Pod włoskiem niebem/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

III.

Kiedy na widnokręgu Kampanji Rzymskiej ujrzy podróżny w siniejącej dali, jak wzgórze sine, wystającą nad poziom kopułę Watykanu, kiedy lekki powiew zaleci go z miasta-stolicy, z miasta dwakroć stolicy: z dziedziny tylu pamiątek, tyle sławy i wielkości; kiedy poczuje po serca biciu, po łzą mglącem się spojrzeniu, po niepokoju rozkosznym, że przed nim stoi starodawna Roma, kiedy czarodziejski ten wyraz z ust współtowarzyszów z uczuciem wymawiany posłyszy, jak gdy majtkowie Kolomba wołali Ziemia, po długiem za marzoną ziemią stęsknieniu; — naówczas mimowolnie skłania się siwa i młoda głowa, porusza się pierś zmarzła wiekiem i gorąca młodością, a obie z niewymownem wzruszeniem powtarzają milczeniem to wielkie imię Roma! i przychodzi na myśl tajemnicza anagramma grodu bez nazwiska, co światem władał jak nim włada Amor.
I mimowolnie zatrzyma się każdy, zadrży, niespokojny, jakby się lękał aby zbliżywszy się do stolicy Europy, do tych ruin uświęconych uwielbieniem kilkunasto-wiekowem, nie stracił marzeń o niej, nie zawiódł. Utrata każdej nadziei bolesna, a im na wyższym szczeblu duchowości, nadzieja tem srożej wytępia wszystkie niżej leżące, tem więcej ciągnie za swoim upadkiem. I Jan, chociaż w Rzymie nie szukał pamiątek, chociaż nie pielgrzymował do świętości pogaństwa, ani do świętości chrześcjańskich, poczuł ten strach jaki ogarnia człowieka, gdy się zlęknie aby mu pięknie strojnych nie wydarto marzeń. I przycisnął ręką serce, jakby mu mówił: — Nie bij tak szybko! — I zatrzymał się jakby chciał dłużej się nasycić widokiem idealnym jeszcze Romy, co przy blaskach zachodu, ciemno-sino wycinała się długiem pasmem na niebiosach czerwonawych. I powtórzył tę pieśń Child-Harolda, którą genjusz znużenia witał mary przeszłości, widma zmarłego świata, na ich wielkim grobowcu. Potem pomyślał o Romie i o sobie: — Roma to grób — a on biegł w niej szukać życia — Roma to wielkie ognisko, w którem jednostek tysiące, miliony, spaliły się i zniszczały — wielkie ognisko, w obliczu którego nie godzi się być samolubem: on szedł do niej dla siebie. I nie pędziło go żadne święte, wielkie uczucie, tylko samolubna żądza. Jan zarumienił się w duszy swojej i zawstydził przed sobą. I była chwila, w której myślał że powróci nazad, tak wstyd mu srodze było, że biedną namiętnością swoją szedł kalać grobowiec olbrzyma, i świątynię na nim stojącą. Zbawienną byłaby dla niego ta chwila, gdyby dłużej trwać mogła. Ale cóż wytrwa przy zapalonej żądzy, która w przesycie zagasnąć jeszcze nie mogła? Ona wszystko pali i popieli, obraca w żużle i puszcza na wiatry. A tłum co towarzyszył Janowi w wyprawie, stał z nim razem, z oczyma obróconemi na Rzym, milczący, z sercem wzruszonem, lecz wcale różnemi myślami. Świat to wieczna gra sprzeczności i urągowisko wzajemne rzeczy, uczuć, czynów. — Poezja urąga się prozie, proza poezji, bogactwo nędzy, genjusz głupstwu, władza niemocy, zdrowie chorobie, uniesienie rachubie, przypadek projektom — ludzie ludziom, natura synom swoim.
I w tej chwili, niewielka podróżnych gromadka mimowolnie urągała sobie, w tysiąc rozbita sprzeczności. Obok Jana stał Anglik, długi, suchy, blady, flegmatyczny — jak wszyscy Anglicy w książkach — rozmyślający o marmurach i medalach, po które się zapędził do Rzymu. — Patrząc na Kampanię, zdawał się pod jej martwą powierzchnią upatrywać ukrytych skarbów i zapuszczał rydel wyobraźni w tajniki starych mogił i willi. — Obok Anglika, biedny pielgrzym w sukni pątnika, z laską i tykwą u laski, z siwą odkrytą głową — poglądał łzawemi oczy na kopułę Watykanu, na kościołów krzyże, jak na znaki zburzenia i odpuszczenia grzechów. On szedł po rozgrzeszenie i wzdrygał się patrząc na ręce, które po latach kilkunastu, jeszcze krwią powalane były dla duszy jego oka. On się modlił, a modlitwa jego urągała flegmatycznemu rozbiorowi Anglika i ognistym fantazjom Jana. — Obok pielgrzyma siadł malarz z długim włosem, rozdarł album swój i żywo nakreślił na białej karcie ten niezrównanej prostoty i olbrzymiej wielkości obraz, który jest kilką liniami dla oka, a kilku wieków pamiątką i niezmierzonym horyzontem dla serca. Ten zapał pogański artysty, co się nie umiał przeżegnać przed św. Piotra stolicą, urągał pobożnym łzom pielgrzyma. — Obok malarza klęczała kobieta i płakała. Ona nie witała Rzymu, ona nie witała grobowiska świata, ona witała mogiłę dziecięcia, które tu przed laty pogrzebała. Dla niej Roma zbiegła się u kości dzieciątka, leżących w katakumbie św. Marji Śnieżnej. Boleść tej kobiety, co w kościotrupie Rzymu nie widziała nic nad drobne kostki dziecka swojego, urągała uczuciom wszystkich. — Anglik odwrócił się ku matce biednej z flegmą, skierował na nią szkło i splunął poważnie. Obok kobiety stał z długim włosem czarnym, w wytartem odzieniu, z rękoma w kieszeniach, zamyślony głęboko człowiek, który po garść przeszłości zawędrował do grodu Cezarów. Ten człowiek pracował nad wywołaniem cienia Romy, nad daniem mu nowego żywota i obleczeniem go w opadłe suknie, które zbierał rozsypane po drogach, rozwiane wiatrami po gór wierzchołkach. On szedł w Colosseum, u słupów Cesarskich, na zgliszczu Kapitolu, odgrzebywać myśli do dziejów swoich, szukać urojonej idei przeszłości Latynów, Etrusków, Osków i wyrosłych z nich Rzymian. I stał i myślał — czy ich znajdzie? — A serce mu biło, bo się lękał, ażali ujrzy Romę, jaką ją widział z daleka, jaką ją pojmował dawniej, lub inną? — A jego zaprzątnienie niespokojne urągało boleściom współtowarzyszy i ich zaprzątnieniu żadnego z niem niemającemu związku. Obok uczonego był poeta. — On zmartwiałą, widokiem tego grobu szedł odżywić duszę, chciał z siebie dobyć łzy, chciał wyrobić uczucie, pragnął wzruszenia, a w tej chwili strach go porywał, czy lodem w piersi nie ściśnie się serce, gdy stanie w Rzymie i obejrzy się i ujrzy odrapaną gospodę Europy w poważnym grodzie Cezarów. Strach jego nie był strachem innych, boleść jego niczyją nie była boleścią, bo świat, mówię wam, to wieczne urągowisko sprzeczności, to wieczna walka uczuć, myśli i czynów! Potem wszyscy ruszyli ku Rzymowi, każdy z myślą swoją, z zaprzątnieniem serdecznem, a turysta Francuz, zbieracz wrażeń podróży, na kieszonkowej książeczce ponotował sobie fizjognomje ich, budując na każdej rozdział wędrówki i licząc z góry zapłatę dziennikarzy, honorarja księgarskie, potem trochę sławy, jaką miał otrzymać w dodatku. Sława obchodziła go nie wiele — a o myśl i cel się nie frasował. — Cieszył się, że kobieta płakała, że Anglik mruczał, że niemiecki profesor potykał się o kamienie drożne, że malarz gubił karty albumu swojego. — Mnożyły się tym sposobem rozdziały powieści — podróży. A Rzym rósł, potężniał i z powiewem wiatru dochodziły dźwięki od niego do ucha podróżnych. — Każdy inaczej je słyszał, inaczej czuł, każdemu przypominały co innego, w inną strunę duszy grały. I jedni płakali, zżymali się drudzy, śmieli inni, a każdy poglądając na sąsiada ruszał ramiony, bo go miał za dziwaka, bo nie umiał wytłumaczyć sobie, co w innym wzbudzać mogło takie myśli, uczucia! — A Rzym modlił się; bo to była chwila, kiedy z kolei z wszystkich wież kościelnych, z wszystkich dzwonnic klasztorów, dzwony się odzywają na Anioł pański.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.