A choć to rabuś był i drapieżnik, w sercu jego drgnęło coś podobnego do litości. Wolałby jeszcze raz stanąć do pojedynku z kocurem, niż napaść zdradliwie na te maleństwa. Kto wie zresztą, czy nie te pisklęta są dziećmi krewniaczki jego Puchaczowej? Strasznie to co prawda misterne, jak na dzieci tak okazałej osoby, ale stary osamotniony kawaler, polując ustawicznie na grubszą zwierzynę, nigdy nie miał sposobności przyjrzenia się pisklętom... Ładnie by to było, gdyby tak swoim siostrzeńcom poukręcał główki? Przybliżył się nieco i wsunął głowę między liście.
Usłyszawszy szelest wszystkie ptaszyny w mgnieniu oka ukryły się na dnie gniazdka, ale przez wyrwany z boku otwór widać było ich oczęta wpatrzone weń z przerażeniem i pióreczka podnoszące się na piersi przez gwałtowne bicie serduszek... Pan Jastrząb pośpieszył uspokoić spłoszone ptaszyny:
— Dzień dobry, dziateczki — przemówił łagodnie. — Widziałem się z waszą mamusią na jarmarku. Prosiła mnie, żebym was odwiedził. Jestem waszym wujkiem.
— Witamy wujaszka — odpowiedziała najstarsza ptaszyna i, wysunąwszy się na brzeg gniazdeczka, pociesznie dygnęła długim ogoneczkiem, a za nią dygnęło sześcioro młodszych piskląt. — Niech się wujaszek nie gniewa, żeśmy się schowali przed nim, ale ile razy mamusia wybiera się na dłużej, boimy się okropnie. Wczoraj, ot tam, na to wysokie drzewo, wdrapał się kot, zrzucił gniazdko i zjadł wszystkie pisklątka.
— Biedactwa! — pomyślał Imci pan Jastrząb. Jeżeli on, Jastrząb herbu Ostry Pazur, po latach wstrząsał się jeszcze na wspomnienie kocich pazurów, cóż się dziać musi w serduszkach takich okruszynek? Biedne sowięta, bo niezawodnie rozkoszne te maleństwa są sowiętami... Ani się domyślał, ile jego krewniaczka nacierpieć się w życiu musi.
— Ja jeszcze więcej od kota boję się diablicy... — cichutko pisnęło drugie pisklątko.
— Diablicy? — zadziwił się Imci pan Jastrząb.
— Niech wujaszek tak głośno nie mówi — szeptem przestrzegła go najstarsza ptaszyna — bo diablica wszystko słyszy. Całą noc lata nad doliną i drze się okropnie. Niedawno kiedy spaliśmy w najlepsze, a ojczuś nasz czuwał nad nami, ot tu, na tej gałęzi, na której teraz usiadł wujcio, usłyszeliśmy straszliwy wrzask. Coś okropnie mocno uderzyło w nasze gniazdko. Zobaczyliśmy dwoje straszliwych ognistych oczu... To była diablica! Zanim mogliśmy pojąć co się stało, już porwała naszego ojczusia. Nie widzieliśmy go więcej...
— Biedne sierotki! — westchnął Imci pan Jastrząb. — Co za szkoda, że mnie przy was nie było! Biedna wasza mama, ani przypuszczałem, że owdowiała w tak tragiczny sposób. A czy nie wiecie, gdzie mieszka ta potwora?
— W dziupli najwyższego dębu. Ma kilkoro dzieci, takich samych diabląt jak ona. Mówią, że one są jeszcze gorsze od matki. Zawsze ją proszą, żeby im przyniosła żywego ptaszka albo zwierzątko, nigdy nie zabiją go od razu, tylko obrywają mu nóżki, wydzióbują oczka...
— Aj, aj, — zakwiliły pisklątka i skryły łebki pod skrzydełka.
— No, no, nie bójcie się, nie bójcie — uspokajał je Imci pan Jastrząb. — Przy wujku nikt wam krzywdy nie zrobi. Możecie skakać, swawolić, ile chcecie. A nie chce się wam przypadkiem jeść, dziateczki?
— Nie, wujciu — odrzekła ptaszyna — mamusia zostawiła nam muszek i jagódek na cały dzień. Ale nie mamy ochoty na nie, bo nam się bardzo pić chce...
— Przecież do wody macie niedaleko...
— O, tak, bardzo blisko nawet, ale, widzi wujcio, młodsze dzieci nie umieją jeszcze tak dobrze latać, jak ja, i jak mamusi nie ma, to boją się zostać same. Choćbym im chciała wody w dzióbku przynieść, to mnie nie puszczą...
— Nie puścimy! nie puścimy! — zakwiliły pisklątka, tuląc się do najstarszej siostrzyczki.
— Hm... — mruknął Imci pan Jastrząb, któremu coraz bardziej żal było małych sierotek. — Nigdy jeszcze co prawda nie byłem niańką, ale gdybyście tak zaufały staremu wujkowi, mógłby was do strumienia zaprowadzić. Napijecie się, wykąpiecie, a potem wrócicie do gniazdka i będziecie cierpliwie czekały na powrót mamy.
— Ah, wujciu! wujaszku! wujaszeczku! — pisnęło radośnie pięć głosików i wszystkie maleństwa w jednej chwili znalazły się na gałązce, tuż przed jego dziobem.
— Śmiało, hop, skaczcie na mnie! — zachęcał Imci pan Jastrząb i cała gromadka obsiadła mu kołpak i ramiona. Stary drapieżnik poczuł znowu, że mu coś w piersi taje. Na samą myśl, że mógłby ktoś skrzywdzić te bezbronne istotki, oko jego błyskało złowrogo. W duchu powziął stanowczy zamiar uwolnienia maleńkich „siostrzeniczek“ od „diablicy“ i jej potomstwa.
Doniósłszy ptaszyny nad brzeg strumienia, usiadł w cieniu i z przyjemnością przyglądał się ich figlom. Maleństwa pluskały się, otrzepywały z wody, muskały piórka i raz po raz podfruwały ku niemu, przynosząc „wujaszkowi“, to maleńką świecącą muszkę, to jagódkę... Imci pan jastrząb, w niemałym był kłopocie: co zrobić z tymi darami.
Najmłodsze pisklątko, usiadło mu na ramieniu i z podziwem oglądało potężny jego dziób i wielkie żółte oko.
— Wujciuniu, a gdzie ty zgubiłeś drugie oczko? — spytało niespodziewanie.
— Kot mi je wydarł... — posępnie mruknął Jastrząb.
— Szkaradny kot! — zaperzyło się maleństwo — ale ty się, wujciuniu, nic nie martw, jak ja cię dzióbkiem pocałuję, to ci oczko odrośnie!
I maluchne pisklątko wspięło się na paluszki i delikatnie dzióbkiem dotknęło jamki, w której od wielu lat już jastrzębiego oka nie było...
I zdziwiło się maleństwo, bo oko staremu wujaszkowi nie odrosło, ale za to ze zdrowego jego oka, wytrysnęła maleńka kropelka słonej wody, którą Imci pan Jastrząb śpiesznie otarł końcem skrzydła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.