Pożar zamku wileńskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pożar zamku wileńskiego
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Pożar zamku wileńskiego.
(szkic historyczny).


Ten krzyczał: gaście ogień, tamten: ogień gaście.
Krasicki.

Król Jegomość Zygmunt trzeci walczył z wojskami na granicy, a królowa Konstancya z maleńkim synem Kazimierzem, zdana na opiekę swoich urzędników dworu i starszych panów litewskich pozostałych w domu, bawiła w Wilnie, aby bliżéj być teatru wojny i męża, który przeprowadziwszy ją powolnie z wyraźném ociąganiem do Wilna, dał powód swoją ociężałością i przywiązaniem do żony, szemrania przeciw sobie współczesnym i późniejszym, którzy na kartach historyi zapisali potém świadectwo, że Zygmunt więcéj kochał żonę, niż swój kraj przybrany.
Był to wieczór, a nabożna królowa wracała właśnie z nieszporów z zamkowego kościoła. Zmierzch padał — cicho było w mieście, tylko wiatr zachodnio-północny wył i szumiał w dziedzińcach i korytarzach zamkowych, powiewając czarną suknią królowéj i długiemi zasłony panien jéj fraucymeru. Ona spieszyła przez dziedziniec do pomieszkania swego naprzeciw kościoła, spoglądając czasem niespokojnie na niebo czarne, na którego tle zachodniém, czerwoném, wisiała ciemna ogromna chmura, od ostatnich słońca promieni zakrwawiona u spodu.
Królowa patrzała na ten straszny zachód i żegnając się powoli, odezwała się cicho do ochmistrza swojego dworu, który szedł za nią:
— Nie będzie nic podobno z jutrzejszéj naszéj pobożnéj przechadzki.
A ochmistrz obejrzał się wkoło posępnie, jakby się gniewał na niebo i wzrokiem chciał mu grozić, a potém odpowiedział pokaszlując:
— Do jutra daleko jeszcze, Najjaśniejsza Pani!
— Nie wiemy ani dnia ani godziny — szepnęła królowa, wchodząc na schodki prowadzące do jéj mieszkania. — Możemy dziś pomrzéć jeszcze! pomrzéć! pomrzéć! — i z głębokiém westchnieniem powtarzała ten wyraz wiszący nad jéj duszą rozkrwawioną, jak owa chmura na zachodzie. — Niech się Bóg duszy naszéj przynajmniéj zlituje — dodała ciszéj i umilkła.
Potém w religijném zamyśleniu szli po schodach marmurowych, a ochmistrz prowadził ją poważnie pod rękę, oglądając się czasem na panny fraucymeru niedyskretnie szepczące i świergocące między sobą może o jego cienkich nogach i niezgrabnym chodzie, z którego zwykły były żartować zawsze.
Uciszyły się jednak wkrótce, bo je posępna powierzchowność ciemnych i milczących korytarzy, po których zimny wiatr chodził stukając otwartemi oknami, z wesołości wyprowadziła.
W oddaleniu odzywały się dzwony pacierzy, smutno, powoli — cały dwór ukląkł zmówić Anioł Pański i znowu cicho było — cicho jak w grobie.
Są czasem takie chwile uciszenia smutne i poważne — straszne w mieście, bo zdaje się, że cała jego ludność wymarła i zostały tylko mury i ziemia pusta bez ludzi, bez zwierząt, bez ruchu i życia.
Fraucymer królowéj po połowie z Niemek i Polek złożony, ciągnął się za nią daléj. Wszędzie przy zmroku widać było w krucyfiksach, obrazach świętych, napisach biblijnych, naczyniach do święconéj wody, pobożność królowéj, która na klasztor zmieniła wesoły zamek Zygmunta Augusta.
Potém otworzyły się szeroko drzwi komnat królowéj i weszła ona, a z nią ochmistrz i panny — w drugiéj sali pozostali mężczyzni, a część dworu poszła daléj z królową, tam gdzie ona jak najśpieszniéj dążyła do kolebki dziecięcia swego. Pochylona nad nią, z całą matczyną troskliwością patrzała na sen spokojny dzieciny, która na miękkich poduszkach różowych, osłoniona, kołysana, zasypiała snem zdrowia i pokoju.
O! gdyby jéj był kto wówczas losy tego ulubionego syna powiedział, które z nim spały jeszcze na miękkich poduszkach wyszywanych w snopki Wazów, lwy szwedzkie i korony!... Ona nie przeczuwała, że za ciemną zasłoną przyszłości leżały jego księże suknie, korona, którą miał zrzucić z głowy i grób w dalekiéj obcéj krainie przy nieznanéj światu kobiécie, która mu miała słodzić ciężkie rządów, wojen i nieszczęść wspomnienia.
Po chwili wróciła królowa do swojéj komnaty, zrzuciła z siebie czarne wierzchnie suknie, które nosiła na oznakę smutku po po odjeździe męża, zdjęła różaniec, kazała złożyć na ołtarzyku pokojowym swoje księgi do nabożeństwa, błyszczące bogatemi klamrami, i usiadła. Fraucymer powoli się rozszedł, zostały tylko trzy panny, dwie Niemki, jedna Polka — lecz wkrótce nadszedł ojciec jezuita, przełożony domu professów, i z tym zawiązała się długa pobożna rozmowa[1].
A zmierzch się powiększał i dnia ostatki tonęły w nadchodzącéj nocy — krwawa czerwoność nieba na zachodzie zmieniła się w złotą bladość coraz ginącą — wiatr wył coraz mocniéj, a chmura czarna płynęła po niebie, rozpędzona wiatrem po całym widnokręgu. — Dano świéce w pokoju królowéj, jezuita wyszedł, a panny powróciły.
Nowe modły zaczęły się przed nadchodzącą nocą. Królowa sama uklękła na poduszce u ołtarza, a lektor czytał modlitwy, które za nim półgłosem wszyscy powtarzali. Skończyło się na długich litaniach, przerywanych niekiedy biciem wiatrów w drobne szyby okien i dalekim chmur szumem.
Po modlitwach wszyscy wyszli, prócz dwóch panien, które układły królową do łóżka — drugie dwie u progu przy łóżkach, na których sypiały, mówiły jeszcze resztę wieczornych pacierzy, a w czasie rozbierania się do snu, jedna jeszcze czytała głośno i powoli żywot świętéj Kunegundy.
Nakoniec i te ostatnie głosy ucichły. Królowa położyła się, ucałowawszy relikwie nad głowami łóżka wiszące, i lampa tylko błyskała przed obrazem Najświętszéj Panny. Na dworze noc była i wszyscy usypiali. U dolnych mieszkań chodziła warta miejska w milczeniu — zdala odzywały się grzechotki stróżów nocnych i szum młynów, niedaleko stojących — świeciły światła migające w wysokiéj latarni zamkowej i oknach domu halabartników, część straży utrzymujących, którzy grą i piciem odpędzali sen gwałtem cisnący się do oczu.
Tymczasem, gdy zamek spał cały, prócz czuwającéj latarni i halabartników, w mieście gwar i szum się począł. Dwa domy na Zamkowéj ulicy ogniem się zajęły — nieprędko rozbudzeni mieszkańcy o ratunek wołać zaczęli, a wiatr zachodni rozdmuchiwał ognisko i z dwóch cztery, ze czterech kilkadziesiąt domów się zajęło! A na chmurze, płynącéj po niebie wysoko, już się pożar odbijał, czerwieniało niebo, leciały iskry, zbiegali się z hakami i wiadrami ludzie, krzyki rosły, rosła ciżba i jęki, przybiegła straż miejska ratować, obudziły się dzwony, wzywając litości dla pogorzelców.
Wiatr śmiał się z ich starań i krzyków, pożar świszcząc, łamiąc dachy, mury, drewniane kletki, kościelne blachy topiąc szedł groźny, rozszerzał się w tę, drugą i trzecią stronę, rósł i leciał pędem piorunu. Spiący płonęli w ogniu, a ci, co się pobudzili, krzyczeli płacząc nad sobą i mieniem, które tonęło w strudze ognistéj. Gdyby Wilii wody wystąpiły były z brzegów na zalanie pożaru, nie byłyby go już zmogły, tak się prędko rozciągnął, urósł w siłę i jednym ciągłym sznurem pogorzelisk dymiących połączony, szedł daléj ze śmiercią i nędzą! Czasem wicher chwytał belkę, lub kawał dachu zapalony, niósł go ponad miastem i rzucał na drugą ulicę i mieszkania oddalone, bezpieczne napozór, a w téjże chwili, z drugiego końca, rodził się pożar, wznosił i szedł łączyć z wielkiém ogniskiem.
Straszna to noc była Wilnu, kiedy jego mieszkańcy w pierwszym twardym śnie schwyceni, ujrzeli wkoło siebie nieprzełamane wały płomieni i nie wiedząc gdzie biedz z ratunkiem, nigdzie nie biegli i nie ratowali. Wśród czarnéj nocy, buchało ogniem wielkie miasto, jakby się ziemia otworzyła i podpaliła je całe w jednéj chwili.
Cała ludność była na ulicach; starzy, dzieci, kobiéty ze snu porwawszy się, bez odzieży, bez przytomności patrzali na domy i majętność swoję płonącą i płakali; słychać było jęki zamkniętych w płomieniach — czasem blade ich twarze pokazywały się z dymu buchającego przez okna, czasem śmielszy z nich padał z wysoka i rozbijał się na bruku.
Kościoły pełne były ludu, z zapalonych wynosili księża i lud krzyże, chorągwie, świętości, złote i srebrne naczynia, księgi i skarby — do nietkniętych ogniem jeszcze; znosili mieszczanie resztę ocalonych rzeczy rzucając je pod boską opiekę. Dzwony dzwoniły, szczęk, hałas, krzyki, trzask palących się domów, rozchodził się wkoło. Do ratusza mieszczanie, rajcy, burmistrze, ławnicy, wójt miasta biegli ocalać swoje przywileje. Cechy unosiły chorągwie patronów, żydzi modlili się w pół spalonéj szkole, rabusie kradli i zabijali korzystając z zamieszania — powozy i konie panów, kufry, posłania, sprzęty, księgi, zawalały rynki i ulice.
Straszna to noc była!
Już pożar z dwóch stron obejmował zamek i miał go zupełnie opasać płomienistą zaporą, już z bliższych domów wynosili się mieszkańcy, a w zamku cisza jeszcze była, jakby wszyscy pomarli, kilku halabartników kręciło się po pierwszym dziedzińcu, a królowa i dwór jéj w oddalonych trzeciego podwórza komnatach spali jeszcze głęboko.
Niepojęty był ten sen wśród wrzasku i huku wznoszącego się potężnie pod niebo — a jednak tak było — i stało się, że chcący potém z zamku uciekać już nigdzie uciekać nie mogli, chyba za rzekę, bo z téj strony całe miasto było wielkiém ogniskiem.
Kiedy płomienie przez szczyt kościoła świętego Stanisława i zabudowania zamkowe zaglądać poczęły i bić czerwonym blaskiem w okna królowéj, dopiéro jedna z panien obudziła się. Przetarła oczy i ujrzała światło, usłyszała zgiełk daleki i krzyki i szum i mocne stukanie do kilku drzwi. Myślała, że to dzień jaśniał tak czerwono, miasto huczało, a która z panien stukała. Ale podniósłszy się trochę, ujrzała przez okno na niebie czarném iskry i czerwone dymy słupiące się ku górze, rozpoznała, że głosy oddalone nie były radośnym krzykiem przebudzenia i wołaniem życia, ale jękiem śmiertelnym, a u drzwi posłyszała drżący głos ochmistrza dworu:
— Pożar! pożar! Budzić Najjaśniejszą Panią!
Nagle z drugiéj strony od pokojów fraucymeru królowéj, z rozpuszczonemi włosami, w pół nocnym, pół rannym stroju, wbiegło pocichu panien kilka, — jedna z nich ze zwykłą w takich razach kobiecą prędkością, wołać zaczęła do przebudzonéj:
— Pożar objął z dwóch stron! już niéma prawie dokąd uciekać — całe miasto w ogniu — trzeba obudzić królową, trzeba iść stąd, prędko — prędko!!
I wszystkie pobiegły do łoża królowéj — ona spała mocno utrudzona modłami całodziennemi. Jedna śmielsza chwyciła Konstancyą za rękę, — i wnet królowa podniosła się, żegnając machinalnie i wielkie czarne nagle otwierając oczy.
—  Ranek — zawołała — czas na mszą? jaka pogoda?
— Pożar! pożar! — przerwały jéj panny razem wszystkie, — pożar! dochodzi już do zamku, Najjaśniejsza Pani. Oto łuna świeci w oknach — trzeba uciekać — całe miasto się pali — trzeba uciekać za rzekę.
— Mój syn! królewicz! — zawołała, porywając się królowa, i gdy połowa panien się rozbiegła, ona wyskoczyła z łóżka i klękła przed relikwiami — pierwsze jéj poruszenia było do Boga, ale łuna czerwieniejąca na ścianach przez okna, i krzyki rosnące i zbliżające się nie dały jéj się modlić. Wszystkie panny razem ubierały ją, ona wołała o syna i nim się odziała do ucieczki, wszedł ochmistrz blady i niespokojny, wniesiono królewicza w pieluchach, włóczyli się dworscy z pochodniami drżący i milczący. W komnatach zgiełk i ruch powstał prędko, zabierano sprzęty, dziedziniec napłynął ludźmi, z okien zamkowych rzucono kufry, pudła, pościele, obicia — po schodach zbiegały panny w bieli i załamywały ręce, patrząc, jak ognisty deszcz iskier sypał się na przeciwległy kościół świętego Stanisława, jak głownie padały wśród dziedzińca, a wiatr unosił dym czarny, gorący, i wył przeraźliwie. W tém wyciu słychać było krzyki zlane w jeden wielki, a wyżéj nad wszystkie głosy dźwięczały dzwony rozmawiające z sobą z wierzchołków wież kościelnych, głosem przerywanym trzaskiem pękających murów.
Wnet po pannach, które do królowéj nazad z doniesieniami pobiegły, wyszedł z jéj rozkazu kapelan ubrany w komżę i stułę, z wielkim krzyżem srebrnym, w którym zamknięta była część Drzewa Krzyża Świętego — przed nim niesiono obraz Najświętszéj Panny wzięty z pokojowego ołtarza. Trzykroć kapłan żegnał płomienie w imię boże — i nie ustąpiły — słowa jego i zaklęcia tonęły w wrzasku i szumie a na komżę pryskały iskry — bo już i część jedna zamku z przerażającą szybkością płonęła.
Nic nie pomogło! taka była wola Boga, i ogień się przybliżał...
Zostawiwszy ratunek zamku i ruchomości reszcie swojego dworu, wyszła nakoniec królowa Konstancya z całym fraucymerem swoim, aby się ucieczką ratować. Ją i królewicza nieśli w lektyce, panny biegły za nią popłoszone, a suknie ich białe świeciły i migały wśród nocy na ogrodach, któremi prędko śpieszyli do Wilii, aby się przez nią na drugi brzeg koło młynów przeprawić.
Oglądały się za siebie i widziały zamek i kościół opasany płomieniami, i niebo, jasne w środku, po brzegach czarne, i płomień płynący po dachach wzdłuż, wpoprzek, jak rzeka ognista.
Stanęli u brzegu — koło młynów — do mostu Zielonego[2] daleko jeszcze było, a i tam pożar już się wcisnął. Królowa chciała się przeprawić, ale nikt wprzódy nie pomyślał o przygotowaniu łódki dla niéj. Wyskoczyła Konstancya z lektyki załamując ręce, płomień już był blizko, iskry z dymem goniły za niemi, w Wilii świeciła łuna odbita z czerwonych obłoków — łódki nie było.
Rozbiegli się dworzanie — oczekiwanie było straszne i długiém się wydało; wszystkie kobiéty klękły na brzegu i modliły się jęczącym głosem boleści do Boga, do świętych patronów swoich, przerywając mowę krzykami, obracając mimowoli oczy na miasto — na brzeg przeciwny Wilii — łódki nie było jeszcze — strach i pożar coraz bliżéj. Oczekiwanie było krótkie, lecz wiekiem się wydało przelęknionym, których serce przez oczy patrzało na brzeg zbawienia, zasypany mieszkańcami przedmieścia, proszącemi Boga, aby od nich tę klęskę odwrócił.
 Wołano na nich, aby łódkę podali, pokazywano królową, lecz oni nie słyszeli wśród huku i wrzasku, giestów nie rozumieli, a fraucymer biało ubrany brali za procesyą dominikanów.
Żadnéj łódki na rzece. Królowa wśród modłów i rozpaczy tuląc syna do siebie, widząc gęściéj padające wokoło iskry, głownie i szmaty zapalonych dachów, chciała już biedz do mostu, lecz most się palił. Wtém nad brzegiem pokazało się kilku ludzi niosących łódź i wiosła, ale jednę łódź tylko.
Nic nie pytano, nie mówiono, przewoźnik usiadł, za nim królowa poszła i dziecię — chciały siadać panny, lecz dwom tylko miejsce zostało, a wszystkie się cisnęły płacząc. Królowa chciała wybrać towarzyszki, ale już posłuszeństwa nie było, spieszniejsze wskoczyły do łodzi, a przewoźnik odbił od brzegu, przy którym reszta dworu została.
I nikt w tym przestrachu nie widział, jak biegła łódź królowéj, jak się przechylała dla ciągłych poruszeń siedzących w niéj osób, jak ją pęd rzeki unosił, jak królowa wznosiła ręce, jak się zbliżyli do brzegu i przybili nareszcie, jak usiadła i uklękła dziękować Bogu.
Potém panny wszystkie razem ujrzały łódź idącą ku sobie i milczały — a oczy ich błyskały okropnie — zazdrość, niespokojność, chęć życia, przestrach świeciły w nich. Przewoźnik stanął u brzegu; kilka ich wskoczyło odpychając drugie — łódź odbiła, płynęła, chytała się — i przepłynęła. Potém wróciła nazad i tak dwa razy szczęśliwie się udało. Ale panien było wiele, a łódź jedna; przewoźnik, coraz bardziéj zmęczony i słabszy, poglądał na dom swój, lękając się o żonę i dzieci, trzeba było wiele złota i więcéj zaklęć jeszcze, aby go do dłuższego przewożenia zniewolić. Za trzecim razem ledwie władał rękoma, a panien siedziało więcéj niż zwykle, łódź nurzała się po same brzegi; w środku Wilii pochwycona pędem przechyliła się, przestraszone rzuciły się w drugą stronę, przewróciły ją i wszystko zatonęło... Przewoźnik jeden umiał pływać, białe suknie panien migały tylko chwilę nad wodami i ręce ich i głowy pokazywały się czasem — potém woda płynęła spokojnie i nic nie widać było. Nikt nie ratował — potonęły.
Jeszcze kilka łódek pokazało się potém, lecz wiele z nich dla zbytniego przeładowania i przestrachu przewożących potonęło, tak, iż w téj przeprawie znaczna część panien fraucymeru królowéj życie straciła.
Miasto po tym pożarze, dnia 1 lipca 1610 roku, na długo zostało tylko zgliszczem popiołów. Spłonęło domów, jak piszą, 4,700, a dziesięć kościołów, z których katolickich siedem, a trzy reformowane[3]. Niższy zamek prawie cały. Przypisywano niechęciom narodowym i wojnie przyczynę pożaru, który według tego z podpalenia miał powstać. Pamiątka jego pozostała w książeczce Jana Eysymonta pod tytułem:
Threnodia, albo żałosne pienie o zgorzeniu Wilna stolicy W. X. Lith. które się stało dnia 1 lipca 1610 z wielkim żalem wszystkich obywatelów, etc. etc. etc.

1836.




Przypisy

  1. Jest mała książeczka nieznana dotąd bibliografom, jak mi się zdaje, zamykająca w sobie długi spis cnot Królowéj Konstancyi, zebrany przez Hieronima Bildziukiewicza, jéj dedykowany i zdaje się, że nawet w Wilnie wydany. Każda cnota jest emblematycznie wycięta na miedzi z podpisem czterowierszowym łacińskim. Ed. in 4-to, dr. piękny i papier, rok w chronostychu na końcu 1610.
  2. Z kroniki Gwagnina można się przekonać, że ten most oddawna się tak nazywał. Zaczął go stawić Ulryk Hozyusz, ojciec sławnego kardynała, za Zygmunta Starego.
  3. Sethus Calvisius, apud Mart. Zeillerum (Ed. Ulm. 1663. in 12, pp. 225. Anhangs. 22) p. 198.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.