Podróż w czasie/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Herbert George Wells
Tytuł Podróż w czasie
Podtytuł Opowieść fantastyczna
Wydawca Bronisław Natanson
Data wydania 1899
Druk P. Laskauera i W. Babickiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Feliks Wermiński
Tytuł orygin. The Time Machine
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVI.
Po opowiadaniu.

— Wiem — rzekł po pewnej przerwie, że to wszystko wyda się wam zupełnie niepodobnem do wiary; lecz w istocie jedyną tu rzeczą nie do uwierzenia jest to, że dzisiejszego wieczora znajduję się w tym oto dawnym pokoju, tak mi ulubionym, że patrzę na wasze przyjacielskie twarze i opowiadam wam te dziwne przygody.
Spojrzał na Lekarza.
— Nie. — Nie oczekuję od was tego, żebyście uwierzyli. Bierzcie to jako zmyślenie, jako widzenie przyszłości. Przypuśćcie, że drzemałem w pracowni; przypuśćcie, że dopóty rozmyślałem nad przeznaczeniem naszej rasy, dopóki w końcu nie spłodziłem tej fikcyi. Moje twierdzenie, że jest ona prawdą, możecie wziąć za podstęp artystyczny dla spotęgowania wrażeń. Przyjmując zaś moją podróż za zmyślenie, co sądzicie o niej?
Wziął fajkę i zaczął swoim zwyczajem uderzać nią nerwowo o pręty żelaznego kosza w kominku. Nastąpiła chwilowa cisza. Zatrzeszczały krzesła, kamasze suwały się po dywanie. Odwróciłem wzrok od twarzy Podróżnika w Czasie i spojrzałem po jego słuchaczach. Wszystkie twarze tonęły w ciemności, przed każdą tylko błyszczał jakiś maleńki punkt barwny. Lekarz wyglądał tak, jakby się wpatrywał w naszego gospodarza. Wydawca patrzał na koniec swego cygara, szóstego z rzędu. Dziennikarz obracał w ręku zegarek. Inni, o ile pamiętam, siedzieli nieruchomo.
Wydawca wstał z westchnieniem. — Co za szkoda, że nie jesteś pan powieściopisarzem! — rzekł, kładąc rękę na ramieniu Podróżnika w Czasie.
— Czy pan nie wierzysz?
— Najzupełniej...
— Nie sądzę.
Podróżnik w Czasie zwrócił się do nas.
— Gdzie są zapałki? — spytał — zapalił i mówił nad fajką, pykając:
— Prawdę rzekłszy, ja sam ledwo w to wierzę... A zresztą...
Wśród milczenia badawczy jego wzrok padł na zwiędłe białe kwiaty na stoliku. Następnie odwrócił rękę, którą trzymał był fajkę, podniósł pod wzrok i, jak zauważyłem, przyglądał się ledwo zagojonym bliznom na stawach palców.
Lekarz wstał, podszedł do lampy i przypatrywał się kwiatom.
— Słupkowie nieparzyste — powiedział.
Psycholog pochylił się, aby zobaczyć zblizka, i wyciągnął rękę po kwiatek.
— Niech mnie powieszą, jeżeli nie jest już kwadrans na pierwszą! — krzyknął Dziennikarz. — Jak dostaniemy się do domu?
— Mnóstwo dorożek na stacyi — rzekł Psycholog.
— Ciekawa rzecz — mówił Lekarz — nie wiem napewno, do którego rzędu należą te kwiaty. — Czy mogę je wziąć?
Podróżnik zawahał się, a później nagle rzekł:
— Ależ nie.
— Skąd naprawdę je masz? — zapytał Lekarz.
Podróżnik po Krainie Czasu przyłożył rękę do głowy i mówił jak ktoś, co się stara zatrzymać myśl uciekającą.
— Włożyła mi je do kieszeni Uina, kiedy podróżowałem w Czasie. — Rozejrzał się po pokoju. — Niech mię dyabli porwą, jeżeli to wszystko było! Ten pokój, wy i atmosfera życia codziennego: to zawiele dla mojej pamięci. Czy w samej rzeczy kiedykolwiek zbudowałem Machinę Czasu, lub choćby tylko jej model? A może to wszystko sen? Mówią, że życie jest snem, cennym snem niekiedy; ale tu innego stanowiska zająć niepodobna. To szaleństwo. — A skąd przychodzą sny? Muszę spojrzeć na machinę, jeżeli jeszcze jest.
Szybko pochwycił lampę i poniósł ją przez drzwi na kurytarz, rzucając światło przed siebie. Poszliśmy za nim. — Na kurytarzu, w drżącem świetle lampy, stała machina — z pewnością ona, — przyrząd ciężki, duży i osobliwszych kształtów, zrobiony z bronzu, hebanu, kości słoniowej i przezroczystego kwarcu. Czułem w dotknięciu, że był mocno zbudowany: ręką próbowałem prętów; na kości słoniowej miał ciemne plamy i zanieczyszczenia, a na niższych częściach kawałki trawy i mchu, jeden zaś pręt był zgięty ukośnie.
Podróżnik w Czasie postawił lampę na ławce i jednę rękę przesunął po uszkodzonym pręcie. — Tak jest w istocie — rzekł — opowiadanie, któreście słyszeli, jest prawdziwem. Żałuję, żem was wyprowadził tutaj, na to zimno.
Wziął lampę, i w zupełnem milczeniu powróciliśmy do fajczarni.
Wszedł z nami do sali i pomagał Wydawcy włożyć palto. Lekarz spojrzał mu w twarz i po pewnem wahaniu się powiedział, że musi być chorym wskutek przepracowania się. On zaś w odpowiedzi na cały głos się roześmiał. Pamiętam, jak stojąc w otwartych drzwiach, krzyknął: — «Dobranoc».
Wsiadłem do jednej dorożki z Wydawcą. Towarzysz mój mniemał, że całe opowiadanie jest tylko wspaniałem łgarstwem. Ja zaś nie wiedziałem zgoła co mam sądzić Przygody były tak fantastyczne i nieprawdopodobne, a opowiadanie ich tak proste i wzbudzające ufność! Oka w nocy nie zmrużyłem, myśląc wciąż o niem. Postanowiłem przyjść nazajutrz i zobaczyć się znowu z Podróżnikiem. Powiedziano mi, że jest w laboratoryum, a ponieważ byłem tam jak u siebie, udałem się więc wprost do niego. Ale laboratoryum było puste. Czas jakiś przyglądałem się Machinie Czasu, sięgnąłem ręką i dotknąłem dźwigni. W tej chwili potężna, ociężale wyglądająca machina podskoczyła jak gałąź wstrząśnięta wiatrem. Ogromnie mnie zdziwiła jej niestateczność, i przypomniałem sobie naraz dni dzieciństwa, kiedy mi zabraniano ruszać wielu rzeczy. Wróciłem na kurytarz. Podróżnik po Krainie Czasu spotkał mię w fajczarni. Wracał ze swego pokoju. Pod pachą jednej ręki miał niewielki aparat fotograficzny, w drugiej trzymał tłumoczek. Uśmiechnął się, gdy mnie ujrzał, i podał mi łokieć zamiast ręki.
— Jestem strasznie zajęty całą tą sprawą — rzekł.
— Alboż to nie mistyfikacya? — zapytałem. — Czyżbyś rzeczywiście podróżował po Czasie?
— Podróżuję rzeczywiście i naprawdę.
I spojrzał mi w oczy otwarcie. Zawahał się. Wzrok jego obiegał pokój wokoło.
— Potrzeba mi tylko pół godziny — powiedział. — Wiem, po coś przyszedł, i bardzo to dobrze z twojej strony. Oto kilka miesięczników. Jeżeli zostaniesz na śniadanie, dam ci dowody tej podróży w postaci prób, okazów — wszystkiego, co zechcesz. Wybaczysz mi, że cię teraz samego zostawię?
Przystałem, niezupełnie pojmując znaczenie jego słów, a on skinął tylko głową i wyszedł na kurytarz.
Słyszałem jak zatrzasnął drzwi laboratoryum; rozsiadłem się w fotelu i wziąłem do rąk gazetę.
— O czem on jeszcze myśli przed śniadaniem?
Nagle przypomniało mi się, żem obiecał o drugiej spotkać się z wydawcą, Richardsonem. Spojrzałem na zegarek: zauważyłem, że ledwie zdążę, aby się stawić na czas. Wstałem i pobiegłem na kurytarz, aby powiedzieć o tem Podróżnikowi. Gdym ruszał za klamkę, usłyszałem okrzyk dziwnie urwany, usłyszałem szczęk i łoskot. Gdym otworzył drzwi, owionął mię powiew wiatru i usłyszałem brzęk szkła spadającego na podłogę. Podróżnika nie było. Przez chwilę widziałem tylko mglistą jakąś, niewyraźną postać... Siedziała wśród wirującej masy, ciemnej, a błyszczącej jak metal. Postać ta była tak przejrzystą, że można było widzieć po przez nią ławkę z arkuszami rysunków. Lecz widzenie to znikło, gdy przetarłem oczy: Machiny Czasu już nie było. W głębi laboratoryum pusto; pozostał tylko tuman kurzu. Szyba w oknie widocznie tylko co rozbita.
Uczułem podziw niedający się ująć rozumem. Wiedziałem, że stało się coś niezwykłego, przez chwilę jednak nie mogłem pojąć — co? Gdy tak stałem, patrząc, otworzyły się drzwi do ogrodu i ukazał się w nich służący.
Spojrzeliśmy po sobie. — Po chwili dopiero obu nam zaczęły napływać myśli do głów.
— Pan wyszedł tędy? — zapytałem.
— Nie, panie. — Nikt tędy nie wychodził. Myślałem, że go tu zastanę.

Wówczas zrozumiałem. Stałem tak, narażając się na niechęć Richardsona, w oczekiwaniu na Podróżnika w Czasie, na nowe opowiadanie, być może jeszcze dziwniejsze, na okazy i fotografie, jakie miał z sobą przywieźć. Lecz dziś już zaczynam się obawiać: czy nie musiałbym tak czekać całe życie? Podróżnik po Krainie Czasu zniknął przed trzema laty i, jak teraz wszyscy już wiemy, dotychczas jeszcze nie powrócił.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Herbert George Wells i tłumacza: Feliks Wermiński.