Piękna Okońskiego

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Piękna
Podtytuł Dramat w czterech aktach Wł. Okońskiego
Pochodzenie Pisma zapomniane i niewydane
Data wydania 1922
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Nar. Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa, Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały rozdział Pism
Pobierz jako: Pobierz Cały rozdział Pism jako ePub Pobierz Cały rozdział Pism jako PDF Pobierz Cały rozdział Pism jako MOBI
Cały zbiór Pism
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór Pism jako ePub Pobierz Cały zbiór Pism jako PDF Pobierz Cały zbiór Pism jako MOBI
Indeks stron
PIĘKNA.
Dramat w czterech aktach Wł. Okońskiego.

„Autor wybrał przedmiot bardzo nienowy, ale obrobił go w sposób bardzo niezwykły“. Tak wyraził się jeden z recenzentów, który zresztą nie znalazł żadnych prawie plam na jasnem tle dramatu p. Okońskiego. Że kobieta piękna narażona jest na tysiące pokus, którym nie podlega brzydka, że, jeśli nie wszyscy, to wielu przeciw niej spiskuje, że wywiera więcej uroku, budzi więcej uczuć od innych, że wreszcie trudniej jej przejść przez życie nieskalaną, niż tym, którym szpetota dała list żelazny bezpieczeństwa, — to zaiste przedmiot nienowy, nawet bardzo nienowy; to teza, która nie potrzebuje dowodzenia, jest bowiem starą, jak świat, a przynajmniej, jak ludzie. Ale niechże mi będzie wolno stanąć w obronie p. Okońskiego. Pisarz, ubiegający się o oryginalność, pisarz, posiadający nietylko odwagę, ale i zuchwałość swych przekonań, które, jeśli są istotnie zuchwałe, to tem samem muszą czemś przeciwstawiać się zwykłym i ogólnie przyjętym, nie mógł, a przedewszystkiem nie chciałby — stawiać nawet w „niezwykły“ sposób tak oklepanej tezy. I zobaczymy, że postawił ją inaczej. Jak? — niech treść sztuki wyjaśni to czytelnikom.
„Piękna“, alias Pani Emilja Bosławska, kwitnie, jak cudny kwiat, w męskiem otoczeniu wielbicieli. Należy do nich jej mąż Zygmunt, uczony profesor botaniki, Ryszard hr. Bogój, młody, nawpół zbankrutowany panicz, Zenon Biebrza, stary powieściopisarz, Henryk Mścich, jego siostrzeniec, który zarazem jest muzykiem — i Gracjan Dąbek, bogaty garbarz, czy eksgarbarz. Urokowi „Pięknej“ nikt i nic oprzeć się nie może: planety zwalniają obrót, by się jej lepiej przypatrzeć, gwiazdy bledną, zawstydzone blaskiem jej oczu. Wyłamują się z pod czaru — łatwo zgadnąć — tylko kobiety: Irena, siostra męża „Pięknej“, narzeczona Henryka; Teresa, która kocha hrabiego Ryszarda, no i — z mężczyzn — stary Janusz Bogój, ojciec Ryszarda, który widzi wprawdzie światło, ale nie odczuwa już ciepła. Łatwo zgadnąć, że gdzie jest tak piękna syrena, ufający, zajęty herboryzowaniem mąż, zaślepieni wielbiciele i brzydsze kobiety, zakochane w tychże wielbicielach, tam zamiary się krzyżują, pragnienia przeciwstawiają, drogi przecinają się wzajemnie, sprawy plączą... i węzeł dramatyczny gotowy.
Wszyscy tę „Piękną“ kochają — i jak? Tak, jak autor im każe: pożądają jej. Jedni, jak hr. Ryszard i Dąbek, mają odrazu świadomość swych zamiarów, — Henryka, który jej nie ma, doprowadza o świadomości wuj. „Namiętność twoja — mówi młodzieńcowi doświadczony wujaszek — będzie nieustannem pragnieniem, a jej pozorne umiarkowanie obawą nieustannego pożądania. Jeśli wiesz o tem — nie okłamuj mnie — jeśli nie wiesz, nie łudź siebie. Gdy pani Bosławska każe zamilknąć obowiązkom żony, ty uciszysz sumienie uczciwego człowieka... Dziś zadowalniasz się widzeniem jej, jutro nie zadowolnisz się czułym uściskiem“...
Autor jasno zarysował stosunek tych mężczyzn do tej kobiety. W świecie zwierzęcym piękna samica pociąga największą ilość samców. Jest to prawo naturalnego wyboru. W świecie ludzkim — wedle tego, co widzimy w dramacie — dzieje się tak samo. Sam profesor Bosławski wprawdzie zaprzecza temu. Zwierzę mieści się całkowicie w człowieku, ale człowiek nie mieści się całkowicie w zwierzęciu, — mówi ten nowoczesny perypatetyk: stosunki ludzkie są uduchownione; wspierają się na podstawie moralnej poczucia obowiązku. Ale to, co widzimy w dramacie, zaprzecza zkolei teorji profesora. Ryszard, Henryk i Dąbek — to trzy samce. Autor, kreśląc te postacie, nie uwydatnił w nich nic więcej nad popęd. Chodziło o wykazanie tylko tego, tak dalece, że nie uwydatniono nic innego. Samo pożądanie musi przecież w rozmaitych ludziach przybierać rozmaite formy, zależne od charakteru, temperamentu, wychowania, pozycji, — autor nie uwzględnił i tego. Ci trzej pragną „Pięknej“ jednako, chociaż jeden z nich jest hrabią, drugi garbarzem, trzeci muzykiem. Te ich pozycje socjalne mają tylko o tyle znaczenie, o ile autor chciał wykazać, że piękną kobietę wiodą zarówno na pokuszenie: tytuł, pieniądz i talent, że jest bardzo obleganą i bardzo narażoną, — ale w stosunku do pożądania tych trzech panów ich pozycje nie mają znaczenia.
Jest ich trzech dlatego, żeby wykazać, że piękną zawsze wielu oblega. Mogłoby być zarówno pięciu lub dziesięciu. Ludźmi są o tyle tylko, że mają imiona chrzestne, że chodzą na dwóch nogach i że się o „Piękną“ nie bodą, jak jelenie i nie gryzą, jak wilki. Zresztą każdy w zakresie możności robi, na co go stać. Najśmielszy — ma danych najwięcej.
A „Piękna“?... Słuchajcie: „Bóbr ginie dlatego, że ma futro piękne, kolibr, że ma świetne pióra“. „Piękna“ musi zginąć; — „kto ją chce ubezpieczyć, — mówi doświadczony Zenon — niech ją, jeśli się urodziła piękną, w kolebce skaleczy i zeszpeci“...
...„Wabiona wszelkiemi ponętami i sidłami przez rozum, miłość, bogactwo, obłudę, musiałaby mieć nieczułość skały, żeby uniknąć rozstawionych na nią sieci“

„Kto językiem dzisiejszego obyczaju powiada, że kobieta piękna uszlachetnia mężczyznę, ten do jego serca nigdy nie zajrzał. Ona go naprzód znieprawia, a potem staje się ofiarą jego nieprawości. W jej czarujących urokach dostrzeże on wszystkie uroki, prócz uroku cnoty“
Chcieć zatrzymać ją na drodze upadku „byłoby dziś równie skutecznem, jak przypomnieć jej lunacje księżyca“
Musi zginąć!
Gdy w końcu sztuki Emilja Bosławska zdaje się nawracać z niebezpiecznej drogi, tenże sam Zenon rzuca zwątpienie w serca widzów jednem słowem... — „Piękna“!
Autor nie chciał jej zrobić piękną i złą. Bynajmniej. Jest ona łagodna, bierna — ale przedewszystkiem tylko piękna. A jednak jest to gwiazda klęski. Irena truje się kurarą w rozpaczy po stracie serca Henryka. Teresa zdobywa wprawdzie swego Ryszarda, ale nie zdobywa ani jego serca, ani pragnienia, kupuje tylko, jak się sama wyraża, „kochane ciało“, a kupić może, bo ma hrabiowskie fałszowane weksle.
Dąbek zaniedbuje dla niej żonę, młody hrabia rozmija się z obowiązkami cnoty, honoru, najelementarniejszej dyskrecji.
Ona sama cofa się przed pierwszą schadzką, ale posłuchajcie znowu:
...„Pierwszego dnia wstrzyma ją przeszkoda, drugiego obowiązek, trzeciego bojaźń... ale przyjdzie dzień czwarty“.
Zasłona w tej sztuce spada po dniu pierwszym, drugim i trzecim.
Widz winien odejść z przekonaniem, że nadejdzie dzień czwarty.
Taka jest sztuka.
Jeśli autor co innego miał na myśli, to tem gorzej dla niego, bo myśl zwichnął wykonaniem. Ale nie sądzę; przypuszczać nie wolno; to nie pisarz naiwny; nie da on się też porwać na bok, gdy chce iść przed siebie.
„Piękna“ zginąć musi. Oto założenie. Ludzie muszą ją oskubać z cnoty tak, jak kolibra z piór. To konieczność, stwierdzona prawem naturalnego doboru.
Kto powiada, że teza stara, oklepana, ten się myli.
Teza jest nowa, tak dalece, że aż zdumiewa. Bo gdyby ktoś chciał twierdzić, że ogień tylko pali, a nie ogrzewa, że światło tylko oślepia, a nie rozświeca, że woda tylko zatapia, a nie napaja i nie dźwiga okrętów, — ten zaiste powiedziałby fałsz, rozminąłby się z prawdą, z rzeczywistością, z doświadczeniem codziennego życia, z pewnikami, które każdy codzień stwierdza, ale postawiłby tezę o tyle właśnie nową, o ile fałszywą.
Taką cechę czegoś nowego posiada w zupełności założenie dramatu Okońskiego.
Autorowi należy tylko przyznać, że jest konsekwentny. Ci, którzy twierdzą, że dla konsekwencji sztuka powinna się skończyć inaczej, mylą się — bo zapominają, że po trzech dniach następuje czwarty. Dlaczego koniecznie „Piękna“ ma utarzać się w oczach widzów? Owszem: jesteśmy autorowi wdzięczni, że się to ma stać po wyjściu widzów.
Natomiast nie będę walczył z nikim, ktoby się chciał upierać, że może żaden dotąd dramaturg nie postawił swego dramatycznego posągu na tak kruchej podstawie. Sztuka stoi na paradoksie. Ktoby dowiódł, że znał kobietę piękną, otaczaną, uwielbianą, która umarła cnotliwą, tenby zarazem wykazał, że słowa pana Zenona są fałszem od a do z — i jednym zamachem obalił bez ratunku sztukę. A pytam: kto nie znał w życiu kobiety pięknej, otaczanej, uwielbianej i — cnotliwej?
Autor jest nieuleczonym pesymistą. Bo cóż to jest piękność? Każda kobieta piękna jest brzydką w stosunku do piękniejszej od siebie, każda brzydka piękną w stosunku do brzydszej, — każda, czy piękna, czy brzydka, piękną w stosunku do tego mężczyzny, któremu się podoba; — przeto możnaby dojść do przekonania, że ogromna większość kobiet, a raczej wszystkie z wyjątkiem potworów, mogłyby i musiały mieć swój dzień czwarty.
Inaczej mówiąc, rozszerzenie założenia wiedzie tam, gdzie autor mimo całej odwagi iść nie chciał.
Z fałszywych premis można wyprowadzić wniosek logiczny, ale nigdy prawdziwy. Kryterjum życiowe przy pierwszem zetknięciu się z nim wykaże, że jest to ułuda, bańka mydlana, że to się ma tak do rzeczywistości i prawdy, jak owe obrazy jezior, drzew lub miast, któremi gra światła łudzi w pustyniach oko wędrowca.
Autor wziął piękność w pojęciu oderwanem. W filozoficznej rozprawie jest to sposób tak dobry, jak każdy inny, — w dramacie, w przedstawieniu człowieka, jest to zaprzeczeniem samego dramatu i niemożebnością, wiodącą natychmiast na rozdroża. W dramacie musi wystąpić nie „piękna“, ale kobieta piękna, a przy tem zła lub dobra, uczciwa lub nieuczciwa, wychowana w zasadach cnoty lub lekkomyślna. Jak tysiące przyczyn składa się na jej fizjognomję zewnętrzną, tak tysiące na jej fizjognomję moralną. Oderwanej piękności niepodobna sobie ani nikomu wyobrazić wcielonej. Jeśli kobieta piękność swoją cenić będzie więcej niż honor i szczęście innych, to będzie piękną — nieuczciwą, zmysłową i t. d., jeśli mniej, to nie upadnie. Najpiękniejsza i najbardziej kuszona może przytem być zimną, jak ryba, lub kochać swoje dzieci, jak pelikan. Na czynności jej sama tylko uroda nie może wpływać, ale również tysiące składników, ergo upadnie nie dlatego, że ma świetne pióra, ale dlatego, że jest przytem taką, lub owaką.
Pojęcie „piękna“ bez niczego więcej jest na scenie cieniem, co więcej: fałszem. Widz ani krytyk nie uwierzy w coś takiego; niechże go autor nie łudzi, że to jest życie.
Ale cóż spostrzegamy w dramacie pana Okońskiego? Oto, że inne osoby — to cienie. Mężczyźni to oderwane popędy, kobiety również. Trochę cech ludzkich ma brzydka Irena, ale nie dowodzi tego, czego autor chciał. Że brzydota obok piękności ostać się nie może, to jasne, ale brzydota może być dobrą, dobroć zaś w sferze etycznej jest tem, czem piękność w zakresie estetyki. Irena zaś jest obok brzydoty złą, wygadaną, jest to „uczona sowa z pazurami“, albo osa, która tnie żądłem człowieka, którego kocha, — bez miłosierdzia. Gdyby umiała cierpieć cicho, koić cudzy ból, może zmęczone serce kochanka nie oderwałoby się od niej. Zresztą w znacznej części i ona jest abstrakcją — jak inni, jak wszyscy... Dlatego wszyscy, bez różnicy płci, wieku, wykształcenia, pozycji, mówią w dramacie jednym językiem, jednakowo myślą; niema w nim głupszych i mądrzejszych, wymowniejszych i mniej wymownych. Wszyscy szermują na jeden sposób, wszyscy igrają słowem, nadawając jednako pojęciom oderwanym znaczenie konkretne, wszyscy argumentują tak, jak autorowi potrzeba, wszyscy nie są indywidualni, ale samym autorem.
Pojedynczo brane osoby nie mają znaczenia, bo nie mają indywidualności — znaczą coś dopiero wszystkie razem. „Macie głos dopiero we dwudziestu“, powiedział kiedyś podobno Wagner skrzypkom. Mniej więcej mógłby toż samo powiedzieć swym działaczom i nasz autor. Razem wzięte grają pewien koncert. Dramat nie jest zderzeniem się życia z życiem, woli z wolą, charakteru z charakterem, człowieka z człowiekiem lub losem — ale jest rozmową doktryn. A ponieważ te doktryny są jaskrawe, niemiłosierne, ponieważ autor prawa świata zwierzęcego bez wahania przenosi w świat ludzki, ponieważ nie Bosławski ma rację, więc łatwo zrozumieć, dlaczego w dramacie ludzie jego tak mało robią ze sobą ceremonij. O rzeczywistość i prawdę życiową nie chodzi, więc panna tnie w oczy narzeczonemu: „Jesteś kurczęciem“; więc druga panna mówi do mężczyzny: „Kupuję sobie kochane ciało“; więc hrabia Ryszard, choć potomek rycerzy, nie prosi o wyznaczenie godziny schadzki, ale sam ją wyznacza kobiecie. Więc do głowy nie przychodzi mu dyskrecja, jako pierwszy obowiązek honoru, obserwowany nawet przez ludzi najbardziej zepsutych, więc zapowiada Zenonowi: — ona tu przyjdzie, ciekawym, co powie po pierwszym pocałunku; — więc nakoniec wszyscy podsłuchują się i rozmawiają ze sobą tak brutalnie, jak nigdy i nigdzie w życiu i na świecie nie rozmawiają.
Jeśli bowiem chodzi o pojęcia oderwane, to właściwie jest wszystko jedno — a autor nie tworzy ludzi.
Pytanie tylko, czy to system, nowa zasada, nowa szkoła, czy impotencja twórczości?
Wielbiciele twierdzą, że to zasada, że to nowy dramat. Nam się wydaje, że nie. — Nowy dramat może sobie być nowym, tylko nie powinien przestawać być dramatem. Każde dzieło sztuki polega na wcieleniu pewnych idej i przekonań w zewnętrzne, zmysłowe kształty. W dziele scenicznem te pojęcia muszą być zaklęte w dusze i ciała ludzkie. Dramat musi tworzyć człowieka, któremu obserwacja winna dostarczyć cech indywidualnych. Inaczej nie będzie nowym dramatem, tylko niedołężnym dramatem, lub miernym dramatem. Żywych ma tworzyć, kto akta życiowe na scenie przedstawia, serca — kto ruchy serc, dusze — kto porywy dusz. Czyny bez indywiduów nie są zrozumiałe. Siła dramatyczna leży w życiu, nie w paradoksie — choćby najjaskrawszej doktryny.
Okoński jest talentem — i niepowszednim, ale do pisania, nie do tworzenia. Styl jego świeci, ale nie ogrzewa, bo krwi w nim niema. Czy siłę wcielania znajdzie w przyszłości — nie wiem — życzę. Wtedy i język jego stanie się prostszym, mniej wyrafinowanym, mniej sztucznym — a to, co w nim błyszczy — błyszczeć będzie mocniej.

„Słowo“, r. 1882, nr. 241.

∗             ∗
ODPOWIEDZI OD REDAKCJI.

Organu p. Świętochowskiego nie puszczaliśmy przeze drzwi, więc go dziś dopiero wypraszać nie potrzebujemy. Co do Bartka, sądzimy, że jako chłop, musiał bywać i fornalem, — wątpimy jednak, czyby i on dał sobie rady z całem stadem byków, jakie wypuściła redakcja Prawdy.

„Słowo“, r. 1882, nr. 255.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.