Po co dzień ich budzi.../XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Po co dzień ich budzi...
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
XVII.

— Agnieszko, Agnieszko — przez pamięć dzieci naszych daruj mi, odpuść mi.
Słowa to rwały mu się w ustach, to więzły w gardle, to wylatywały szybkie, goniące się, w gorączkowych tchnieniach.
— Gdybyś wiedziała, com wycierpiał.
Mówił o męce tej nocy, o okropności przebudzenia, powrotu jasnej myśli z poczuciem sprawiedliwości i pamięcią wyrządzonej krzywdy. Chciał teraz jak najśpieszniej wypowiedzieć to wszystko, wyrzucić ze siebie, ale zmusiła go do umilknięcia oschłość w gardle i nagłe zwątpienie czy przekona ją, czy wzruszy.
Ból, kąsający duszę, wyrzuty, wstyd okrutny niepokój, targający nim aż do chwili, gdy wreszcie, po nieskończenie długiem przebieganiu ulic miasta, napotkał ją wlokącą się pod murem ustronnego zaułka, wszystko to wyżarło ślady widoczne na jego twarzy. Stał koło niej, nie śmiejąc ująć jej ręki, nędzny, z przybitym do ziemi wzrokiem, chwiejący się na nogach.
Westchnienie ulgi — jak jęk głębokie — wyszło mu z piersi, gdy uczuł pod ramieniem swem jej rękę. Pociągnęła go.
Chodź, chodź.
Już pierwsze jego słowa i pierwsze na niego spojrzenie napełniły ją światłem i ciepłem radości, która wszystkie utracone siły, jej wróciła.
Więc on cierpiał. Więc to tylko gorzkość prześladującej ich doli i trujący opar wódki mówił jego ustami. Więc można żyć, nie wszystko skończone. Przed chwilą jeszcze tylko jedno powtarzało się w jej głowie odrętwiałej: «Umrzeć — do niego nie wrócę — na złe nie pójdę. Cóż zostaje — umrzeć». Lecz oto życie wraca, rozlewa się po żyłach, z których krew zda się już była uszła. Jeszcze się nie dadzą losowi, będą walczyli.
Prędzej, prędzej do domu.
...Przy blasku małej lampki, tak dziwnie tego wieczora przyjaznym, rzekła Agnieszka:
— Wiesz ty, kto był ze mną tam, między pustymi straganami? Taka nieszczęśliwa, uliczna kobieta. Mówiła mi, że obrzydzenie do samej siebie chleba jej przełknąć nie daje, odpycha jej garnek ze strawą od ust. To co robi — robi dla swojej córki sparaliżowanej, od pół roku w szpitalu leżącej. Jej nosi lepsze jadło a sobie na opłacenie kąta żałuje.
Wstrząsnęli się oboje. Spotkały się ich spojrzenia a mieli w nich jedno zaprzysiężenie.

∗             ∗
Słuchajcie ludzie dobrzy, cnotliwi, posiadający serca tkliwe. Proszę was, jeśli los zdarzy, że zejdziecie tych dwoje wtedy, kiedy stać oni będą nad nurtem rzeki, gdy w oczach ich dostrzeżecie nieruchomość i taką przygasłość posępną, jaką mają toczące się fale w dniu pochmurnym — cofnijcie wasze dłonie, zostawcie dla innych litość waszą, a im nie wzbraniajcie umrzeć. Śmierć bowiem pozwoli im zachować to, co utraciliby, gdyby dzień nielitościwie nazajutrz ich obudził.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.