Po co dzień ich budzi.../IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Po co dzień ich budzi...
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
IV.

Z szarych, grubych, szorstkich nici utkana wstęga jej życia...
Weź zwój ten do ręki — jaki ciężki...
Porównaj go ze zwojem wstążki jedwabnej — miękkiej, lekkiej, delikatnej, pieściwej w dotknięciu, połyskliwej a mieniącej się — gdy ją rozwijasz — w odcienia coraz inne, coraz milsze. Ta ci wzrok usidla, tamta w oczy kłóje.
Tamtej zwój za zwojem, własnym ciągniony ciężarem, z dłoni ci się wysuwa — i zwój za zwojem jednako szare, ostre, drapiące. Patrz, patrz — nie ma tu nici, które do żywota ludzkiego wplata radość, pogoda, słońce, oddech wolny i czysty, powiew z pól i lasów, słodycz ludzkiej przyjaźni, ucałowania niewinnej, rumieniącej się miłości; niema wcale nici, które splot życia krasnym, miłym, mieniącym się czynią.
Już wszystko się rozwinęło, został ci w ręku jeden zwój, na wstępie jej życia utkany. Dziwisz się — skądże tu ślad jedwabnego włókna, krótkiej zerwanej niteczki drogocennej, skąd centki barwne, lśniące na parciance, w tem jednem miejscu!
Pytaj. Polecą myśli tej kobiety wstecz — daleko, daleko; polecą, umęczą się i wrócą, nic nie niosąc.
— Jedwabna nić? Nie, tej nie pamiętam.
— Przypomnij sobie...
— Jedwabną nić, co jak tęcza się mieni? Gdzież by...
W tej suterynie, od rzeki niedaleczko, gdzie piętnaście lat mieszkalim — tam by się snuła jedwabna nić? O nie. Tam woda o mało nas nie zalała. Pamiętam — dziewuszyną małą jeszcze byłam — woda pojawiła się raz — taka zimna, taka straszna... W naszej izbie było zawsze ciemno; o dniu — choć się na świecie dawno rozwidnił — my tam prawie nie wiedzieli; jeśli matka, wychodząc nie zahaczyła lampki przed obrazem zaświecić — to od niej coś nie coś pobłyskiwało.
Siedzę ja sobie, Walusia naszego kołysząc, a u progu bulkocze coś, bulkocze — jakby od deszczu zaciekało. I tak się tam zrobiło czarno koło progu, a po tej czarności kółka zaczęły chodzić świecące; na ostatku ślep rozbłysnął stamtąd do mnie, czerwony, zły, mrugający. To lampka we wodzie się przejrzała.
Odrazu podeszło mi pod nogi bose cosik zimnego, jak lód. Skoczyłam a to pluska. Jak nie chwycę Walusia w ręce i na stół nie polazę. Do drzwi się nie rwałam, bo matka zawsze zamykała na kłódkę. Nie wiem, co to się wyrabia, ale mnie trzęsie strach, że mało ze stołu nie zlecę. Wtem szyba z okienka wypada i tamtędy woda chlusta; chciałabym krzyczeć — nie mogę, tylko bardziej się trzęsę, bo przy słyszało mi się wołanie: Zabiorę was — potopię was — poniosę was... Potem — w okienku czyjaś głowa, ktoś woła: «Dziewucha — żyjesz?» Okienko wylata. Wyciągli nas...
Woda poszła — jak przyszła. Izba obeschła. My do niej wrócilim, ale i potem nie snuła się nam jedwabna nić. Ino pamiętam, że Waluś tam umarł — i jak tatkę do szpitala wzieni.
— Więc może dawniej, jeszcze dawniej?
— Gdzieżby to? Chyba, chyba — jak jeszcze mniejszą byłam, ledwie od ziemi odrośniętą... Prawda! Toż rodzice z Kamionki, z miasteczka. Ja się tam urodziłam; do moich pięciu czy sześciu lat w Kamionce mieszkalim.
...I szuka lśniących centek na szarej parciance, a w miarę, jak je znajduje, uśmiech pobłażliwy okrążać poczyna wargi jej przywiędłe, pobladłe.
...Oto furtka w opłotku, którą malec jasnowłosy otwiera i zamyka ze skrzypieniem i piskiem zawiasów. Na niej wpół się przewiesiła dziewczynina, prawdziwie od ziemi ledwie odrośnięta, w koszulce i czerwonej spódniczce za cały strój — i używa jazdy.
— A pódzies Jaguś, do lasu?
— Nie pódę. A po co?
— Pan Jezusek się obalił — pokaże ci.
— A kłamies.
— A nie kłamie, bo obalił się. Bylim z Antkiem i Zochną, widzielim — lezy.
— Posłabym ale me tatuś zbijom — mówi mała wahająco, a już nogi na ziem opuszcza.
Chłopiec rozważa tę przeszkodę, dłubiąc sobie w nosie.
— To nie chodzi, Jaguś — zeby cie nie zbili.
— A może nie obacom — szepcze ona i ukradkiem do okien popatrzy. Nikogo nie widać. Zgrzyt piłki stolarskiej z izby dochodzi.
Jedna chwila wahania — wreszcie biorą się za ręce — lecą.
Gdzie choina porasta na wzgórku piaszczystym, krzyż ogromny u spróchniałej podstawy złamany wichurą i obalony, leży, ramię jedno w bielutkim zagrzebawszy piasku. A Pan Jezusek na skrzyżowaniu ramion maleńki, z blachy, zczerniały, pogięty. Wokół ludzi gromadka.
Dzieci nieopodal przycupnęły i gwarzą:
— Co tera bedzie, Jaguś?
— Z cem?
— Z kzyziem. Pan Jezusek nie mogą na ziemi lezyć.
— To postawiom jak było.
— A nie postawiom, bo to drewno znowuj sie psełomi.
— Skąd wis, mądralo?
— Psełomi sie, wim.
Pomilczą, pomilczą.
— To chodźma syski zbirać.
Nazbierali — on w swój kaśkiet z oddartym daszkiem, ona w kiecuszkę czerwoną.
Odrazu przypomni się jej:
— Zbijom me.
Cały swój zbiór na ziemię wysypuje i co sił do domu pędzi, nie oglądając się na towarzysza. On stoi — patrzy za nią niespokojnie, patrzy na jej mały pleciony warkoczyk z tyłu głowy, w powietrzu się unoszący — i drapie się po głowinie.
A w domu ten sam zgrzyt piłki. Nikt nie wygląda. Trwoga ją odstępuje.
— Mozę nawrócić do kzyzia?
E, nie. Głód czuje dokuczliwy, wspina się na przyźbę, główkę w okno wtyka i odrazu hałasem wielkim po całym podwórku i izbie śmiech jej się rozlatuje.
— Ha, ha, ha, matuś! Jeść. Oj, jeść!
— Taki to ślad ubożuchny jedwabnej, złotawej nici w pierwszym zwoju jej życia odnajdziesz.
I nic więcej.
Bieda rodziców jej z miasteczka wygryzła i do miasta wielkiego pognała. A tam — co. Mrokiem swym i wilgocią spleśniałą ogarnęła ich suteryna, co od rzeki niedaleczko. Złotawości i słoneczności wszelakiej tu był koniec. Niby więźniom wesołość z serc uchodziła i w mur zimny, siwy po trochu wsiąkała, a w jej miejsce stęchlizną piwniczną piersi biedaków nasiąkały, zaś dusze ich — szarością przygnębienia. W oparach ziemnych, niezdrowych śmierć się lęgła i raz po raz po któreś z nich przychodziła: to Waluś — to starszy, co ojcu już pomocnym bywał, Marjanek — na ostatku i ojciec sam poodchodzili.
Otóż i dzieciństwo jej zeszło, a młodość podeszła niby kwiat już w zaraniu pobladły.
Pomimo bladość swoją — ładny.
Choć usta jej nie wiśniom podobne były, tylko leciutko zaróżowione; choć policzków krew rumieńcem nie umalowała, choć chudość owal twarzy przeciągła — zawżdy i usta, i policzki, i twarz całą, a oczy nadewszystko pociągające miała.
Nie raz słyszała, że mówiono o niej:
— Śliczny buziak, udatny buziak, takiemi oczami przywiąże do siebie kogo zechce.
A nic jej to nie cieszyło. Nie była rada swej ładności, jak inne. Nie było w niej wcale swobody dziewczęcej, niefrasobliwości wiekowi jej właściwej, ucieszenia się ze siebie samej, ze swej krwi młodej, z gibkości swego ciała, ze swej siły, ze swego wdzięku, który — że jest i że urok od niego na ludzi bije — każda wie, czuje, choćby w zwierciadło nigdy nie patrzała i świadomość ta każdą cieszy lub bawi. Pierwsza lepsza dziewucha wiejska w kawałku stłuczonego lusterka się przejrzy i zaraz rozśmieje się, nie wie czego — i nie wie, czy do chłopców, czy do siebie samej, czy do świata całego — a śmieje się.
Agnieszka nigdy się tak nie śmiała. Suteryna śmiech jej wyssała i lękiem jakimś posępnym ją napoiła.
— Cóż z tego, żem nie brzydka? Na co moja uroda. Z nią, czy bez niej — zmarnieć mi przyjdzie, dni swoje potyrać, uwiędnąć.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.